Kategorie: Wszystkie | Eklezjolik | Kazanie | Kościół | O mnie | Tematy | Teologia
RSS
wtorek, 28 września 2010
Strategia Wcielenia

Teilhard de Charidn we właściwy dla siebie sposób zawyrokował: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”. Tych słów nie powinniśmy rozumieć w taki sposób, że przyszłość będzie bezbożna, ponieważ miejsce wiary w Jezusa Chrystusa zajmie wiara w stworzenie, jako substytut Boga, i dlatego czeka nas powrót do religijności naturalnej, w której najważniejsza jest ziemia - bogini matka.

Słowa francuskiego teologa i antropologa mają nam uzmysłowić – notabene rozwijając i uaktualniając starochrześcijańskie intuicje teologiczne, które na długie wieki zostały odsunięte na margines chrześcijańskiej refleksji i modlitwy -, że Chrystus, jako Syn Boży, poprzez wcielenie w łonie błogosławionej Panny Marii, swoją zbawienną działalnością objął nie tylko człowieka, ale także resztę stworzenia i ludzką historię, a więc całą przestrzeń i czas. Mówiąc inaczej, miejscem wcielenia i objawienia Jezusa Chrystusa jest świat, a nie tylko człowieczeństwo. Można zatem założyć istnienie przynajmniej trzech kręgów objawienia chwały Chrystusa. Są nimi człowiek, Kościół i świat.

W tym momencie możemy już dość precyzyjnie pojąć, co rzeczywiście chciał wyrazić Teilhard de Chardin. Otóż chrześcijanie muszą szybko nauczyć się rozpoznawać obecność Chrystusa nie tylko w sobie i w Kościele, ale także poza Kościołem, to znaczy w Bożym stworzeniu. Tymczasem można odnieść wrażenie, że wielu chrześcijan żyje w taki sposób, jakby dzieje i los stworzenia w ogóle ich nie obchodziły. Najlepiej widać to w sferze duchowej. Chociaż żyją w XXI wieku, ich duchowość jest tego rodzaju, ze równie dobrze mogliby żyć w XVII czy w XII wieku.

Wbrew pozorom ta jednolitość stylu jest niepokojąca, a nawet tragiczna. Duchowość po-zbawiona odniesienia do teraźniejszości, jakby bezcielesna, w istocie rzeczy jest objawem całkowitej obojętności na problemy współczesnego świata. O takich chrześcijanach można powiedzieć, że próbują ukryć się przed czasem i przestrzenią, ponieważ boją się, że zostaną skrzywdzeni. Świat ich nie interesuje, a myślą wyłącznie o sobie. Owi pobożni sądzą, że odrzucając teraźniejszość są wierni Mistrzowi z Galilei, który wezwał ich do szukania Królestwa Bożego. Nie zauważają, że Królestwo Boże jest zanurzone w świecie i już w tym czasie i przestrzeni rozwija się aż po przyszłą pełnię. Nie pojmują, albo nie chcą pojąć, że wieczność wyraża swoją aktualność w wydarzeniach historycznych i dlatego zdrada teraźniejszości jest zdradą wieczności.

Ahistoryczne chrześcijaństwo jest po prostu fikcją. Ono nie istnieje. Gdyby było możliwe, Syn Boży nie byłby historycznym człowiekiem, który umarł w konkretnym czasie i miejscu, za panowania Poncjusza Piłata. Chrześcijaninem jest się przez świadome wcielenie, czyli przez świadome wejście w świat, jego dzieje i problemy. Pod tym względem chrześcijaństwo można uznać za konsekwentną Strategię Wcielenia.

Z Apokalipsy wg św. Jana wiemy, że lokalne Kościoły po okresach wspaniałego rozwoju, miewają często problemy z zachowaniem wierności Jezusowi Chrystusowi, w związku z czym ich świecznik zostaje przez Chrystusa zdmuchnięty i znikają z chrześcijańskiej mapy. Żaden lokalny bądź wyznaniowy Kościół nie może być pewien swojej trwałości i niewzruszoności. Czy, w związku z naszą refleksją, której punktem wyjścia są słowa: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”, można stworzyć jakieś współczesne kryterium wierności Chrystusowi, którego spełnianie zapewni Kościołowi trwanie i błogosławiącą obecność Chrystusa?

Wydaje mi się, że tak. Tym kryterium jest historyczność Kościoła, czyli Strategia Wcielenia. Świętość Kościoła, jego żywotność i wierność Chrystusowi możemy mierzyć zdolnością podejmowania problemów swojego czasu i wielkością wysiłku włożonego w ich rozwiązywanie. Jeżeli Kościół tego nie robi, nie zdaje testu wierności i nie spełnia kryterium wieczności. Świecznik takiego Kościoła nie świeci a jego dni są policzone.

Czy w tym miejscu mam napisać, że świecznik naszego Kościoła został przez Chrystusa zdmuchnięty? Niech każdy sam spróbuje ów problem rozwikłać. Ja stawiam jedynie pytania: Czy nasz Kościół realizuje konsekwentną Strategię Wcielenia? Czy jest zainteresowany problemami świata, którego jest cząstką, czy wyłącznie samym sobą? Czy zaangażowaliśmy się w problemy ekologiczne? A może demograficzne? Czy interesują nas szybkie zmiany w strukturze społecznej? Czy stoimy na straży sprawiedliwości? A jeśli w Europie zmienią się warunki klimatyczne, czy nie pochłonie nas migracyjna fala?

A może inaczej? Skoro wewnątrz Kościoła nie czynimy sprawiedliwości, czego przykładem niech będzie proces dyscyplinarny jednego z księży, trwający o wiele za długo, z pogwałceniem kościelnych przepisów, a los tego człowieka mało nas obchodzi, to na jakiej podstawie miałby świat po nas czekać zaangażowania w Strategię Wcielenia?

 

Rytuały umierania

Najważniejszym fragmentem spisanej Ewangelii jest historia śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Chrystusa pełni też rolę chrześcijańskiego archetypu, najważniejszego symbolu wiary. W centrum chrześcijańskiej wiary i rozumienia znajduje się zatem Jezus z Galilei, który jako Chrystus, Zbawiciel i Syn Boży, przechodzi przez ludzki świat i ludzkie życie, aby wreszcie wejść w krainę śmierci i przejść przez nią do odpocznienia w Bożej obecności.

I chociaż w luterańskim zwiastowaniu oraz duchowości podkreślamy decydującą rolę krzyża, mimo wszystko warto czasem zmienić perspektywę myślenia, aby odkryć nowe znaczenia starych symboli. Otóż prawosławna tradycja scalenia zbawiennego dzieła Jezusa Chrystusa, które rozpoczęło się na krzyżu, było kontynuowane w piekle, a zakończyło się zmartwychwstaniem, i nazywania go paschą, czyli przejściem, ma wartość nie tylko teologiczną. Ze względu na współczesną psychologię można w niej dostrzec także wielki potencjał duchowy. Okazuje się bowiem, że wbrew teologicznym przekonaniom niektórych nurtów tzw. teologii protestanckiej, człowiek potrzebuje pewnych doświadczeń duchowych, związanych z zamknięciem jednej fazy życia i rozpoczęciem kolejnej. Idzie mianowicie o doświadczenie przejścia, czyli mówiąc inaczej o rytuały umierania i powstawania do nowego życia.

Chociaż wszystkie Kościoły praktykują Chrzest, udzielany w imię trójjedynego Boga, który pojmują jako włączenie w śmierć Jezusa Chrystusa i przejście do życia, niestety najczęściej bywa pojmowany jedynie jako przyjęcie daru zbawienia. Inicjacyjny charakter tej czynności w wielu tradycjach zanikł, nie mówiąc już o świadomym przeżyciu własnej śmierci, dzięki czemu człowiek ma szansę przemyśleć tajemnicę życia i dokonać nie tylko duchowej transformacji.

Tymczasem doświadczenie inicjacji jest niezbędne do zrozumienia samego siebie i punktem wyjścia do radykalnej zmiany życiowego paradygmatu. Aby człowiek mógł zdrowo żyć i doświadczać szczęścia, musi dokonać transformacji swojej psychiki, to znaczy od-dzielić się od tego, co znajome, „domowe”, rodzinne, co daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Także w tym sensie możemy uznać ojcostwo Abrahama, ponieważ opuszczając namioty ojca radykalnie zerwał z „zadomowieniem” i zdecydował się na drogę, której celu nie znał. Właśnie to jest najważniejszym zadaniem rytuałów umierania, ponieważ aby zostać „kimś”, wpierw trzeba umrzeć. Dopiero przez śmierć starej postaci swojego człowieczeństwa każdy z nas ma szansę wejścia we właściwą rolę, która umożliwi mu zaistnienie na scenie świata i historii ludzkości.

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy trzeba sobie pozwolić na doświadczenie śmierci. To jest najważniejsza część inicjacji, czyli rozpoczęcia nowego etapu życia. Aby mógł się urodzić dojrzały człowiek, wpierw musi umrzeć mały chłopiec, jakim dotąd był. Doświadczenie śmierci oznacza oddzielenie od wszystkiego, co bliskie i znajome. Dopiero po takim przejściu można powrócić do społeczności jako dojrzały i twórczy uczestnik wielkiej tajemnicy życia.

Jaka w tym rola Kościoła, oczywiście poza ciągłym udzielaniem Chrztu i wytrwałym tłumaczeniem jego inicjacyjnego i fundamentalnego znaczenia dla dojrzałego i zdrowego życia? Kościoły przede wszystkim muszą pojąć, że prawdziwa inicjacja, czyli rytuał umierania, musi człowieka oderwać od czasu i przestrzeni. Znaczenie symbolu ma wieki wieków zachowuje bowiem świadectwo Ewangelii o zmartwychwstałym Chrystusie, który nie zależy ani od czasu, ani od przestrzeni. By móc się rozwijać, by stawać się twórczymi uczestnikami wielopokoleniowej sztafety życia, musimy odnajdywać dostęp do bezczasowości i zyskiwać wolność od ograniczeń przestrzeni. Tymczasem Kościoły same uwikłały się w ograniczenia czasu i przestrzeni nie pojmując pewnego wątku nowotestamentowego świadectwa, który w Jezusie Chrystusie upatruje wypełnienie sabatu, a więc doświadczenia Bożej obecności w przezwyciężeniu czasu i przestrzeni.

Dlaczego kościołów nie wolno nam nazywać świątyniami, co niestety często ma miejsce także wśród nas? Ponieważ jedyną świętą przestrzenią jest sam Chrystus, jako miejsce zamieszkania Boga wśród ludzi. Podobnie jest z czasem. Nie ma żadnego świętego czasu, ponieważ żyjemy w Chrystusie, co oznacza, że będąc w Nim żyjemy w dniu łaski i zbawienia. Tymczasem święte czasy i święte przestrzenie są formą religijnego zadomowienia, dającą poczucie bezpieczeństwa. Jak dalece mogą człowiekowi utrudniać transformację, czyli wyjście ze starej formy człowieczeństwa, widać zwłaszcza po islamie, który z wielką pieczołowitością pilnuje świętych czasów i przestrzeni.

Na tym przykładzie widać, jak dalece potrzebne jest człowiekowi przejście przez doświadczenie śmierci, aby uwolnił się od starych wyobrażeń Boga i samego siebie, a zyskał do-stęp do źródeł prawdziwego życia. Uważam, że duszpasterskie powinności Kościoła, a pozostałe w równym stopniu, powinny zająć się najważniejszą potrzebą każdego z nas, a mianowicie, abyśmy przez doświadczenie umierania zyskiwali dostęp do życia

 

Kościelne projekty

W rozlicznych wystąpieniach, począwszy od kazań a na referatach skończywszy, nieustannie słyszymy, że Kościół potrzebuje ciekawych projektów, które pokażą perspektywę drogi na najbliższe lata i dziesięciolecia. I słusznie. Sam należę do grona ludzi, doceniających wartość dobrze opracowanych projektów, z precyzyjnie wyznaczonymi celami. Niestety najczęściej słyszę wówczas chichot kusiciela, który znanymi sobie metodami odwraca nas od źródeł życia, bo nie w każdym projekcie można dostrzec Boga i troskę o triumf życia.

A jeśli to nie jest chichot zła, a ironia języka? Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że kusiciel po prostu posługuje się słowami, którym celowo nadaje nowe znaczenie! Może diabelskie kuszenie i odwodzenie od Boga polega na odwracaniu znaczenia słów, które powinny być epifanią Boga? Bo na przykład jak to jest z szumnymi, kościelnymi projek-tami? Czy bardzo często nie są jedynie zmyślnymi opakowaniami dla dawno wymyślonych produktów, które zdążyły się zestarzeć i zdeaktualizować? I zamiast solić ziemię i oświecać ludzkie osiedla, odmieniać ludzkie losy i siać słowa życia, które mogłyby przynosić nieoczekiwanie wysokie plony ludzkiego zbawienia, tworzymy słowne konstrukcje, dalekie od prawdziwej mądrości, oraz struktury organizacyjne i społeczne, będące więzieniem ludzkiego ducha.

O co chodzi? O problem, którego negatywne skutki chcę pokazać na przykładzie słowa projekt, pochodzącego z języka łacińskiego. Etymologia podpowiada, że projekt powinien umożliwiać wyrzucenie na zewnątrz (pro-getto – wyrzucam), czyli inaczej wydobycie na światło dzienne. Tymczasem powstaje wiele projektów, których celem jest nie uzewnętrznienie, ale uwewnętrznienie, wchłonięcie do środka i przechowanie w odpowiednim śro-dowisku.

Dobre projekty, a już zwłaszcza kościelne, powinny uwzględniać środek, centrum, czyli inaczej tożsamość, która jest punktem wyjścia i podstawą wszelkich działań, ale osiągać cele na zewnątrz. Chodzi mianowicie o wyjście poza własny krąg, utarte sposoby działania i schematyzm myślenia, aby tworzyć nowe tkanki życia, niezbędne ludzkiej społeczności do przeżycia i rozwoju. To Kościół jako społeczna awangarda i kulturowa elita ma tworzyć i realizować projekty, służące rozprzestrzenianiu się życia i dobra.

Poszukiwanie, niespodzianka, nieposkromiona wyobraźnia, odwaga tworzenia, wreszcie miłość jako efekt zauroczenia i fascynacji – to są najwłaściwsze owoce Ducha Świętego, którymi powinny echować się wszystkie kościelne projekty. Tymczasem wiele z nich (nie uważam, że wszystkie) tworzonych jest raczej po to, aby zamknąć, uwięzić, usztywnić, stworzyć społeczną matrycę, wedle której tworzy się zastępy tzw. chrześcijan, nie zdolnych do pozostawania dłużej sobą. Projekty, które zniewalają ducha i ograniczają wyobraźnię, nie są Boże, skoro Jezus z Galilei dążył raczej do tego, aby Jego uczniowie prz-pominali płomienie i byli zdolni zmieniać świat.

Stąd także ewangelizowanie nie może być wchłanianiem ludzkiej osoby, ani wyjaławia-niem kultury z życiodajnych archetypów, bo Kościół nie jest rodzajem społecznego jamochłonu, pozbawiającego świat jego właściwości. Wręcz odwrotnie, Kościół niczym Jezus z Galilei ludzką osobę i kulturę powinien ubogacać słowem Ewangelii. Dlatego musi tworzyć projekty, które na światło dzienne wydobywają to wszystko, co w człowieku jest piękne i dobre, a do tej pory było głęboko schowane z powodu lęku i braku pewności siebie.

Poza tym nasz Kościół ma niewyobrażalną szansę w sferze tożsamości narodowej, którą bezpowrotnie marnuje. Co 3 sierpnia wydarzyło się przed pałacem prezydenckim i ma związek ze smoleńską katastrofą, a czego najtragiczniejszą puentą jest wypowiedziane tam zdanie o katolickiej Polsce, którą chce zawłaszczyć grupa rozhisteryzowanych fanatyków, nie mających pojęcia o chrześcijaństwie, powinno nam unaocznić, że sprzeniewierzamy się swojemu powołaniu. W społeczeństwie, cechującym się typowo introwertyczną duchowo-ścią, co ma bezpośredni wpływ na sposób pojmowania tożsamości narodowej, żyjącym w lęku przed wszystkim, co inne i zewnętrzne, powinniśmy mówić o duchowości otwartej i ją odważnie pokazywać. Byłyby to działania ewangelizacyjne w pełnym tego słowa znaczeniu, zmierzające do uzdrowienia i otworzenia narodowej społeczności, której duch został uwięziony w duchowym i kulturowym getcie strachów na Lachy.

Zasadnicze pytanie dotyczy jednak obecnych i przyszłych projektów. Jakie będą? Czy po-dobnie będą nas zamykały w getcie ewangelickich lęków, czy umożliwią nam stworzenie nowych tkanek życia? Czy będziemy ludzi uzdrawiali i prostowali, a także uczyli, że chrześcijańskie życie jest wyjściem z siebie, z zadomowienia, a w związku z tym jest ciągłym poszukiwaniem nowego obrazu samego siebie, nieustanną pielgrzymką ku nieznanemu celowi, który osiągają ludzie odważni, z nieograniczoną wyobraźnią, rozkochani w wolności.

 

czwartek, 08 lipca 2010
Biskupie porządkowanie

Biskupie urzędowanie w Kościele niejedno ma imię: duszpasterz, widzący dalej (zob. Eklezjolik, [w:] Zwiastun 48, nr 9, Bielsko-Biała 2008, s. 12;), ojciec, przyjaciel księży, ale przecież także nadzorca. Biskupowi nie tylko wypada, ale jakże często trzeba wręcz w parafii, na terenie swojej diecezji, coś uporządkować. Nadzorcze kontrolowanie, kończące się odbudowywaniem i naprawianiem, na pewno nie jest wdzięczną rolą i być może dlatego biskupi niechętnie wykorzystują swoje nadzorcze uprawnienia.

Nic na to nie poradzimy, że w Kościele zdarzają się sytuacje, wymagające natychmiastowej reakcji i biskupiego porządkowania. Mój sprzeciw budzą natomiast metody, którymi biskupi zwykli nadzorować i porządkować. Utarło się bowiem uważać, a w praktyce najczęściej do tego sprowadzają się nadzorcze działania biskupów, że gdy wybucha kryzys wiary bądź trzeba rozwiązać gospodarczo – administracyjne zaniedbania w parafiach, wówczas zarządza się kontrolną wizytację. Zaczynają działać wysokie komisje i zostają uruchomione procedury, które kończą się sankcjami, zaleceniami i środkami dyscyplinującymi. Wydaje się, że kryzys zostaje zażegnany, a biskupie urzędowanie pozornie spełnia nadzorcze zadania. Nic z tych rzeczy!

Kto nam – luteranom, uczniom Chrystusa, dumnym z bycia Kościołem Słowa Bożego – wmówił, i dlaczego daliśmy sobie wmówić, że porządek w Kościele zaprowadza się kontrolnymi wizytacjami i środkami dyscyplinującymi? Dlaczego w Kościele władzę przejmują i cieszą się zaufaniem ludzie, otwarcie mówiący o konieczności porządkowania Kościoła kontrolami, dyscyplinowaniem i jakimiś mitycznymi procedurami? W prawnych dokumentach Kościoła co prawda znajdują się zapisy o wizytacyjnych obowiązkach biskupa Kościoła i biskupów diecezjalnych. Zastanówmy się jednak nad tym, czy powinny być wizytacjami kontrolnymi, czy może duszpasterskimi, budującymi wiarę, podczas których biskup powinien przy okazji pomóc parafii rozwiązać społeczne i administracyjne problemy?

W Kościele Słowa Bożego, wspólnocie, której największym skarbem jest Ewangelia o Bożym zbawieniu w Jezusie Chrystusie, porządek zaprowadza się zwiastowaniem Ewangelii, czyli budowaniem wiary i budzeniem zaufania do ludzi Kościoła, zwiastujących Bożą Ewangelię! Nie chcemy biskupów, którzy straszą, dyscyplinują, wprowadzają procedury i nadużywają swojej władzy: „Wiecie, iż książęta narodów nadużywają swej władzy nad nimi, a ich możno rządzą nimi samowolnie. Nie tak ma być między wami; ale ktokolwiek by chciał między wami być wielki, niech będzie sługą waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą waszym” ((Mt 20,25-27).

Chcemy biskupów, którzy porządkują, zwiastując Słowo, zdolne do porządkowania kosmosu i harmonizowania ludzkiej osoby; którzy rany, zadane przez świat i grzech, leczą Ewangelią; którzy niespokojnych uspokajają Słowem o pokoju; którzy zwaśnionych jednają Słowem pojednania. Chcemy Kościoła Słowa a nie Kościoła procedur!

Chcemy biskupów, którzy nie pozbawili się narzędzi, z pomocą których mogą wykonywać swą nadzorczą i porządkującą służbę. Ich młotem i dłutem niech pozostaje modlitwa i solidna teologiczna wiedza. Posługując się nimi nie stoją na straconej pozycji. Rzecz w tym, aby doceniali wartość pracowni, w której na długo przed ukończeniem dzieła, powinien zostać użyty ów młot i dłuto. Modlitwy do Ducha Świętego o dar rozumienia i wykładania Bożego Słowa nie można sobie zostawić na ambonę, a wykręcanie się przed studiowaniem teologii, przy pomocy której należy pracować nad biblijnymi tekstami, nie może być uznane za pozytywną cechę kaznodziei, a tym bardziej biskupa. Chwile spędzone przez kaznodzieję w gabinecie, ze wszystkich są najbardziej błogosławione. Pamiętać powinni o tym również słuchacze kazań. Ksiądz finansista, a biskup administrator ostatnim porywem sił, w sobotnią noc siądzie przy biurku, aby coś uczynić ze Słowem na ambonę, ale w jego pracy będzie bardzo mało „twórczego zapału”.

Przy okazji warto wspomnieć jeszcze jeden problem. Otóż współcześnie coraz częściej oddziela się pracę duszpasterską od kaznodziejskiej. Nic bardziej błędnego. Najważniejszym miejscem spotkania biskupa nadzorcy, a jednocześnie biskupa duszpasterza, ojca, i widzącego dalej, z wiernymi, a przyjaciela z księżmi, jest ambona. Na zwiastowaniu Bożego Słowa opiera się biskupia służba i biskupia władza w całym bogactwie i różnorodności jej form!!!. Im biskupie kaznodziejstwo będzie stało na wyższym poziomie, tym mniej w kościelnej społeczności będzie duszpasterskich kłopotów, na które trzeba potem używać nadzorczych narzędzi.

Módlcie się słuchacze kazań, aby do Waszych parafii chętnie przyjeżdżali biskupi, którzy chcą być Waszymi duszpasterzami, a Słowem żywego Boga wykonywać swoją nadzorczą władzę.

 

Profetyczny (prorocki) Duch Kościoła

Rozpocznę Eklezjolik przemyśleniami po lekturze dwóch tekstów biblijnych, które uświadomiły mi prawdę o jedności, a właściwie kontynuacji działania Ducha. Pierwszym jest tekst o przekazaniu części ducha Mojżesza, starszym w Izraelu (4 Mż 11,10nn). Wniosek opowiadania jest zaskakujący: duch tych, którzy wówczas prorokowali, był duchem z du-cha Mojżesza. Podobnie ma się rzecz z Eliaszem i Elizeuszem (2 Krl 2,1-15). Wpierw po-przez narzucenie płaszcza pierwszy powołuje drugiego, potem – na wyraźną prośbę – Elizeusz otrzymuje od Eliasza część jego ducha.

Warto pamiętać, że Eliasz był porównywany z Mojżeszem i chociaż nie dorównywał mu autorytetem, mimo wszystko profetyzm Eliasza był w ideowy sposób zależny od największego z proroków. Zresztą rola Mojżesza i jego profetyzm w całym St. Testamencie jest wyjątkowy: „I rzekł Pan: Słuchajcie moich słów: Jeżeli jest u was prorok Pana, To objawiam mu się w widzeniu, Przemawiam do niego we śnie. Lecz nie tak jest ze sługą moim Mojżeszem. W całym moim domu jest on wiernym. Z ust do ust przemawiam do niego, I jasno, a nie w zagadkach. I prawdziwą postać Pana ogląda on. Dlaczego więc ośmieliliście się wypowiedzieć się przeciwko słudze memu, Mojżeszowi?” (4 Mż 12,6-8). Poprzez służbę Mojżesza duch Jahwe rozchodzi się więc po Izraelu, jak potem przez służbę Jezusa rozprzestrzenia się na całą ludzkość. Obaj obcują z Bogiem bezpośrednio i poznają Bożą wolę bezpośrednio poprzez Słowo.

Z ducha Jezusa jest duch Kościoła! Oznacza to między innymi, że teologia i zwyczaje ruchów pentakostalnych są wyrazem prorockiego uwstecznienia. Hołdują bowiem i rozwijają pierwotne formy profetyzmu, związane z ekstazą, nadzwyczajnymi objawieniami (w niektórych parafiach modne są ostatnio chrystofanie) i doświadczeniami obecności Ducha, który jakby nie był kontynuacją działalności Jezusa Chrystusa, ale „nowym wylaniem”. Tymczasem osią rozwoju biblijnego profetyzmu jest Słowo. Liczy się tylko słowo Jezusa i Jezus Chrystus jako Słowo Boga. Poprzez pochylenie się nad Słowem, profetyczny duch Jezusa przekazywany jest z pokolenia w pokolenie. Teologia profetyczna zawsze i wyłącznie jest teologią Słowa. Przyszłość teologii i Kościoła leży więc w hermeneutyce, to zna-czy w rozwijaniu umiejętności przekazu i rozumieniu Słowa, a nie w rewizjonistycznych zwyczajach pentakostalnych, które tu i ówdzie cieszą się popularnością także wśród nas.

My mamy ducha od tych, którzy odeszli. Naszego musimy przekazać następnym pokoleniom! Dlatego dbajmy o prawdziwego ducha, który jest duchem prorockim i pozwalajmy w Kościele działać i mówić prawdziwym a nie urojonym prorokom, którzy:

– interpretują teraźniejszość;

– są wolni i niezależni;

– wywołują zgorszenie;

– potrafią wiele powiedzieć kilkoma słowami, czasem jednym obrazem, ponieważ mówią z milczenia i modlitwy.

Potocznie utarło się uważać proroków za ludzi przepowiadających przyszłość. Tymczasem prawdziwy prorok nie jest wieszczem, a tym bardziej czarodziejem, ale człowiekiem, który mając do dyspozycji precyzyjne narzędzie, jakim jest Słowo Boże, przenikliwym umysłem potrafi dojrzeć splot dziejów i rozszyfrować konsekwencje teraźniejszych wydarzeń i ludzkich wyborów. Rozumiejąc przeszłość, prorok nie przyjmuje postawy obronnej wobec teraźniejszości, ale jest całkowicie otwarty na przyszłość, na którą chce przygotować Boży Lud.

Problem polega na tym, że słowa proroka często są odrzucane, bo, chociaż sam jest częścią wspólnoty, występuje jakby spoza niej. Impuls do prorockiego wystąpienia wychodzi bowiem ze Słowa Bożego, a nie od strony wspólnoty. W rzeczywistości prorok jest człowiekiem wolnym i nie musi, ani nie chce uciekać się do dyplomatycznych wybiegów, ponieważ nie jest ograniczony żadnymi interesami, ani nie zważa na dobroczyńców, którym dałby się uzależnić. Ludzi bojaźliwi, powierzchowni i konformiści uważając więc proroka za buntownika, a tymczasem on sam całkowicie nie wie, co to jest kalkulacja, korzyści i robienie kariery. Prorok bywa posądzany o nieposłuszeństwo, jednak jego nieposłuszeństwo jest prostą konsekwencją posłuszeństwa Bożemu Słowu.

To z kolei oznacza, że prorok bywa nieobliczalny często wywołuje zgorszenie. Nie takie, które objęte jest zdecydowanym ostrzeżeniem Jezusa Chrystusa, ale takie, które demaskuje hipokryzję, uświadamia niesprawiedliwość, brak miłości i pokoju, a także pokazuje nieład, panujący w Kościele. Prorok nie pilnuje ustanowionego porządku, czyli legalizmu, ale stoi na straży sprawiedliwości.

Prorok umie wreszcie milczeć. Wielu boi się tego milczenia, ponieważ ono oznacza, że przez modlitwę i lekturę ksiąg biblijnych w proroku dojrzewa kolejne twarde, często chropowate słowo, które pozostawi znak i nie pozwoli ludzkim sumieniom spokojnie trwać w grzechu i kłamstwie. A słowa, pochodzące z milczenia i modlitwy, są najtrwalsze i najmocniejsze. Dzięki nim Kościół trwa.

 

 

niedziela, 09 maja 2010
Biskupia wolność

Kolejny Eklezjolik piszę, poruszony nagłą śmiercią duchownego, śp. bpa Mieczysława Cieślara, który oprócz tego, że był proboszczem łódzkiej parafii, prowadził także warszawską diecezję i pracował na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Zestawienie kościelnych i akademickich obowiązków śp. bpa M. Cieślara, stało się impulsem do napisania tekstu, przede wszystkim poświęconego pamięci zmarłego, w którym jednocześnie stawiam kilka pytań, dotyczących przyszłości Kościoła.

Złożyło się bowiem, że diecezja warszawska pozostaje już dziś bez biskupa, zaś w najbliższych miesiącach kolejna diecezja, a mianowicie pomorsko-wielkopolska, na skutek przejścia tamtejszego biskupa na emeryturę, również będzie musiała wyłonić następcę. Minie kilka kolejnych lat, a pozostałe diecezje będę stawiane w podobnej sytuacji. Wydaje mi się, że w Kościele mamy czas, który warto wykorzystać dla refleksji nad administracyjną strukturą Kościoła i praktycznymi znamionami pełnienia biskupiej służby.

Czy Kościół, liczący kilkadziesiąt tysięcy wiernych, musi być podzielony na sześć diecezji, z których niektóre pod względem osobowym są mniejsze od kilku liczniejszych parafii? Jestem pewien, że nie i to z wielu powodów. Między innymi dysponujemy stanowczo zbyt skromnymi finansami, aby utrzymywać sześć biskupich kancelarii oraz sześciu biskupów diecezjalnych, do których trzeba doliczyć biuro konsystorza i biskupa Kościoła. Proszę serdecznie wszystkich, którym na sercu leży dobro Kościoła, aby nie odrzucali moich sugestii „z założenia”, tylko dlatego, że znajdują się w takiej życiowej sytuacji bądź sprawują jakiś urząd i kościelną funkcję, które straciłyby na znaczeniu, albo ze względu na realizowaną dziś wizję władzy, ale uczynią je przedmiotem swoich przemyśleń i modlitw.

Po pierwsze uważam, że w obecnej sytuacji wystarczyłyby trzy diecezje, ukształtowane pod względem historycznym, które jednocześnie umożliwiałyby uwolnienie biskupów diecezjalnych od bardzo niedobrego uwikłania w pełnienie funkcji parafialnych. Mogłaby powstać Diecezja Śląska, obejmująca Dolny i Górny Śląsk, na północy Diecezja Pomorsko-Mazurska i Diecezja Centralna. Tej byłoby najtrudniej znaleźć nazwę, w każdym bądź razie obejmowałaby ziemie etnicznie polskie, od zachodu po wschód i południowy wschód.

Po drugie, co zasygnalizowałem wyżej, biskupi diecezjalni powinni bezwzględnie rezygnować z pełnienia funkcji parafialnych, aby zyskać czas na angażowania się w duchowe życie swoich diecezji i możliwości kaznodziejskiego, katechetycznego, duszpasterskiego i teologicznego oddziaływania. W pierwszym rzędzie zyskaliby wolność, niezbędną do sprawowania zadań nadzorczych tak w przestrzeni nauki i wiary, jak w administrowaniu diecezjami. Po wtóre mogliby stać się prawdziwymi przewodnikami, czyli animatorami i tymi, którzy dają do myślenia. Co nie znaczy, że teraz nimi nie są. Jednak na pewno nie w takim zakresie, w jakim tego po nich oczekujemy. Nawet gdyby w dalszym ciągu pozostało sześć diecezji, ów warunek powinien być stawiany każdemu nowo wybranemu biskupowi diecezjalnemu. Biskupi mają bowiem żyć w wolności i dawać świadectwo zaufania Chrystusowi. W każdym bądź razie, gdybyśmy ograniczyli liczbę diecezji, stworzylibyśmy struktury silniejsze finansowo, zdolne do utrzymywania biskupów i samodzielnych kancelarii diecezjalnych.

Po trzecie, aby dalej nie mnożyć w Kościele biskupów czynnych i będących w stanie spoczynku, bądź czasowo nie pełniących zadań duszpasterskich i administracyjnych, należy dążyć do stworzenia takiego modelu władzy, zapewniającej jedność Kościoła i sprawne funkcjonowanie całej wspólnoty, w którym obowiązki biskupa Kościoła pełniłby jeden z biskupów diecezjalnych, wybieralny na trzyletnie bądź pięcioletnie kadencje. Także z powodów teologicznych obecny model, w którym mamy biskupa Kościoła bez diecezji, jest kuriozalny. Oznacza bowiem, że praktycznie cały Kościół jest jedną diecezją, której przewodzi biskup Kościoła. Jednak wówczas, jak rozumieć mniejsze jednostki administracyjne, na czele których stoją biskupi diecezjalni? Można sobie wyobrazić, że w przyszłości zostanie wykonany ruch właśnie w tę stronę, aby zrezygnować w biskupów diecezjalnych oraz diecezji, a jedną diecezję podzielić na dekanaty, jednak każda próba centralizacji władzy w Kościele, bez względu na powody, będzie naszą wspólnotę jedynie osłabiała. Im bowiem władza jest odleglejsza, tym odpowiedzialność za parafię i cały Kościół staje się mniejsza, a impulsy do zmian oraz inspiracje do rozwoju duchowego życia wyraźnie słabsze. A jedność Kościoła w żadnym wypadku nie zasadza na silnej władzy centralnej, a na jedności nauki i czci, oddawanej Bogu.

Po czwarte każda zmiana obecnego kształtu władzy i administracyjnego funkcjonowania Kościoła, zapewniająca biskupom, a jednocześnie wszystkim księżom, większą wolność w pełnieniu służby na chwałę Chrystusa i wypełnianiu zadań, wynikających z ordynacyjnej przysięgi, będzie skutkowała wewnętrznym ożywieniem Kościoła, a na zewnątrz upodmiotowieniem nas w polskim społeczeństwie oraz zdolnością do uczestniczenia w zjawiskach i procesach kulturowych.

 

Księża są ludźmi miłości a nie sukcesu

W dniach, gdy trumna z doczesnymi szczątkami kolegi, śp. ks. płk. Adama Pilcha, stoi na marach, nie chcę pisać – jak obiecałem ostatnim razem – o teologicznym dorobku luterańskiego duchowieństwa. O służbie moich kolegów, i swojej także, nie chcę i nie mam od-wagi pisać krytycznie. Przede wszystkim dzisiejszy tekst poświęcam pamięci tragicznie zmarłego proboszcza warszawskiej parafii Wniebowstąpienia Pańskiego i jednocześnie wojskowego duszpasterza, dlatego nie pozostaje mi nic innego, tylko przypomnieć pytanie, które Zmartwychwstały Chrystus zadał Piotrowi: „Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci?” (J 21,15). Pytanie Mistrza oznacza, że po swoich sługach oczekuje miłości.

Będąc drogą do spełnienia tajemnicy człowieczeństwa, miłość niesie jednak z sobą ogromne ryzyko. Kto miłuje, musi bowiem ryzykować własnym życiem. Miłość wymaga odwagi, polegającej na wyjściu z samego siebie, oddaniu się bliźniemu i zaufaniu. Miłość musi przezwyciężyć lęk przed drugim człowiekiem i konsekwencjami własnej aktywności. Przecież zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek obdarowany miłością nie odwzajemni jej, a nasze działania, pomimo najlepszych chęci, w efekcie mogą przynieść więcej szkody, aniżeli pożytku. Miłość oznacza więc, że sukces oddala się od człowieka.

Jest pewne, że z wszystkiego co znamy miłość najbardziej przypomina śmierć. Miłując i umierając człowiek wychodzi z samego siebie, powierza się i oddaje swoje istnienie drugiemu. W obydwu wypadkach przechodzi więc do nowego sposobu bytowania. Pragnąc za wszelką cenę odnieść życiowy sukces, człowiek w istocie uparcie trzyma się starego życia i nie może znieść myśli, że mógłby się nim podzielić. Miłując, odwrotnie odnosi sukces na miarę wieczności, ponieważ spełnia sens swojego człowieczeństwa.

Paradoks ludzkiej egzystencji, która spełnia się poprzez obumieranie i wyniszczenie, aby w ten sposób osiągnąć pełnię, byłby całkowicie niezrozumiały, gdyby nie światło Ewangelii, zwiastującej ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, urzeczywistniającej się w życiu człowieka poprzez spożywanie ciała i krwi Chrystusa. W ten sposób Sakrament Dziękczynienia za zbawiająca miłość Boga staje się źródłem ufności, że ten, kto miłuje, nie straci swojego życia, lecz ocali je i osiągnie prawdziwą satysfakcję. Sakrament Wieczerzy Pańskiej jest więc znakiem, że ludzkie poświęcenie ma sens, ponieważ w ostatecznym rozrachunku miłość zawsze jest silniejsza niż śmierć.

Tę prawdę można przedstawić za pomocą obrazu spalającej się świecy. Otóż proces spalania polega na tym, że energia spalającej się materii zamienia się w światło i ciepło. Spalająca się świeca oświeca i ogrzewa. Spalający się człowiek też ma oświecać i ogrzewać. Oświecać dobrem i prawdą, ogrzewać świat miłością. I tak się dzieje aż do dnia śmierci, gdy płomień gaśnie. Ten obraz oznacza zatem, że ludzkie życie ma sens, któremu śmierć nie jest w stanie w żaden sposób zaprzeczyć.

Póki trwa życie człowiek musi się spalać, by świecić i grzać. W końcu nadchodzi chwila, gdy musi zgasnąć, ponieważ jego życiowa energia prędzej czy później ostatecznie zamienia się w światło i ciepło. Czy wtedy człowiek przestaje istnieć? Ostatecznie staje się wówczas tym, w co przez całe życie się zamieniał. W śmierci łączy się z światłem i cie-płem wszystkich, którzy przed nim zasnęli w Panu. Staje się częścią Chrystusa, światłości i ciepła całego wszechświata.

Sukces w żadnym wypadku nie jest więc miarą człowieczeństwa! Ludzkie życie ma swój sens nie tylko wówczas, gdy jest znaczone osiągnięciami, ale również wtedy, gdy nie ma w nim blasku sukcesu; gdy w ocenie świata pozostaje niewydarzone i pozornie niepotrzebne. Nie ma ludzi niepotrzebnych. Sensu życia nie sposób dowieść. Życie po prostu się dzieje i trzeba je przyjmować od Boga w całkowitym zaufaniu, że dzięki miłości ma sens, pomimo porażek i śmierci. Źródłem tego zaufania jest właśnie Sakrament Ołtarza przypominający, że ocalenie zawsze pochodzi od Boga, który: „...ożywia umarłych i który to, czego nie ma, powołuje do bytu” (Rz 4,17).

Motywem mojej służby, a także moich kolegów, nie może być pragnienie sukcesu, zarejestrowanego w katalogach i protokołach. I niech nikt nie oczekuje po nas, że będziemy w taki sposób służyć i organizować życie Kościoła, aby nadawać mu miarę sukcesu. To, co wydaje się stracone i nieudane, w ocenie Boga może okazać się naszym największym do-konaniem. Wielkanocne zwycięstwo Jezusa Chrystusa zostało przecież odniesione na samym dnie tego, co według ludzkich ocen jest totalną klęską. A to oznacza, że jako słudzy Chrystusa, musimy nieustannie powracać do wielkanocnego Sakramentu Dziękczynienia za zbawienie, aby w nim odnawiać swoje siły i zaufanie.

Księża nie żyją dla sukcesu na miarę ludzkich oczekiwań, choć z taką pokusą muszą walczyć od początku swojej służby i nie zawsze z nią wygrywają. Miarą wszystkich działań w Kościele i jego rzeczywistej siły jest zaufanie Panu i szukanie Jego obecności, a to najczęściej wcale nie idzie w parze z sukcesem. Najważniejszy jest bowiem człowiek i jego serce. Najważniejsze jest zaufanie do Boga i pewność drogi, na której odnajduje się człowieka w jego zatroskanym, niespokojnym i smutnym życiu!

Pięknym przykładem, pełnionej w ten sposób służby, jest życie tragicznie zmarłego śp. ks. płk. Adama Pilcha. Był księdzem, który nie dbał o sukces. Był sługą, który podążał drogą miłości, na której co rusz znajdował człowieka…. Cicho czekał na swój dzień. Dzień sukcesu, odniesionego w Chrystusie. Nie przypuszczaliśmy, że nastanie 10 kwietnia 2010 r.

Ks. Adamie, złożyłeś świadectwo życia , że: „Dobrze jest czekać w milczeniu na zbawienie Pana” (Tr 3,26).

 

piątek, 02 kwietnia 2010
Czuły Kościół

W Ewangeliach pełno jest świadectw niezwykłej czułości Jezusa. Jego czułość widoczna jest w licznych spotkaniach z ludźmi. Na przykład z jawnogrzesznicą, której pozwolił obmyć swoje nogi i dotknąć się na oczach zdumionych mężczyzn. Wyrazisty jest też przykład uzdrowienia głuchoniemego (Mk 7,31-37), który nie potrafił mówić i dlatego uznano otoczenie znało go za niezdolnego do mówienia. Tymczasem wiele na to wskazuje, że ów człowiek stracił zdolność mowy z lęku, że nie będzie serio traktowany. W dodatku był głuchy. Jego uszy zamknęły się na świat, nie mogąc znosić dłużej twardych, odrzucających słów. Jezus wziął go na bok, z dala od tłumów i zwrócił się całym sobą do przerażonego, zlękniętego człowieka: „A wziąwszy go na bok, od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, splunął i dotknął się jego języka, i spojrzał w niebo, westchnął i rzeki do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się!” (Mk 7,33n.).

Jezus potraktował tego człowieka w szczególny sposób, który powinien nam dać do myślenia. Delikatnie dotknął się wrażliwych uszu, które słyszą wiele bolesnych słów. Może to dotknięcie miało zatrzymać wszystko co uśmiercające, a otworzyć je na miłość i życie? Potem użył śliny, z pomocą której dotknął języka. Czyż nie można sobie wyobrazić tego aktu na podobieństwo pocałunku? Widocznie Jezus nie bał się tak intymnych do¬tknięć. Swoim językiem rozwiązał język człowieka nieme¬go. Potem spojrzał w niebo. Jego pełen miłości gest był jak otwarcie się nieba nad tym zamkniętym w sobie człowiekiem. Czułość Jezusa jest konsekwencją miłości. Jest obrazem subtelnej miłości Boga do ludzi i czułego oraz delikatnego stosunku Jezusa do tych, do których przyszedł.

Na koniec Jezus westchnął, ponieważ wczuł się w stan stojącego przed Nim człowieka. Uzdrowiciel i nauczyciel z Galilei jest postacią, która objawia empatię nieba wobec ziemi! Jezus współczuje. Jezus otwiera serce przed człowiekiem. W tej przestrzeni Bożego i ludzkiego współczucia, Jezus otwiera w głuchoniemy zasypane źródło życia: „Effatha!” - „Otwórz się” (Mk 7,33).

Gdy nad człowiekiem otwiera się niebo a w bliskości pozostaje współczujące serce, człowiek odzyskuje mowę i słuch. Może odtąd wyrażać swoje uczucia i pragnienia bez lęku, że jego słowa zostaną przeinaczone, że inni przylepią mu jakąś etykietkę, że zostanie osądzony. W przestrzeni współczującej miłości i czułości słowa są zdolne budować prawdziwe relacje między ludźmi i zdobywać ludzkie serca.

Jezus okazuje czułość zarówno mężczyznom jak i kobietom. Delikatnie dotyka kobiety, która od osiemnastu lat ma skrzywiony kręgosłup (Łk 13,10-17). Pozwala dotknąć się kobiecie, która od dwunastu lat cierpi na krwotok (Mk 5,25-34). Tego rodzaju kontakt był dla Żydów nieczysty. Nikt nie chciał dotykać chorych ludzi. Jezus nie miał żadnych obaw przed nieczystością.

Czułość Zbawiciela uświadamia nam, jak wiele w Nim jest kobiecego ciepła i macierzyńskiej radości dawania życia. Uzdrawiając ślepca, którego ujął za rękę i wyprowadził poza wieś, zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał, czy coś widzi? (Mk 8,23). Ślina jest delikatna i macierzyńska . Matki, kierując się instynktem, ślinią skaleczenia ma-łych dzieci, uspokajając je: „Już dobrze, nie bój się”. Poprzez dotknięcie śliną Jezus daje człowiekowi coś własnego i bardzo intymnego. Gdy niewidomy widzi wpierw tylko cie-nie, Jezus jeszcze raz kładzie mu ręce na oczy. Dzieli się nie tylko uzdrawiającą siłą Bożej obecności, ale i prawdziwie matczyną czułością. Jezus zachowuje się jak matka, która do-tyka i czule głaszcze swoje dziecko. Jak matka wie, że chory potrzebuje jeszcze więcej troski, aby wreszcie odważył się otworzyć oczy i zobaczyć świat oraz siebie takim, jakim jest naprawdę.

Może byłby już czas, żeby Kościół nauczył się czułości wobec poranionego człowieka, nauczył się słuchać i współczuć? Czy o wszystkim muszą decydować artykuły wiary, doktryny i dogmaty? Czy rzeczywiście one powinny ostatecznie rozstrzygać o tym, co jest ważne dla człowieka? Czy w praktycznych rozstrzygnięciach wobec ludzkich pomyłek, leków i krzyku, Kościół nie jest przerażająco arogancki?

Nadszedł ostateczny czas, żebyśmy wyciągnęli wnioski z Ewangelii i zaczęli po macierzyńsku traktować ludzi chorych, poranionych i wystraszonych. Delikatność i czułość Kościoła powinna być konsekwencją nowych relacji z człowiekiem i światem, nie opartych wyłącznie na regułach postępowania i ideologiach, ale na poruszeniu serca! Uczmy się od Jezusa, że powinniśmy bardziej ufać sercom aniżeli opiniom i sądom. Nie poddawajmy się własnym uprzedzeniom, które powstrzymują nas od współczującego i serdecznego traktowania człowieka.

Zwłaszcza teraz, poruszeni wielkanocną Ewangelią o uratowanym i odrodzonym życiu, dajmy się przekonać do tego, że jedno czułe słowo, wypowiedziane z miłością, może więcej od arogancji Kościelnych rozstrzygnięć i nieprzejednanych postanowień. Tym słowem jest imię zapłakanego człowieka, któremu posypało się całe życie: „Znamy Cię po imieniu. Naszym jesteś. Jesteś jednym z nas. Dalej pójdziemy razem i zwyciężymy”.

 

 

 

wtorek, 09 marca 2010
Kościół nie może być jaskinią zbójców

Według świadectwa czterech Ewangelii, na terenie jerozolimskiej świątyni Jezus uczynił symboliczny gest w prorockim stylu, przepędził mianowicie handlarzy z dziedzińca pogan, zaś wekslarzom powywracał stoły, powołując się na fragment proroka Jeremiasza: „Dom mój będzie nazwany domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców” (Mt 21,13, por. Jr 7,11). Pytanie o wymiary wydarzenia pozostawmy bez odpowiedzi, przede wszystkim dlatego, że dla teologicznych wniosków, rodzących się po lekturze ewangelicznych relacji, nie ma większego znaczenia, czy Jezus „posprzątał” cały dziedziniec, czy zachował się demonstracyjnie wobec małej grupy świadków.

Najważniejsze jest coś innego, a mianowicie, że zdaniem Jezusa świątynia, która nie jest domem modlitwy, z konieczności staje się jaskinią zbójców, czyli miejscem handlu. Nie chcę jednak pisać o budynkach i świętych przestrzeniach, ale o najważniejszej świątyni, zbudowanej z ludzkich serc, czyli o świątyni ludu Bożego.

Do czego więc zmierzam? Do postawienia pytania: Czy jesteśmy pewni, że nigdy nie nadużyliśmy „świątyni”, której cząstką jesteśmy? Albo inaczej: Czy nigdy nie próbowaliśmy dobić z Bogiem dobrego interesu? Okazuje się bowiem, że w świątyni, której kamieniem węgielnym jest Jezus Chrystus, powinniśmy uczestniczyć w liturgii Bożego daru, szczególnie drogiej luterańskiemu sercu. Tymczasem wielu z nas celebruje szczególny rytuał religijnego handlu, polegającego na wykorzystywaniu Boga dla własnych celów.

Oba obrazy odnoszą się oczywiście do dwóch typów religijności. Pierwszy jest radosny i dziękczynny, drugi złowieszczy, zasępiony i pełen niespełnionych oczekiwań. Pierwszy jest przyjmowaniem Bożego daru i afirmowaniem codzienności, drugi natomiast nieustannym poszukiwaniem alibi. W konsekwencji pierwszy wyprowadza ludzi na światłość, w relację prawdy i przestrzeń życia, jako spotkania z drugim człowiekiem, natomiast drugi przypomina ucieczkę zbójców do jaskini, czyli kryjówki, w której źli ludzie próbują ukryć złe postępowanie i uniknąć sprawiedliwości.

Pobożność jako alibi nie jest moim pomysłem. Widać ją wszędzie, także w naszym Kościele. Czy nie przyszło nam do głowy, żeby pójść do kościoła, aby poczuć się w porządku wobec Boga? Albo, żeby wieczorną modlitwę, gdy po całym dniu „padamy na nos”, wykorzystać do budowania religijnego wizerunku? Obawiam się, że tzw. pobożne zachowania bardzo często służą nam jedynie do usprawiedliwienia przed Bogiem i bliźnim złego postępowania i fatalnych decyzji.

Tymczasem jesteśmy cząstką Bożej świątyni nie po to, aby czuć się bezkarnie, albo na wszelki wypadek zabezpieczać własne życie, nawet w wymiarze przekraczającym doczesność. Każdy, kto jest cząstką Bożej świątyni, musi czuć się zobowiązanym do nowego życia, czyli do postępowania w światłości i czynienia prawdy. Dlatego powinien rozpoznać, czym w jego egzystencji są woły, owce i gołębie. Wewnątrz człowieczego serca i ludzkiej wspólnoty, woły są symbolem panującej nad nami witalności i zmysłowości. Owce z kolei oznaczają naszą zgodę na zniewolenie. Wreszcie gołębie są symbolem gonitwy myśli, które nie dają nam chwili spokoju i wciąż gnają nas po świecie. W efekcie zamiast być „Bożą świątynią” stajemy się targowiskiem próżności, częstokroć nawet w religijnym wymiarze. Jezus Chrystus na to się nie godzi i przychodzi, aby nas oczyścić, ponieważ mamy być domem modlitwy.

Czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, że jesteśmy domem modlitwy? Nasz Kościół jest Bożą świątynią, czy jaskinią zbójców, kryjówką dla złych ludzi, którzy szukają religijnego alibi dla złego postępowania? Z Bogiem nie można kupczyć, jak na targu. Skoro jesteśmy cząstką Bożej świątyni, nie wystarczy nam w niedzielę pójść na nabożeństwo i dziennie zmówić kilka modlitw. Dlaczego? Ponieważ żywy kamień Bożej świątyni ma się nawrócić! Ma zmienić swoje nastawienie do życia, a nie oczekiwać po Bogu usprawiedliwienia z powodu kilku pozornie pobożnych zachowań.

Kościół nie może być jaskinią zbójców. Gdzie dziś kwitnie rytuał handlu, jutro niech rozkwita dziękczynienie za bezgraniczny dar życia i zbawienia. Dlatego nie może być między nami zgody na jakąkolwiek zasługę i zapłatę. Obojętnie, czy to jest dobry czyn, czy pozytywna decyzja, jeśli są rodzajem pobożnej etykietki, służącym do budowania religijnej pychy i „zbawczej chciwości”, w Bożej świątyni nie ma dla nich miejsca.

Podobnie nie może być zgody na wykorzystywanie Bożej świątyni dla zdobywania honorów, zaszczytów i tytułów. Nikczemne i podłe jest robienie tzw. kariery we wspólnocie, która nie tylko powinna mieć świadomość życia z Bożej miłości, ile przede wszystkim ma być znakiem, czyli epifanią Bożego daru w świecie, powszechnie przekonanym, że wszystko zależy od chciwości i przebiegłości człowieka.

Nie może być wreszcie zgody na wykorzystywanie Boga dla osiągania świętego spokoju. Ani uczestniczenie we wspaniałych uroczystościach, ani częste modlitwy, ani wytrwała lektura Pisma Świętego nie powinna usypiać naszej czujności ani uspakajać sumień. Jesteśmy Bożą świątynią, aby żyć w świetle dnia, a nie ukrywać się w jaskini zbójców, licząc zyski i straty religijnych eskapad.

 

 

Faryzeizacja Kościoła

Mamy coraz większy problem, który – czy tego chcemy, czy nie – dotyczy nas wszystkich, a polega na tym, że pod pozorami pobożności i religijności proponuje się faryzejski pro-dukt religijny, który jest ponury, odpychający i złowieszczo kładzie się cieniem krzyża na przyszłości Kościoła.

Polscy studenci prawa od kilkunastu lat uczą się o tzw. „falandyzacji prawa”, czyli o pewnej hermeneutyce prawnej, umożliwiającej bezprawne stosowanie prawa. W Kościele ma-my do czynienia z podobną „umiejętnością” ludzi religijnych, którą nazwałem „faryzeizacją Kościoła”. Rzecz mniej więcej polega na tym, że prawo służy do maskowania bardzo niepobożnych zachowań, które mają uchodzić za bardzo religijne.

Z pozoru wszystko wygląda idealnie, wszak prawo w Kościele ma służyć porządkowi i wzajemnej miłości. Mimo wszystko coś nie pasuje. Otóż w Kościele Ewangelii normą sta-ła się teologia prawa. W praktyce widać to po tym, że prawo zamiast wytyczać drogę ku przyszłości i życiu, stało się miotłą, skutecznie ją zacierającą. Jezusowa sentencja, tłumacząca Jego niezwykłe i pełne miłości zachowania: „Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu” (Mk 2,27), oznacza, że miarą prawa jest człowiek. I nic nie po-mogą tutaj pokrętne argumenty prawników, że słowa Jezusa odnoszą się tylko do jednego wymiaru ludzkiej rzeczywistości, ponieważ w idei sabatu skupia się cała duchowość Żydów i chrześcijan, wierzących, że ich sabatem jest Jezus Chrystus.

Prawdą jest, że byłoby trudno obronić tezę, iżby świętowanie sabatu było prawem, zawierającym w sobie wszystkie pozostałe, aczkolwiek jest zapowiedzią i urzeczywistnieniem ostatecznego spełnienia człowieka i dlatego uświadamia, że prawo nie istnieje dla samego siebie, ale ze względu na człowieka, który ma osiągnąć cel swojej egzystencji. W perspektywie słów Jezusa o sabacie, ustanowionym dla człowieka, dostrzegamy istotną różnicę pomiędzy zachowaniami pobożnymi i bezbożnymi albo nazywając inaczej religijnymi i niereligijnymi. Pobożne są mianowicie działania i decyzje, które posługują się prawem, aby człowieka wyzwolić z pęt struktur i zależności, podnieść i wyprostować, nadać mu godność i umożliwić radosne pójście przed siebie aż po kres, którym jest odpoczniecie. W przeciwieństwie do nich bezbożne jest to wszystko, co pod pozorem zachowywania prawa uderza w człowieka, łamie jego kręgosłup, ogranicza jego wolność i uniemożliwia wejście do odpocznienia.

Ludzie o faryzejskim usposobieniu wmawiają nam, że linią demarkacyjną pomiędzy pobożnością a bezbożnością jest stosunek do Boga, a tymczasem jest to jedynie chytry wybieg. Okazuje się bowiem, ze prawdziwą linią graniczną nie jest Bóg, ale człowiek. Faryzeizacja Kościoła dokonuje się zatem pod pobożnym płaszczykiem posłuszeństwa Bogu, jednak w rzeczywistości prawo nie służy wówczas do religijnego uwielbienia Boga. Pozostając celem samym w sobie, staje się narzędziem sprawowania bezbożnej władzy nad człowiekiem. Kto wówczas myśli o Bogu? Raczej nikt, ponieważ Jego miejsce zostaje oddane prawu. Tymczasem prawo pozostaje sobą i spełnia właściwe mu zadania, gdy służy człowiekowi. Wówczas też Bóg odbiera należną Mu chwałę. Prawdziwi czciciele Boga ubóstwiają bowiem człowieka, a nie prawo: „Zanim przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak wiec zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa” (Ga 3,23-27).

Zdecydowanie sprzeciwiam się dalszej „faryzeizacji Kościoła”, a wszystkich, którym przyszłość Kościoła leży na sercu, namawiam do działań ewangelicznych, pełnych delikatności i szczerej miłości do człowieka, na podobieństwo naszego Mistrza i Nauczyciela z Galilei, który uwalnia człowieka z martwej litery prawa i zawsze staje po jego stronie. Do-póki nie wyprowadzimy Kościoła z ksiąg, w których wiele mówi się o Kościele, dopóty będzie systematycznie i coraz dotkliwiej zamierał. Rozmowa o przyszłości Kościoła stanie się owocna dopiero wówczas, gdy Kościół uwolnimy z pęt ludzkich struktur i pozwolimy mu zająć centralne miejsce. Z Kościołem, uwięzionym pomiędzy paragrafami, można uczynić wszystko, w konsekwencji jeszcze gorzej będą traktowani ludzie w Kościele. Aż dojdzie do sytuacji, w której wszyscy nie tylko odniesiemy wrażenie, ale rzeczywiście umieścimy się w więzieniu świętych norm, prawnych struktur myślenia i pobożnych działań, które z Bogiem nie będą miały absolutnie nic wspólnego.

Wskazując człowiekowi i Kościołowi centralne miejsce, musimy opuścić teren religijnej i prawnej kazuistyki, czyli nasz współczesny Egipt, aby stanąć w przestrzeni najważniej-szych wartości, które rodzą się ze słowa Ewangelii. Kto bowiem nie czyni dobra, zawsze czyni zło! Pomiędzy nie ma czegoś, co byłoby bezpiecznym „buforem etycznego wyczekiwania”. Owszem w tym miejscu, jako efekt „faryzeizacji Kościoła”, pojawiła się „polityka Kościelna”, ale ona jest złem, grzechem największym. Grzechem czynionym za zasłoną legalizmu!

 

 
1 , 2