wtorek, 28 września 2010
18. niedziela po Trójcy Świętej

Wszechmogący Panie, miłosierny i łaskawy Ojcze, Ty jesteś Bogiem nowego początku. Niczego nie pozostawiasz starym, ale wszystko czynisz nowym w Jezusie Chrystusie, dziedzicu obietnicy danej Abrahamowi. Proszę, odnów moje serce i myśli, abym zwiastując Ewangelię o Twoim Królestwie, budził wiarę w sercach słuchaczy. Boże, obdaruj wszystkich nowym początkiem w Chrystusie, abyśmy dążyli do pokoju i ku wzajemnemu zbudowaniu. Amen.

 

Rz 14, 17–19

 

Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom. Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu.

 

Jesteśmy na służbie u Chrystusa

 

Tekst kazalny, który Duch Boży kładzie nam na serca będzie mało zrozumiały, jeśli pod uwagę nie weźmiemy najbliższego kontekstu. Wszak nie wiadomo, dlaczego ap. Paweł nagle zaczyna pisać o tym, że Królestwo Boże to nie pokarm ani napój. Jeśli więc chcemy ów tekst dobrze zrozumieć, aby stał się dla nas źródłem wiary i mądrości, musimy uwzględnić całą wypowiedź Apostoła Narodów, w której znalazł się także interesujący nas fragment.

 

Otóż ap. Paweł apeluje do rzymian, aby swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia i picia, nie dawali bliźnim powodów do zgorszenia. Pisze tak: ”Jeżeli zaś z powodu pokarmu trapi się twój brat, to już nie postępujesz zgodnie z miłością; nie zatracaj przez swój pokarm tego, za którego Chrystus umarł” i dalej: „Dla pokarmu nie niszcz dzieła Bożego. Wszystko wprawdzie jest czyste, ale staje się złem dla człowieka, który przez jedzenie daje zgorszenie” (Rz 14, 15.20).

 

Ap. Pawłowi rozchodzi się więc o to, abyśmy swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia, nie gorszyli słabych we wierze, dla których te problemy stanowią źródło poważnych wątpliwości. Dlatego we fragmencie, który jest podstawą kazania, argumentuje w ten sposób, że Królestwo Boże nie polega na zewnętrznych zwyczajach i ludzkich przekonaniach, ale na sprawiedliwości, pokoju i radości w Duchu Świętym.

 

Jesteśmy przecież na służbie u Chrystusa i biorąc z Niego przykład powinniśmy zawsze dążyć do pokoju i wzajemnego budowania.

 

1. Dążmy do tego, co służy ku pokojowi

Jeśli dzisiejszy tekst kazalny ma przemówić do nas pełnią swej mądrości, musimy uświadomić sobie, że związek pomiędzy pokarmem i napojem a Królestwem Bożym ma jeszcze szersze i głębsze podłoże, aniżeli tylko wspomniana przed chwilą troska o słabych we wierze.

 

Wszak w wielu religiach świata nadzieja na życie w śmierci związana była z obrazem jedzenia. Uroczysta uczta jest symbolem radości, żywotności i w końcu samego życia, zwłaszcza, że wspólne spożywanie w przyszłym świecie złączone jest z udzielaniem się człowiekowi przez samego Boga. W Ewangelii wg św. Jana czytamy: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie” (J 6,53).

 

Wyobrażanie sobie przyszłego świata, jako nieustającej uczty, wywodzi się z życiowego doświadczenia dawnych ludzi, którzy częściej byli głodni aniżeli syci, i z tego powodu umierali. Nadzieja przyszłego świata była przede wszystkim pragnieniem odmienienia losu i najedzenia się do syta. Dla przykładu starożytni Germanie wyobrażali sobie przyszłe życie jako nieustającą ucztę w wielkiej sali, zwanej Wallhalą, w której siedzącym przy wielkim stole wojownikom, usługiwały piękne dziewczyny – Wallkirie, przynoszące im przez całą wieczność jedzenie i piwo. W myśleniu starożytnych ludzi przyszłość była więc związana z pokarmem i napojem.

 

Współcześni ludzie nie łączą już nadziei na przyszłość z pokarmem i napojem. Dlaczego? Są syci i napojeni. Nie oczekują tego, czego im brakuje. Dziś do wyobraźni bardziej przemawia pragnienie zdrowia. Konsumpcyjny sposób życia i myślenia, a także wysokie wymagania, stawiane życiu, sprawiają, że nie czekamy na pokarm i napój w przyszłym świecie, ale żądamy go już teraz. I dlatego wielu współczesnych Europejczyków i Amerykanów nie oczekuje już niczego specjalnego wobec przyszłości Królestwa Bożego.

 

Na podstawie tych refleksji zrodziło się we mnie niepokojące pytanie: Czy przypadkiem nie jesteśmy pokoleniem, na którym wypełnia się ostrzeżenie Jezusa, że mając pełne brzuchy już teraz odbieramy swoją zapłatę i dlatego nie czekamy na Królestwo Boże? Wypaliła się w nas nadzieja na przyszłość i powoli tracimy nie tylko ją – nadzieję –, ale także radość życia!

 

Tymczasem, jak słyszymy w tekście kazalnym, Królestwo Boże to nie jest pokarm ani napój, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Ono już teraz znajduje się na ziemi, wszak nadeszło wraz z Jezusem z Galilei, Synem Najwyższego, przez którego święty Bóg objął władzę nad naszymi sercami i myślami. Ono jest więc w naszych sercach, jeśli tylko gości w nich sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym, a nasze myśli przepełnione są pragnieniem, aby pełnić je na chwałę Świętego.

 

Zapytajmy więc, czym jest sprawiedliwość? To znaczy, jaki obraz sprawiedliwości wyłania się z fragmentu Listu do Rzymian, w którym ap. Paweł upomniał braci w Rzymie, aby swoim bliźnim nie dawali powodu do zgorszenia. Podążając tokiem myślenia wielkiego Apostoła Narodów odkrywamy, że sprawiedliwością jest poszanowanie i nienaruszalność praw, które przysługują małym i słabym, a więc także tym, którzy są w mniejszości.

 

Nieuszanowanie praw, przysługujących wszystkim, którzy nie mogą stanąć w swojej obronie, to w gruncie rzeczy jest wykroczenie przeciw sprawiedliwości. Nonszalancka postawa mocnych jest powodem wewnętrznego niepokoju słabych i pozbawia ich radości życia, która przecież jest integralną częścią chrześcijańskiej pobożności.

 

Sprawiedliwością, o której ap. Paweł pisze, że stanowi istotę Królestwa Bożego, jest więc oddawanie bliźniemu tego, co się mu należy jako człowiekowi, stworzonemu przez tego samego Boga, Stwórcę, Zachowawcę i Żywiciela całej ludzkości. W myśl dzisiejszego tekstu kazalnego, sprawiedliwością jest także umiejętność wstrzemięźliwego życia. Albowiem wstrzemięźliwość polega na tym, że szanujemy przekonania i wyobrażenia naszych bliźnich, których wiara jest słabsza aniżeli nasza. Nie powinniśmy ich gorszyć, dając im powód do upadku.

 

Możemy powiedzieć, że sprawiedliwość sprowadza na ziemię pokój, a przecież najbardziej pożądanym przez wszystkich ludzi owocem pokoju jest radość. Dlatego wezwanie z ostatniego wiersza, abyśmy dążyli do pokoju, w istocie rzeczy jest inaczej sformułowanym ostrzeżeniem Jezusa z Nazaretu: „Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt 5, 20).

 

Królestwo Boże nie jest sprawą jedzenia i picia, a zatem nie opiera się na naszych przekonaniach i zewnętrznych tradycjach, o które gwałtownie upominali się faryzeusze. Ich zdaniem ludzka nadzieja opiera się na zachowywaniu tradycji i religijnych przepisów. Bardzo się mylili, ale jednocześnie ci spośród nich, którzy przeczuwali na czym polega prawdziwa pobożność z ust Jezusa słyszeli słowa: „... Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego” (Mk 12, 34).

 

Nauczmy się dziś, że nie mamy prawa żądać od wszystkich, aby podobnie do nas się zachowywali i mieli podobne przekonania. Nie mamy prawa oczekiwać, że inni będą podobnie do nas się odżywiali i ubierali; że będą się podobnie modlili i mieli podobną pobożność. Jeśli chcemy realizować polecenie Nauczyciela z Galilei aby najpierw szukać Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, nie narzucajmy swoich wyobrażeń innym. Wszak każdy z nas będzie sądzony ze swojego przekonania: „Lecz ten, kto ma wątpliwości, gdy je, będzie potępiony, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem; wszystko zaś, co nie wypływa z przekonania, jest grzechem” (Rz 14,23) – pisze ap. Paweł kilka wierszy dalej.

 

Królestwo Boże to nie zewnętrzne zwyczaje i tradycje, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. To między innymi znaczy, że ono nie ma charakteru ostatecznego i nie należy do nieokreślonej przyszłości, ale dzieje się już teraz poprzez nasze zaangażowanie się w służbę Chrystusa, gdy wypełniamy przykazanie miłości, dostrzegające chwałę Boga oraz prawo do innej szczęśliwości naszych bliźnich.

 

Królestwo Boże nie jest pasywnym czekaniem na przyszłość, ale twórczym i odpowiedzialnym działaniem. Jest wyjściem na przeciw drugiego człowieka bez uprzedzeń i z absolutną akceptacją jego zwyczajów, wyobrażeń oraz marzeń, których uczy własne dzieci. Pamiętajmy o tym, jako uczniowie Jezusa Chrystusa! Będąc Jego sługami mamy zawsze dążyć do pokoju, przedkładając prawo do wolności i radości bliźniego ponad własne przekonania i wyobrażenia. Niechaj pamiętają o tym również politycy, rządy i parlamenty wszystkich państw.

 

2. Dążmy do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu

Dążmy zawsze do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu. To prawda, że będąc wolnymi ludźmi, możemy mieć przekonania bardziej zbliżone do ewangelicznego wzoru, jaki pozostawił Jezus z Nazaretu. Na przykład wiemy, że wszystko jest czyste i dozwolone do jedzenia i picia, a jednak swoich przyzwyczajeń i zwyczajów, a tym bardziej religijnej tradycji nie wolno nam narzucać innym.

 

Pamiętajmy też, że obok nas żyją ludzie, którym nasza wolność w Chrystusie sprawia wielkie problemy moralne, prowadzące ich aż do zgorszenia. Nie będę długo wymieniał: – spożywanie krwi wobec Świadków Jehowy, – spożywanie mięsa wobec Adwentystów, – picie alkoholu wobec abstynentów. Jakże często w naszym postępowaniu można odszukać jedynie przekorę i oportunizm, aby innym zamanifestować swoją wolność. Czy wobec nich nie powinniśmy być wstrzemięźliwi, aby przez swoje jedzenie nie dawać im powodu do zgorszenia? „Dobrze jest nie jeść mięsa i nie pić wina ani nic takiego, co by twego brata przyprawiło o upadek” (Rz 14,21).

 

Ponieważ jako uczniowie i słudzy Chrystusa mamy dążyć do wzajemnego budowania a nie rujnowania, przeto nauczmy się wstrzemięźliwości i szanujmy prawo do inności naszych bliźnich, których wiara jest słabsza i nie poznali jeszcze, czym jest prawdziwa wolność w Jezusie Chrystusie. „Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom”.

 

Najlepiej zamanifestujemy światu obecność Królestwa Bożego, którego nie widać, ponieważ włada naszymi sercami i myślami, jeśli będziemy wiernymi sługami Chrystusa, zawsze dążącymi do pokoju i wzajemnego zbudowania! Jako chrześcijanie, swoim postępowaniem nie doprowadzajmy ludzi do tego, że na nic nie będą czekać, ale przywiązani do tego, co ziemskie i materialne, już teraz odbiorą swoją zapłatę, umierając w poczuciu przegranej szansy i nie spełnionego życia. Amen.

 

 

 

poniedziałek, 24 maja 2010
Zesłanie Ducha Świętego

Duchu Święty, całkowicie Tobie się oddaję. Prowadź mnie, kształtuj i czyń ze mną, co Ci się podoba, abym był dobrym sługą Chrystusa. Upodobałeś sobie prowadzić mnie dziwną drogą, lecz któż odgadnie Twoje zamiary? Proszę, pomóż mi zrozumieć problemy, których człowiek zmysłowy nigdy nie pojmie, ani ich nie przyjmie, bo są dla niego głupstwem. Obym nigdy nie zwiastował ludzkiej mądrości a do duchowych rzeczy zawsze przykładał duchową miarę. Amen.

 

J 20,19-22

 

A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego.

 

Duch Święty  dla wielu ludzi jest tylko pojęciem teologicznym, ułatwiającym wypowiedź o Bogu i historycznej postaci Jezusa z Galilei, wszak Bóg podobno jest, ale jakoś Go nie widać. W rzeczy samej Bóg jest duchem, a Jego obecność jest duchowa. Jednak, czy chrześcijańskie doświadczenie działania Ducha Świętego nie umożliwia nam głębszego zrozumienia Boga i życia, aniżeli jedynie teologiczna wypowiedź, że Bóg jest duchem?

Już samo nazewnictwo, którym posługuje się Biblia, ujawnia, że teologiczne przestrzenie, w których można zrozumieć i opisać Ducha Świętego, są wręcz fantastyczne i zapierają dech w piersiach.

Duch  "ruah" czyli rodzaj żeński - odnawia oblicze ziemi  - przynosi życie  - to jest jedna linia, związana ze stworzeniem.

Duch jest także sprawcą pocieszenia - przypomina i wprowadza w prawdę - to druga linia, która jest związana ze Słowem Boga.

Na pytanie o istotę Ducha Świętego możemy odpowiedzieć, że tworzy ludzki świat, to znaczy nadaje sens naszemu życiu na ziemi, odnawiając nas i ożywiając, a także pocieszając słowem Ewangelii.

Mówiąc jeszcze inaczej: Duch Święty jest Bożą sferą naszej egzystencji, a której żyjemy, często w ogóle nie uświadamiając sobie związków ze sacrum. Dzięki Duchowi wszystko na-biera plastyczności, dynamizmu. Dzięki Niemu można przeżywać życie inaczej, doświadcza-jąc wielobarwności życia w jednej chwili, będąc jednocześnie skoncentrowanym na konkret-nym zadaniu.

Dlatego o Duchu Świętym można też powiedzieć, że jest łonem, z którego rodzimy się każ-dego dnia do nowego życia. Kto nie rodzi się wciąż z Ducha Bożego, ten jest martwy. Wygląda na żywego, ale nie żyje i nie owocuje. Niczym pierwszego dnia wyszliśmy z płodowej wody, tak każdego dnia mamy rodzić się z Ducha, czyli z Boga, który jest źródłem życia i jego dawcą. Stąd chrzcząc, posługujemy się symbolem wody, abyśmy zobaczyli analogię rodzenia, o której Nikodemowi mówił nasz Pan.

Kto jest rodzony z Ducha Świętego, ten rodzi się w Królestwie Bożym - tu widać, że można powiedzieć o Duchu Świętym, jako sferze (Bożej przestrzeni) ludzkiej egzystencji. Kto jest rodzony z Ducha, ten doświadcza już owej pełni i wielkiego, zbawiennego finału Bożego działania, o którym powiadamy, że jest wypełnieniem się ostateczności: „A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam!”.

Wszystko dzieje się pierwszego dnia po sabacie, czyli w nowym czasie, w nowym eonie.

Nowy świat, bo zaczął się nowy tydzień, po sabacie przecież. Ten obraz chce nam unaocznić, że skończyło się stwórcze działanie Boga w sensie ścisłym, a nastał czas Bożej obecności. Chrystus, wkraczający w pierwszym dniu po sabacie w przestrzeń i czas naszego życia, to Bóg zbawiennej obecności. Dlatego pierwsze słowa, jakie słyszą wystraszeni uczniowie z ust zmartwychwstałego Chrystusa to pozdrowienie pokoju!

Do naszej teraźniejszej egzystencji przynależy lęk i niepewności. Nasze życie to w pewnym sensie nieustanna walka... . Tymczasem zmartwychwstały Chrystus tchnie na nas Ducha po-cieszenia i pokoju. Czas niepewności, lęku, smutku i wojny minął. Możemy radować się! Od-tąd nasze życie nabiera smaku i wartości.

Życie według ciała jest smętne i martwe. Życie według ducha jest radosne i owocujące! O tym nie wie nikt, kto nie modli się do Boga, aby zrodził go z Ducha Świętego do nowego ży-cia. Czy modlimy się do Ducha, aby przyszedł i odmienił nasze życie, niczym strumienie wyschniętą i spieczoną ziemię? „Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij też mnie, naucz mnie żyć w wolności, nieś mnie przez cały dzień i pomagaj mi wzbogacić ziemię swoimi darami”.

Duch jest dawcą życia i tworzy życie. Jak w starej postaci świata nie ma życia bez wody, tak Królestwo Boże jest tajemnicą odradzającej i odnawiającej życie działalności Ducha Święte-go. Aby ów związek zrozumieć, a także pojąć, jak wiele w naszej codzienności zależy od Ducha, którego tchnął na nas Chrystus, pozwólmy sobie na obraz w kilku odsłonach, zatytułowany Jak wiatr z mleczem. Idzie mianowicie o to, abyśmy wyobrazili sobie, że wiatr przedstawia Ducha a mlecz nas samych. Ów obraz może więc też nosić tytuł: Jak Duch z człowiekiem.

Wyobraźmy sobie wiosenną łąkę pełną mleczy. Widzimy, że łąka jest obsypana mleczem jak ziemia ludźmi. Mlecz nie jest specjalnie wymagającą rośliną i rośnie na każdej glebie. Jego korzenie tkwią głęboko i mocno w ziemi. Na pierwszy rzut oka wszystkie kwiaty wyglądają jednakowo. Ale jest tak samo, jak u ludzi: każdy jest niepowtarzalny, żaden odcisk palca nie zgadza się z miliardami innych. Wiatr rozwiał wszędzie mlecz jak Duch Boży ludzi. Trudno sobie wyobrazić, że mógł nas osiedlić na Madagaskarze, w środku Afryki, albo w jakimś obszarze głodu. Nikt nie potrafiłby wtedy odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego?”. Jest jednak ważne, że każdy z nas jest niepowtarzalny w swoich predyspozycjach, które dał nam Duch Boży. l te niepowtarzalne właściwości powinniśmy wnosić w świat, a nie stawać się tanią kopią jakiegoś idola. Sami siebie powinniśmy wnosić na „łąkę ludzkości”!

Szeroko otwarty kwiat. Mlecz zamyka się na noc. Jest zdany na słońce, jak cała ziemia. Kiedy ono świeci, mlecz rozwija swój kwiat jak małe słoneczko. Także my, ludzie, jesteśmy zależni od słońca: od przychylności ludzi i zaufania Bożej dobroci. (Promienie Bożego słońca przy-pominają inny symbol Ducha Świętego, płomienie ognia!) Wtedy można iść na całość. Narzekanie nic nie pomoże, bo bez względu na to, gdzie człowiek pracuje i za ile, Duch Boży postawił człowieka właśnie w tym miejscu i tam ma kwitnąć i odbijać światło Bożego słońca. Dopiero w tym przekazywaniu dobra dalej człowiek zaczyna odczuwać zadowolenie. W tym leży tajemnica życia: oddać siebie. Dopiero to stwarza nam grono przyjaciół i przynosi zado-wolenie.

Przekwitły mlecz. Szybciej, niż myślimy, przekwita mlecz, my wszyscy przekwitamy. Czy wtedy wszystko mija? Jeszcze trochę żółtej barwy w kwiecie przypomina nam dzień wczoraj-szy. Niebezpieczne jest spoglądanie w tył i upajanie się żółtością minionych dni. Kto chce pozostać żywy i ruchliwy, patrzy do przodu - w swojej sytuacji, takiej jaka jest - i otwiera się na nowe zmiany, które prowadzą do dojrzałości. Wtedy - prawie niedostrzegalnie - może się zdarzyć coś cudownego.

Dmuchawiec. Widzimy cud, że także w starości może wyrosnąć nowe. Staliśmy się „biali”, okrągła żółtość znikła. Jeżeli nie staniemy się jak dzieci... One nie dostrzegają zmarszczek i białych włosów. Wnuczęta żyją w serdecznym kontakcie z babcią i dziadkiem. Przyciągają się magicznie... W dojrzałości życia uczymy się uwalniania - tak jak te małe spadochrony z kosztownym nasionkiem na dmuchawcu są gotowe do odlotu. Wiatr może je przenieść na odległość kilometrów. W Ewangelii słyszeliśmy: „Chrystus tchnął na nich” oraz: „Ja was posyłam”. Jak nasionka mlecza, gdy dmuchniemy lecą w różne strony świata, tak podobnie leci naprzód wszystko, co wysyłamy w świat. Każda dobra myśl, każda modlitwa, każde życzliwe słowo, każdy pomocny czyn działają dalej na świecie i zapuszczają gdzieś korzenie na łące ludzkości. To, co zostało posiane przez wiatr, żyje jeszcze gdzieś, chociaż my może już od dawna nie żyjemy. Duch Boży wieje tam, gdzie chce.

Pusty owocostan. Wszystko już poleciało. Pusty owocostan wkrótce zwiędnie. A przecież wciąż jest piękny. Linie na nim są małym cudem, jak linie twarzy starego człowieka. Gdy w życiu doszliśmy do miejsca, gdzie stoimy z pustymi rękami, musi nam wystarczyć świadomość, że gdzieś rośnie to, co posialiśmy, wschodzi i przynosi owoce. Pod koniec życia ratuje nas zaufanie do dobroci Boga.

Zwykły mlecz może udzielić nam odpowiedzi na pytanie o sens życia i pomóc zrozumieć tajemnicę Ducha Bożego, który wieje tam, gdzie chce. Czy ten obraz jest dobry? Ktoś może pomyślał, że jest tylko sztuczką kaznodziejską. Może tak jest? A może wcale nie? Zapytajmy, po czym uczniowie poznali Mistrza, gdy przyszedł do nich po zmartwychwstaniu i tchnął na nich Ducha?

Poznali Go po ranach!

Niech ta prawda zapuści w nas głębokie korzenie!

Módlmy się zatem:„Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij nas, naucz nas żyć w wolności, nieś nas przez życie i pomagaj nam ubogacać ziemię”. Amen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 10 kwietnia 2010
Quasimodogeniti

Panie Boże, Ty jesteś wszystkim, dlatego możesz żądać od nas wszystkiego. Dla Królestwa Bożego powinniśmy oddać siebie w całości, ponieważ nic innego nie mamy. Ojcze, naucz mnie odwagi w poświęcaniu tego, co ziemskie, dla chwały i radości Twojego Królestwa. Niech również moje zwiastowanie będzie skuteczną zachętą do podjęcia przez słuchaczy stanowczej decyzji ofiarowania siebie Chrystusowi. Daj mi swojego Ducha, Ducha pokory i pożądania Królestwa Niebios. Amen.

 

J 20,19-29

 

A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane. A Tomasz, jeden z dwunastu, zwany Bliźniakiem, nie był z nimi, gdy przyszedł Jezus. Powiedzieli mu tedy inni uczniowie: Widzieliśmy Pana. On zaś im rzekł: Jeśli nie ujrzę na rękach jego znaku gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej w bok jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach znowu byli w domu uczniowie jego i Tomasz z nimi. I przyszedł Jezus, gdy drzwi były zamknięte, i stanął pośród nich, i rzekł: Pokój wam! Potem rzekł do Tomasza: Daj tu palec swój i oglądaj ręce moje, i daj tu rękę swoją, i włóż w bok mój, a nie bądź bez wiary, lecz wierz. Odpowiedział Tomasz i rzekł mu: Pan mój i Bóg mój. Rzekł mu Jezus: Że mnie ujrzałeś, uwierzyłeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

 

Pan mój i Bóg mój

 

Dotykamy jądra Ewangelii. Jest nim wyznanie Tomasza po spotkaniu zmartwychwstałego Chrystusa: „Pan mój i Bóg mój”.

Apostoła Tomasza często uważamy za sceptyka i racjonalistę, który dał się przekonać dopiero po oglądnięciu ran zadanych Jezusowi podczas krzyżowania. Słowa Jezusa: „Że mnie ujrzałeś uwierzyłeś: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” są więc często rozumiane w taki sposób, jakby Jezus ganił Tomasza za jego niewiarę.

A może trzeba na to opowiadanie spojrzeć inaczej? Może trzeba dowartościować wiarę Tomasza? Wszak według relacji czwartego ewangelisty, po zmartwychwstaniu w gronie Dwunastu jedynie Tomasz wyznał swą wiarę w boskość Jezusa! Inni zobaczywszy Pana i Jego rany uradowali się. Jezus Chrystus wkroczył w ich społeczność z pozdrowieniem: „Pokój wam”, aby darować im nadzieję i radość, ale tylko Tomasz zdobył się na wyznanie wiary, najważniejsze wyznanie w Ewangelii Jana.

Tomasz miał szczęście, ponieważ mógł osobiście spotkać się ze zmartwychwstałym Jezusem. Ze słów, zapisanych w 1. Liście do Koryntian, że na końcu Chrystus objawił się Pawłowi, poronionemu płodowi, wynika iż nasze spotkania ze Zmartwychwstałym są innej natury, aniżeli te pierwsze. Jednak i one powinny prowadzić nas do wyznania wiary, podobnego Tomaszowemu zawołaniu: „Pan mój i Bóg mój”. Stąd właśnie w tekście ewangelii znajdują się słowa: „Że mnie ujrzałeś uwierzyłeś: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Choć nie możemy zobaczyć ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, jednak musimy wierzyć w Jego boskość. Wiara Tomasza, ani nasza nie jest przez to umniejszona, ponieważ każda wiara jest przez Chrystusa pożądana i każde wyznanie oczekiwane.

Dlatego jako nowonarodzone niemowlęta, zrodzone przez Boga do duchowego życia wiary w ósmym dniu, to znaczy w dniu symbolizującym wieczne Królestwo Boga, za przykładem Tomasza wyznawajmy: „Pan mój i Bóg mój”.

 

1. Wyznający Kościół

Z tekstu biblijnego wynika, że uczniowie w obawie przed Żydami byli zebrani w jakimś ustronnym miejscu. Bali się, ponieważ obawiali się niebezpieczeństwa. W każdej chwili mogło ich spotkać to samo, co Mistrza i Nauczyciela. Ludzkie dokonanie Wielkiego Piątku są wśród nich wciąż żywe i budzą lęk. Zamknięte drzwi mają więc ochraniać uczniów Jezusa przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami.

Chociaż od niewiast wiedzą już, że Jezusa nie ma w grobie, jednak ta wieść jeszcze bardziej ich przeraża. Teraz bowiem ze strony arcykapłanów i faryzeuszy mogą ich spotkać represje za próbę oszustwa. Wieść o pustym grobie Jezusa bardziej ich paraliżuje aniżeli przemienia. Dlaczego? Jaką różnicę możemy zauważyć pomiędzy sytuacją opisaną w tekście a późniejszym odważnym wystąpieniem apostołów w imieniu Zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa?

„...stanął pośrodku i rzekł do nich: ... Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego”. Odmiana nastąpiła wówczas gdy Zmartwychwstały stanął pomiędzy nimi z pozdrowieniem pokoju. Choć już przed tym pierwszym osobistym spotkaniem z Zmartwychwstałym Chrystusem przypominali Kościół, wszak wiedzieli o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu, jednak byli zajęci sobą. Odcięci zamkniętymi drzwiami od zewnętrznego świata, w niczym nie przypominali grona uczniów, którzy przed pojmaniem Jezusa wszędzie mu towarzyszyli. Jak przedtem, jak i teraz otaczając ich niewdzięczni i źli ludzie, ale teraz są sami. Przypominają samych siebie z łodzi podczas burzy na jeziorze Genezaret. Boją się o siebie. Wtedy jednak byli z Jezusem, Teraz Go nie mają.

W takie grono uczniów wkracza zmartwychwstały Jezus Chrystus. Nieograniczony zewnętrznym światem materii wchodzi do zamkniętego pomieszczenia z wielkanocną Ewangelią, powiadając: „Pokój wam”. Spotkanie, które dziś przypomniał nam Duch Święty, odmienia zatem uczniów. Słysząc o zwycięstwie nad złem i ludzką nienawiścią, cierpieniem i śmiercią, wszak mogą zobaczyć rany ukrzyżowanego Jezusa, nabierają pewności i odwagi, której moglibyśmy im pozazdrościć.

Wraz z tą Ewangelią, wielkanocnym zwiastowaniem zwycięstwa dobra i życia, otrzymują Chrystusowego Ducha. W ten sposób rodzi się prawdziwy Kościół, który oprócz wiedzy o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa oraz bratniej miłości, potrzebuje jeszcze ożywiającego Ducha pocieszenia i odwagi. Ducha, który z grona zamkniętych i zajętych sobą świadków ukrzyżowania i zmartwychwstania ponownie czyni społeczność otwartą na świat i gotową udać się gościńcami całej ziemi, aby dotrzeć do każdego narodu i każdego człowieka. W ten sposób rodzi się społeczność zmartwychwstałego Chrystusa, wyznająca za przykładem Tomasza: „Pan mój i Bóg mój”. W ten sposób rodzi się wyznający Kościół.

Dzięki Pawłowi wiemy dobrze, komu jesteśmy winni Ewangelię: „Jestem dłużnikiem Greków i nie Greków, mądrych i niemądrych” pisze w 1 rozdziale Litu do Rzymian. Poruszeni rozważanym opowiadaniem, przypatrzmy się więc samym sobie i oceńmy, czy nie jesteśmy podobni do tego zamkniętego grona uczniów? Wiemy o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, ale jesteśmy zajęci wyłącznie sobą. Z pietyzmem pielęgnujemy własną pobożność, ale dla tzw. świętego spokoju nie wychodzimy na zewnątrz. Bojąc się utraty znajomości, przyjaźni, stanowiska milczymy w sytuacjach, w których powinniśmy zwiastować radosną Ewangelię Wielkiej Nocy, wzywając ludzi do wiary w boskość Chrystusa i życia oraz postępowania w światłości zmartwychwstałego Zbawiciela.

Chociaż często powtarzamy, że Jezus żyje, jednak tym zmartwychwstałym życiem nie żyjemy, to znaczy brak nam odwagi i otwarcia się na innych. Jezus Chrystus nie może być obecny jedynie w naszych wspomnieniach. On chce być żywym w nas przez swego Ducha, a przez nas chce być takim w świecie, dlatego powiada: „Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.

 

2. Wyznająca wiara

Zmartwychwstały wkracza więc także w naszą parafialną społeczność, podobnie w domowe i rodzinne, aby zwiastować nam pokój Wielkiej Nocy. A pokojem jest nie tylko brak wojny. Pokój Zmartwychwstałego to szczęście, dobro i zdrowie, to radość bycia człowiekiem i wielka pasja życia oraz działania w mocy Jego Ducha. Wielkanocne pozdrowienie Jezusa: „Pokój wam” oznacza, że wszystko jest dobrze, że cierpienie i śmierć nie są w stanie nas zwyciężyć, o czym przekonał się już Tomasz, wyznający: „Pan mój i Bóg mój”, ponieważ ta wiara jest naszym zwycięstwem świata i jego mocy.

Przychodzący do nas Jezus Chrystus oczekuje zatem naszej wiary, a także świadomego wyznania w świecie, przed ludźmi, z którymi żyjemy, że Jezus jest Panem i Bogiem. Przez nasze zwiastowanie Wielkanocnej Ewangelii Zmartwychwstały chce wkraczać wciąż w nowe społeczności zajęte wyłącznie sobą i chce być żywym w martwych sercach grzeszników.

Wierzący powinien iść tam, gdzie według człowieka nie ma drogi. Jak Jezus wszedł w zamkniętą i bojącą się społeczność, tak i my powinniśmy wchodzić w grupy, które pozornie są poza możliwością dotarcia do nich. Wierzący bowiem ma nadzieję w sytuacjach, w których według człowieka nie ma żadnej nadziei. Uczniowie Jezusa dają się posłać pomimo tego, że za tym posłaniem nie kryje się żaden ludzki gwarant. Czego innego mogą oczekiwać od świata, jak nie zaryglowanych drzwi do wielu społeczności, a przede wszystkim do pojedynczego serca?

Podobnie wowinniśmy przychodzić do wątpiących ludzi, jak Jezus przyszedł przez zamknięte drzwi do Tomasza. Dzięki temu spotkaniu Tomasz mógl wyznać „Pan mój i Bóg mój”. Jakże osobiste jest to wyznanie Ujawnia się w nim cały dynamizm drogi, jaką odbył Tomasz do wątpliwości do wyznania. Ów dynamizm jest skutkiem spotkania ze Zmartwychwstałym i przemiany, która ma miejsce w człowieku w zetknięciu z życiodajną rzeczywistością Królestwa Bożego.

Zmartwychwstały szuka każdego człowieka i powiada: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”. Zachęceni do wiary, czujmy się też zachęceni do wyznawania Chrystusa w świecie. Obdarzeni pokojem Wielkiej Nocy, czujmy się też powołani do zwiastowania pokoju ludziom niespokojnym, widzącym własny grzech, błądzącym i zamkniętym w sobie. Zwiastujmy światu, że w Jezusie Chrystusie, Zmartwychwstałym zwycięzcy nad złem i grzechem, Bóg odpuszcza każdemu jego grzech i wprowadza go na drogę światłości. Amen.

 

 

 

piątek, 02 kwietnia 2010
Wielkanoc

Panie Boże, kochany Ojcze, sprawco i dokończycielu wszelkiej dobrej i słusznej sprawy. Zechciej mnie oświecić światłem wiary, abym mądrze i roztropnie zwiastował Ewangelię Chrystusa. Spraw, aby przez moją służbę ludzie poznali skarb, którym jest Twój Syn, a nasz Pan, Jezus Chrystus. Niechaj moje serce będzie wolne od trosk o doczesne wartości, abym swoje umiejętności i siły zaangażował w sprawę Królestwa Bożego. Amen.

 

1 KOR 15,1–11

 

A przypominam wam, bracia, ewangelię, którą wam zwiastowałem, którą też przyjęliście i w której trwacie, I przez którą zbawieni jesteście, jeśli ją tylko zachowujecie tak, jak wam ją zwiastowałem, chyba że nadaremnie uwierzyliście. Najpierw bowiem podałem wam to, co i ja przejąłem, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism I że został pogrzebany, i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism, I że ukazał się Kefasowi, potem dwunastu; Potem ukazał się więcej niż pięciuset braciom naraz, z których większość dotychczas żyje, niektórzy zaś zasnęli; Potem ukazał się Jakubowi, następnie wszystkim apostołom; A w końcu po wszystkich ukazał się i mnie jako poronionemu płodowi. Ja bowiem jestem najmniejszym z apostołów i nie jestem godzien nazywać się apostołem, gdyż prześladowałem Kościół Boży. Ale z łaski Boga jestem tym, czym jestem, a łaska jego okazana mi nie była daremna, lecz daleko więcej niż oni wszyscy pracowałem, wszakże nie ja, lecz łaska Boża, która jest ze mną. Czy więc ja, czy oni, to samo opowiadamy, i tak uwierzyliście.

 

Nadzieja dla wszystkich

 

Żyjemy w świecie, w którym nastąpił spadek zaufania do wszystkiego i wszystkich, także do chrześcijan i dlatego ludzie szukają nowych źródeł nadziei. Czy odnajdą je w Ewangelii, w Bożym słowie o śmierci i zmartwychwstaniu, czyli zwycięstwie nad śmiercią i piekłem? Ewangelia jest słowem o życiu, które jest silniejsze od śmierci, o miłości silniejszej od złości, ponieważ Bóg mocą swego Ducha przywrócił do życia ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa!

Niechaj dzisiejszy poranek będzie czasem zwiastowania nadziei dla wszystkich ludzi!

 

1. W raju jest miejsce dla Kaina

A jedynym źródłem nadziei dla świata, stąpającego drogą Kaina, a więc świata winnego przed Bogiem, jest wielkanocny fakt, a mianowicie, że zmartwychwstały Chrystus wychodzi naprzeciw każdemu grzesznikowi, jako ten, który najpierw został ukrzyżowany i zstąpił do piekieł, o czym przypomina ap. Paweł: „Najpierw bowiem podałem wam to, co ja przejąłem, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism, i że został pogrzebany...”. Poselstwo chrześcijańskiej nadziei wywodzi się więc z tajemnicy Bożej miłości, która wskrzesza Jezusa z umarłych, pomimo, że ludzie Go ukrzyżowali! Na krzyżu Golgoty Chrystus jest obecny w samym centrum tajemnicy ludzkiego zła, a jednak jest zwycięzcą przez dobro.

Jezus został ukrzyżowany pomiędzy dwoma grzesznikami, dzieląc ich los. Czy nie jest to największe zbliżenie Boga do mrocznego kręgu zła, ludzkich bezdroży, którymi maszeruje także współczesny Kain? Zapytajmy też o uczniów idących do Emaus, których postacie związane są z liturgią 2. Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Dlaczego wycofują się zaraz po stwierdzeniu, że już trzy dni, jak się to wszystko stało a Jezus leży w grobie? Czy podobnie jak starotestamentowy Kain nie odczuwają odpowiedzialności?

Czy rzeczywiście człowiek, który ukrzyżował Jezusa Chrystusa, zabił swego brata, skazany jest jedynie na drogę ucieczki, drogę bez nadziei, na której wciąż powraca się w to samo miejsce, niczym świat przyrody, zataczający nieustanne cykle życia i śmierci? Wielkanocna Ewangelia świadczy o tym, że Chrystus, który umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał i jako żywy Pan ukazał się wielu osobom, a tym samym przełamując beznadziejny krąg ludzkiego zła i lęku, wkracza pomiędzy nas i zawraca nas z drogi ucieczki.

Jesteśmy uratowani! W zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie Bóg uratował grzeszny ludzki ród! Uratował Piotra, który wcześniej się Go wyparł! Uratował Pawła, prześladowcę Kościoła! Uratował Kaina! Tym samym pokazał nam nową drogę życia, na której nam towarzyszy, drogę odpowiedzialności za brata, za sponiewieranego, cichego i pokornego sługę Bożego, za Kościół Boży w świecie, za Abla. Idąc tą drogą nie powracamy wciąż w te same miejsca, nie uciekamy przed bliźnim, ani nie boimy się brata, ale osiągamy cel: zbawienie i życie.

Człowiek kroczy bezdrożami egoizmu i dlatego jest ciągłym producentem cierpienia. A przecież, jak śpiewa śląski pieśniarz – T. Soyka: „Daleko raj, gdy na człowieka się zamykam”. Szaleństwo krzyża, na którym Bóg w Chrystusie przerywa łańcuch zła i egoizmu, wkraczając na bezdroża Kaina, bezdroża wiodące do Emaus, za nas stając się grzechem, jest najpiękniejszym słowem nadziei dla świata!

W tajemnicy Golgoty Jezus Chrystus jest bardzo blisko sfery Kaina. Paradoks, że właśnie w taki sposób wychodzi mu na spotkanie? Nie. Tylko wzrokiem, ogarniającym całość ludzkich dziejów można dostrzec, że krzyż staje się miejscem ponownego spotkania Abla z Kainem, niewinnego z winnym, wypierającego się z wypartym, prześladującego z prześladowanym, ocalonego z ocalającym. W raju jest miejsce dla Kaina!

Chrystus zstępujący do samego środka tajemnicy zła, wychodzi stamtąd zwycięsko jako zmartwychwstały Pan. Jego światło jest nadzieją dla świata pełnego Kainów, które oświeca mroczną tajemnicę nieprawości, aby wyzwalać i ocalać! To jest moc Chrystusowego zmartwychwstania, która z Pawła – prześladowcy Kościoła, idącego drogą Kaina – uczyniła Apostoła Narodów. To jest moc, która obdarza nas łaską za łaską, dzięki której jesteśmy tym, czym jesteśmy – ludźmi nadziei!

„A przypominam wam, bracia, ewangelię, którą wam zwiastowałem, którą też przyjęliście i w której trwacie”, że nasz Pan przeszedł katuszę Golgoty i ciemności piekła, aby w wielkanocny poranek wyjść z grobu i dać każdemu z nas nową nadzieję! Naszą nadzieją jest Zmartwychwstały Pan, wychodzący nam naprzeciw, który był umęczony i ukrzyżowany, ponieważ Jego serce bije dla nas z miłości. Jego nieskończona miłość, nawet do największego drania, ma też nieskończoną moc przeobrażania, pojednywania i ocalania! Jego miłość najwymowniej objawiona światu na krzyżu, przezwycięża zło i ratuje Kaina, zawraca grzesznika ze złej drogi.

Pusty grób ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa jest znakiem, że nie ma takiego miejsca we wszechświecie, które byłoby oddalone od Boga w takim stopniu, aby nie znajdowało się w zasięgu Jego zbawiającej łaski. Nikt i nic nie pozostaje poza jej wpływem. Boża łaska to łaska dla wszystkich. Dlatego pusty grób jest znakiem najprawdziwszej nadziei dla świata! Ona rodzi się z wiary, że z grobu wyszedł Chrystus, który był umarły, lecz oto żyje i ma klucze śmierci i piekła.

 

2. Ewangelia dla wszystkich ludzi

Oto treść zbawiennej Ewangelii, danej nam w wielkanocny poranek przez Boga – abyśmy wreszcie zwyciężyli własne niemoce, bo zwycięstwo, które zwyciężyło świat, to nasza wiara, która rodzi się ze spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem, przychodzącym do nas w słowie Ewangelii i zawracającym nas ze złej drogi.

Jeśli z niepokojem spoglądamy na świat i ze współczuciem myślimy o milionach zagubionych na nim istot, żyjących bez nadziei – nie wolno nam stać bezczynnie. Bądźmy Ewangelią i zwiastujmy Ewangelię wszystkim ludziom!

Z czymkolwiek ludzie wiążą swoją nadzieję, nic nie zastąpi świadectwa naszego przeobrażonego życia, w którym miłością obejmujemy każdego napotkanego człowieka i z nadzieją modlimy się za wszystkich ludzi. Nic nie zastąpi słowa o krzyżu i pustym grobie Jezusa Chrystusa, bo przecież mamy nadzieję, że zmartwychwstały Jezus Chrystus w swej miłości potrafi przemienić ludzkie „nie” na pragnienie zbawienia.

Czy właśnie krzyż Golgoty nie jest znakiem takiej nadziei, że nawet jeśli nie wszyscy ludzie wierzą Bogu, właśnie Bóg, dobry Ojciec, pełen serdecznej miłości, wierzy we wszystkich ludzi? Wierzy w Kaina?!

Kto ośmieli się sądzić, że Chrystusowi, który objawił się na to, aby zniweczyć dzieła diabelskie, udało się ten cel urzeczywistnić jedynie częściowo? Dla Boga nikt nie jest stracony! Wiedział o tym Paweł: „Mnie, najmniejszemu ze wszystkich świętych, została okazana ta łaska, abym zwiastował poganom niezgłębione bogactwo Chrystusa” (Ef 3,8). Tenże sam Paweł pisze jeszcze do Tymoteusza: „Gdyż trudzimy się i walczymy dlatego, że położyliśmy nadzieję w Bogu żywym, który jest zbawicielem wszystkich ludzi, zwłaszcza wierzących. To głoś i tego nauczaj” (1 Tm 4,10).

Zwłaszcza wierzących – dla Pawła nie oznacza wykluczenia wszystkich!

Zmartwychwstały Pan, żywy Bóg wstający z grobu – oto nadzieja dla grzeszników. Ta nadzieja nam mówi, że Jezus Chrystus uczynił i uczyni wszystko, aby zbuntowanego człowieka doprowadzić do pojednania z Bogiem. Nie zniechęca Go i nie rozczarowuje żaden upadek, ani grzech człowieka. Czyż tak się nie stało w życiu Pawła?

Czyż tak się nie stało w naszym życiu?

Dlatego przed nikim się nie zamykajmy, ale odwrotnie dla wszystkich się otwierajmy. Nikogo nie uważajmy za straconego dla Boga, ale w modlitwie walczmy o każdego, ponieważ zmartwychwstały Chrystus daje nadzieję dla wszystkich, pragnąc nas wykorzystać do dzieła pojednania.

Zachowujmy i dalej przekazujmy Ewangelię, chyba że nadaremnie uwierzyliśmy: „.... że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism. I że został pogrzebany i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism”. Amen.

 

 

wtorek, 09 marca 2010
Laetare

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia i Boże pociechy, dziękuję Ci, że pocieszasz mnie Chrystusem w wszelkim utrapieniu moim, dzięki czemu mogę innych pocieszać taką samą pociechą, jakiej doświadczam od Ciebie. Wszak liczne są cierpienia Chrystusowe w zborze, w którym ustanowiłeś mnie zwiastunem Ewangelii. Wierzę, że dzięki nim obficie spływa spływa na nas wszelka pociecha. Dlatego proszę Cię, dobry Ojcze, pobłogosław moją służbę pocieszania Chrystusem, zwiastowanym w Ewangelii. Amen.

2 Kor 1,3-7

Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, abyśmy tych, którzy są w jakimkolwiek utrapieniu, pocieszać mogli taką pociechą, jaką nas samych Bóg pociesza. Bo, jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha. Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia; jeśli zaś pocieszenie, jest to ku waszemu pocieszeniu, którego doświadczacie, gdy w cierpliwości znosicie te same cierpienia, które i my znosimy; A nadzieja nasza co do was jest mocna, gdyż wiemy, iż jako w cierpieniach udział macie, tak i w pociesze.

 

Sens utrapień

„Teraz raduję się z cierpień, które za was znoszę i dopełniam na ciele moim niedostatku udręk Chrystusowych za jego ciało, którym jest Kościół” (Kol 1,24) – wyznaje ap. Paweł, moim zdaniem ku zdziwieniu całego świata.

Cierpienie jest fenomenem życia. Stanowi jedno z najbardziej powszechnych ludzkich doświadczeń.

Znamienne jest to, że istnieją wielkie różnice w stosunku do cierpienia. Zachód, wykorzystując rozwinięte technologie, próbuje obronić się przed cierpieniem, nie zawsze zastanawiając się nad następstwami. Dla przeciętnego Europejczyka cierpienie jest złem absolutnym, stojącym w jednym rzędzie z śmiercią przeciwko życiu. Dla wielu ludzi cierpienie nie jest jednak nieszczęściem samym w sobie, a raczej fatalnym doświadczeniem, z powodu którego można zmarnować życie. Aby wykorzystać każdy dzień życia, trzeba więc wyeliminować z niego cierpienie.

Pozornie jest to logiczne, tyle tylko, że wówczas cierpienie zostaje oderwane od natury. Tymczasem ono należy do świata. Cierpi nie tylko człowiek, ale cierpi całe stworzenie, cierpi kosmos. Jedyną drogą ucieczki przed cierpieniem byłoby więc wydostanie się ze świata i rzeczywiście w podobny sposób sądzi myśli wielu ludzi. Jednak w arcykapłańskiej modlitwie, Jezus prosił Ojca o coś zgoła innego: „Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego. Jak mnie posłałeś na świat, tak i Ja posłałem ich na świat” (J 17,15.18). Uczeń Jezusa Chrystusa musi pozostać w świecie i dlatego cierpienie ma dla niego jakąś wartość i sens, którego pochopnie nie powinien się wyrzekać.

Według ap. Pawła, sensem cierpienia jest pocieszenie, analogicznie zresztą do sensu śmierci, którym jest życie. Mówiąc inaczej, poprzez utrapienia w świat wkracza słowo pociechy.

1. Cierpiący Chrystus pociechą dla świata

Świat rozpaczliwie szuka pociechy. Powoli zdajemy sobie sprawę z tego, że nie umiemy należycie wykorzystać wiedzy i dlatego stajemy się ofiarami własnych pomysłów i dzieł. Cywilizacja, która mogłaby nas uszczęśliwić, przyniosła nowe zagrożenia, a z nimi nowe utrapienia. Powoli stajemy się ludźmi strachu. Panika, którą wywołuje dziennikarska wiadomość o groźnym wirusie, której naukowo jeszcze nie potwierdzono, jest symptomem.

Czy nie warto zastanowić się nad tym teraz, gdy w pamięci mamy szczególne cierpienie Jezusa Chrystusa, w którym tkwi tajemnica pociechy? Zadziwiające jest to, że szukając pociechy i uciekając przed cierpieniem, najczęściej znajdujemy ją właśnie tam, gdzie inni muszą cierpieć! Przykłady? Uciechy domów publicznych – to najczęściej cierpienia pozbawionych czci i wolności kobiet. Uciechy wielkich pieniędzy – to najczęściej cierpienia tysięcy anonimowych pracowników. Uciecha małżonka, związana z jakąś pasją – to jakże często utrapienie małżonki.

Może więc warto szukać pociechy tam, gdzie inni nie muszą cierpieć? Może warto inaczej spojrzeć na życie i zbliżającą się śmierć? Może warto niektórym aspektom codziennego życia, którym popularnie odmawiamy pozytywnej wartości, przyznać większe prawo do szczęścia? Może warto inaczej spojrzeć nawet na cierpienie i w nim znaleźć jakiś zarodek pociechy?

Ktoś powie: bzdura! Przecież w utrapieniu ludzkiego życia na ziemi nie ma żadnej pociechy. Ta związana jest raczej z przyszłym światem. Owszem, w logice świata to jest bzdura. W optyce krzyża Jezusa Chrystusa rzecz ma się jednak inaczej. Zresztą do innej oceny rzeczywistości zachęca nas sam ap. Paweł: „Bo jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha!”. Skąd się to Pawłowi wzięło? Paweł, jak mało który uczeń Jezusa, zrozumiał paradoksy Golgoty.

Kimże jest ukrzyżowany Chrystus? Nie było trzeba zmuszać Go do przyjęcia krzyża. Na Golgocie nie wyrywał się żołnierzom. Nie modlił się o zemstę, ale o wybaczenie dla oprawców. Może Jezus był psychicznie chory? Może był masochistą? Modlitwa w Getsemane, gdzie Jezus miał jeszcze nadzieję, że cierpienie może Go ominąć, zaprzecza tym podejrzeniom. Jezus dostrzegał w cierpieniu coś, czego uczniowie przed zmartwychwstaniem nie potrafili zrozumieć.

Piotr oburzony, że Jezus mówi o cierpieniu i przewiduje swoją śmierć, nie pojmuje sensu słów umiłowanego Nauczyciela: „Jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje, lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24). Tymczasem Jezus zdaje sobie sprawę z tego, że Jego cierpienia eksplodują życiem i pociechą dla świata. Jeśliby Jezus chciał umrzeć jedynie dla samej idei męczeństwa, byłby szalonym, religijnym guru, podobnym do tego, który przed laty w amerykańskiej dżungli ze swoimi wielbicielami popełnił samobójstwo.

Jezus umarł, aby wielu mogło powstać do życia. Jego cierpienia są pociechą dla zrozpaczonych ludzi, którzy nie wiedzą, co począć z własnym cierpieniem i śmiercią. Wszystkie nasze niemoce wziął na siebie, aby całą historię ludzkiego utrapienia zamknąć jednym modlitewnym zawołaniem z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”

Bóg nie opuścił utrapionego Jezusa Chrystusa, jak nie opuszcza cierpiącego nieszczęśnika. To raczej doświadczenie cierpienia, ukrzyżowanemu Chrystusowi kazało zapytać Boga o nieobecność. Bóg, niczym rolnik rzucający ziarno w ziemię, wrzucił Jezusa w otchłań śmierci, aby obumierając mógł stać się pierworodnym pośród umarłych.

Cierpienie Jezusa nie było jedynie sztuką dla męczeńskiej sztuki. Było raczej ciężką służbą pocieszenia świata: „Albowiem Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i oddać swe życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Na pytanie Jezusa, dlaczego Bóg opuszcza cierpiącego, otrzymujemy odpowiedź w cudzie wielkanocnego poranku. W utrapieniu Bóg nikogo nie opuszcza. A jeśli je dopuszcza, to dlatego, żeby mogła zrodzić się pociecha. Nie myślmy, że utrapienie jest przekleństwem: „Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, ... ”.

2. Z utrapienia uczyńmy pociechę

Cóż więc powiemy na własne utrapienia? Przyszłość świata jest coraz mniej pewna. Może przynieść wiele doświadczeń. Już dziś ludzie pytają: czy warto sadzić nowe jabłonie? Tym pytaniem ujawniają ten sam stan ducha, jaki był w Jezusie Chrystusie, myślącym o zbliżającym się cierpieniu: „Teraz dusza moja jest zatrwożona, i cóż powiem? Ojcze, wybaw mnie teraz od tej godziny? Przecież dlatego przyszedłem na tę godzinę” (J 12,27).

Czy dobrze rozumiemy odpowiedź, której Jezus udzielił sam sobie na swoje wątpliwości? Urodziliśmy się na ziemi, aby jednak zasadzić te jabłonie!!! Żadne utrapienia, które nas spotykają, nie powinny nas odwodzić od inwestowania w życie, ponieważ nasza nadzieja jest w Bogu, Ojcu miłosierdzia, który pociesza nas we wszelkich utrapieniach. Nie sądźmy, że uciekniemy przed utrapieniami. Jeśli rzeczywiście będziemy przed nimi uciekać, wtedy cierpień przysporzymy innym. Doświadczając utrapień, szukajmy pociechy w tym, co w cierpieniu Chrystusa uczynił dla nas miłosierny Bóg.

Naśladowanie Jezusa jest także naśladowaniem Jego stosunku do cierpienia, dzięki któremu zyskaliśmy pociechę. Niech podobnie dzieje się w naszym życiu. Niech nasze cierpienia staną się źródłem pociechy dla bliźnich, o czym przypomina Paweł: „Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia”.

Ktoś może zapytać: W jaki sposób moje utrapienie może stać się pociechą dla bliźniego? Odpowiedź tkwi w definicji cierpienia! Wszystko zależy od tego, w jaki sposób traktujemy utrapienie. Cierpieć – to w pierwszym rzędzie znaczy umrzeć samemu sobie, aby powstać do nowego życia, którym jest życie dla bliźniego! Obrazem takiego zrozumienia cierpienia jest oczywiście ziarnko wrzucone w ziemię, aby obumierając mogło wydać wielokrotny owoc. Przez cierpienie umniejszania siebie, a zwłaszcza własnego „ja”, które realizuje się na różne sposoby, można stać się faktycznym źródłem pociechy dla innych. Wyrzekając się na przykład części własnych planów albo życiowych pasji, możemy uszczęśliwić małżonka, zwracając na niego większą uwagę. A myśląc bardziej ogólnie, pamiętajmy o tym, że wyrzeczenie się egoistycznej uciechy zawsze stwarza szansę pocieszenia drugiego człowieka. Bo cierpieć między innymi znaczy: pokornie przyjąć utrapienie, aby stać się źródłem pociechy dla innych.

Cierpienie jest jednak większą i głębszą tajemnicą. Ono polega również na usłyszeniu wołania bliźniego i podaniu mu dłoni, mimo tego, że lepiej byłoby się od niego odwrócić. Cierpienie jest znoszeniem upokorzeń i prześladowań z powodu sprawiedliwości oraz dla imienia Zbawiciela. Cierpienie jest w końcu związane z chorobami i starzeniem się, czyli najczęściej z powolnym procesem ubywania życia. Aby poradzić sobie z tym ogromem cierpienia, musimy jak Jezus Chrystusem poczuć się obumierającym ziarnkiem, które przez swoją śmierć wydaje obfity owoc.

Uczniem Jezusa może być jedynie ten, kto z miłości do Mistrza traci życie, aby je zachować do życia wiecznego: „Bo kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją” (Mk 8,35).

Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy pragnie, abyśmy w cierpieniu odnaleźli Jego miłość i dobroć, a także sens własnego życia. Zwyciężenie cierpienia wcale nie musi oznaczać powrotu do stanu przed cierpieniem. Często jest się szczęśliwym i ma się większe poczucie sensu życia właśnie w cierpieniu. Zwyciężenie cierpienia przede wszystkim polega na tym, że pomimo cierpienia w codziennym życiu jest się aktywnym i twórczym, szczęśliwym i dającym szansę innym. To znaczy, będącym źródłem pociechy dla siebie i bliźniego! Amen.

 

 

 

 

sobota, 06 lutego 2010
Sexagesimae

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram złą drogę ku niej i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Proszę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzucony. Amen.

Hbr 4,12n

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; 13.i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie wszystko jest obnażone i odsłonięte przed ocza¬mi tego, przed którym musimy zdać sprawę.

 

Władza Słowa Bożego

W niedzielę Sexagesimae, poświęconą Słowu Bożemu, Kościół Jezusa Chrystusa może się upewnić, że nie jest zgromadzeniem partyjnym albo społecznością akademicką, słuchającą jedynie ludzkiej mądrości. Wyjątkowość chrześcijańskiego Kościoła polega bowiem na tym, że nie jest zgromadzeniem, które samo się zwołało, ale jest społecznością świętych, zwołaną przez żywego Boga. Społecznością zwołaną do słuchania.

Będąc Kościołem, możemy z nadzieją myśleć o przyszłości nie dlatego, że wzrasta ofiarność, a mądrze inwestując będziemy mogli utrzymywać majątek, ani nie dlatego, że wypełniamy misyjny nakaz Chrystusa, ale dlatego, że słuchamy świętego Boga, który przez swoje Słowo wzbudza w nas życie i udziela rozlicznych darów. Nie ulega wątpliwości, że jedynie serce żywe i poruszone jest sercem ofiarnym. Źródłem naszej siły i nadziei jest zatem Ewangelia, która, mówiąc słowami ks. dra M. Lutra, jest skarbem Kościoła.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne w każdej sytuacji. Ono zawsze wypełnia swoje zadanie: „Gdyż jak deszcz i śnieg spada z nieba i już tam nie wraca, a raczej zrasza ziemię i czyni ją urodzajną,(...) tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem” (Iz 55,10n) - mówi Pan. Działanie Słowa Bożego ma jednak związek z odbiorem słuchającego człowieka. Nie w tym sensie, że Słowo nie może niczego zdziałać w sercu człowieka, który Go nie przyjmuje, ale w innym. Dla człowieka, słuchającego w prostocie serca, przyjmującego i wykonującego, Słowo Boże staje się życiem i zbawieniem. Odwrotnie dla człowieka, który słuchając niczego nie słyszy i nie wykonuje, Słowo Boże staje się oskarżeniem i potępieniem: „A jeśliby kto słuchał słów moich, a nie przestrzegał ich, – mówi Jezus – Ja go nie sądzę: nie przyszedłem bowiem sądzić świata, ale świat zbawić. Kto mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ma swego sędziego: Słowo, które głosiłem, sądzić go będzie w dniu ostatecznym” (J 12,47n).

Możemy więc powiedzieć, że ostateczną instancją sądowniczą jest Słowo Boże. A dlaczego tak jest, tłumaczy tekst kazalny.

 

1. Słowo Boże dotyka sumienia

„Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca”. Z tych słów, niezależnie od tego, jak będziemy tłumaczyć obrazy, użyte przez autora, wynika jedna, zasadnicza prawda, a mianowicie, że Słowo Boże jest nie tylko informacją, ale także wydarzeniem w życiu człowieka.

Słowo Boże nie dociera jedynie do uszu i w nich pozostaje, ale ono trafia człowieka w serce, napełnia sobą ludzkie myśli, po prostu wpływa na sumienie. I w tym sensie Słowo Boże nigdy nie pozostawia człowieka obojętnym. Ono budzi namiętności. Słowo Boże można przyjąć, albo odrzucić Zaakceptować i wykonywać, albo starać się je zagłuszyć i nie dopuścić do tego, aby wydało w sercu dobre owoce.

Sztandarowym przykładem jest oczywiście postać Kaina, który w odpowiednim czasie został przez Boga ostrzeżony: „Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze. Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować” (1 Mż 4,6n). Niestety Kain nie usłuchał Boga i postąpił według własnej pożądliwości. Niemniej na tym przykładzie można dostrzec, że Słowo Boże dosięgło Kaina w jego sumieniu. Dzięki temu Kain rozpoznał zło i mógł się ustrzec przed grzechem.

Jak dalece Słowo Boże jest zdolne wpływać na ludzkie sumienie i kształtować ludzkie postawy, dostrzegamy na wielu innych przykładach, a mianowicie proroków. Na przykład Jonasza i Jeremiasza. Każdy z nich na swój sposób pragnął uciec przed Słowem, z którym został posłany przez Boga. I każdy z nich inaczej został przez to Słowo przymuszony do wykonania woli Najwyższego.

W skuteczności działania Słowo Boże jest też ostrzejsze niż obosieczny miecz. To znaczy, ze ono nie pozostawia człowieka w spokoju, wręcz rani go, nie pozwala mu pozostać obojętnym. Zmusza do zajęcia konkretnej postawy. Wszak miecz jest symbolem wojny. W jednej ze swoich wizji Jeremiasz powiada: „Lecz ów dzień należy do Wszechmogącego, Pana Zastępów, to dzień pomsty, aby się pomścił nad swoimi wrogami! Miecz Pana pożera, nasyca się i upaja ich krwią, ...” (Jr 46,10). Skoro miecz pomaga walczyć i zwyciężać przeciwników, można powiedzieć, że Słowo Boże jest właśnie tym orężem, które wiernemu słuchaczowi Boga pomaga zwyciężyć grzech własnego serca i zło świata.

Symbol miecza każe jednak pamiętać o jeszcze jednym działaniu Słowa Bożego. Oto ustami Ezechiela Święty powiada: „Lecz ty, synu człowieczy, prorokuj i klaskaj w dłonie, niech miecz uderzy dwakroć, trzykroć! Jest to miecz rzezi, wielki miecz rzezi, który ich okrąża, Aby serca struchlały i aby wiele potknęło się i padło. Sprawiłem, że wyostrzono miecz do zabijania we wszystkich ich bramach. Uczyniono go jak błyskawica, wygładzono go na rzeź” (Ez 21,19n). Słowo Boże, przedstawione jako miecz, zwraca się więc przeciwko tym, którzy gardzą Bogiem i Jego Słowem.

Jeśli odniesiemy te obrazy do Nowego Testamentu, wnioski same zaczną się nasuwać. Pan Jezus powiada: „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz” (Mt 10,34). Wypowiadając słowo Ewangelii Jezus nie uspakaja ludzkiego sumienia i nie gładzi słuchacza po sercu, mówiąc: „Pokój, pokój”, ale prowokuje do zajęcia zdecydowanego stanowiska: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, ...” (Mt 12,30). I dlatego w Apokalipsie, w Liście do zboru w Pergamonie, znajdujemy słowa: „To mówi Ten, który ma ostry miecz obosieczny. (...) Upamiętaj się więc; a jeżeli nie, przyjdę do ciebie wkrótce i będę z nimi walczył mieczem ust moich” (Ap 2,12.16).

Powyższe teksty, szybko i pobieżnie omówione, a w nich szczególnie obraz miecza, do którego zostało przyrównane Słowo Boże, pomagają nam pojąć myśli z rozważanego tekstu, a mianowicie, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ponieważ wpływa na sumienie słuchacza. Kształtuje w nim praktyczną postawę naśladowcy Chrystusa, bądź wroga. Słowo obnaża człowieka takim, jakim jest w swoim sercu. O ludziach świata, nienawidzących Ewangelii, Jezus powiedział: „Gdybym nie przyszedł i do nich nie mówił, nie mieliby grzechu; lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego” (J 15,22).

 

2. Słowo Boże w służbie Najwyższego

Ta wypowiedź Mistrza i Nauczyciela z Galilei kieruje myśli w stronę drugiego wiersza rozważanego tekstu: „I nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę”. Słowo Boże, spełniające rolę sądu, stoi w służbie Boga, przed którym każdy z nas musi zdać sprawę z własnego życia.

Słowo zatem demaskuje nas i ujawnia najskrytsze tajniki naszych serc. Tylko ono jest w stanie prawdziwie ocenić intencje, które kierują naszymi decyzjami. I dlatego za najwyższą władzę w Kościele możemy uznać wyłącznie Słowo Boże, której muszą być poddane wszystkie ludzkie autorytety, ponieważ człowiek, spoglądający jedynie na to, co widzą oczy, nie potrafi wniknąć w serce i poznać intencji, decydującej o czynie. W efekcie nie potrafi sprawiedliwe ocenić bliźniego. Tylko Słowo Boże wnika w głąb ludzkiego serca, gdzie dzieją się najważniejsze akty człowieczeństwa. A bez tej zdolność nie można obiektywnie i sprawiedliwie ocenić człowieka.

Każdy człowiek będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem, który wypowiada do nas swoje Słowo, kształtując nasze życie i powołując nas do życia w Jego Królestwie. Nie powinniśmy wobec tego interesować się tym, w jaki sposób Słowo Boże skutecznie działa w życiu bliźniego, a tym najczęściej są zainteresowani ludzie, którzy udają pobożnych, ale raczej w prostocie i czystości serca, odpowiadać na Boże poselstwo: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”.

Być może wielu ludzi nie wierzy w to, by Słowo Boże mogło mieć tak wielką moc? A jednak ono jest zdolne burzyć i budować, niszczyć i tworzyć, wprowadzać niepokój i sądzić, ponieważ nie jest zwykłym słowem. Ono wychodzi z ust Tego, który stworzył świat, i który wszystko widzi.

W swoim Słowie Bóg udziela samego siebie, dając cząstkę swego życia.

Na podstawie obserwacji, otaczającego nas świata, nie wyciągajmy pochopnych wniosków o niemożności uczynienia czegokolwiek przez to Słowo, które gromadzi nas w Kościół Chrytsusa. Ono działa skuteczniej niż potrafimy to sobie wyobrazić, ponieważ ono działa w ludzkim sercu. Jak dla nas jest źródłem satysfakcji, radości i szczęścia, tak dla innych jest źródłem niepokoju. A wszystko zależy od tego, do czego wzywa biblijne hasło niedzieli Sexagesimae: „Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Hbr 3,15).

Pod żadnym pozorem nie zamieniajmy w Kościele władzy Słowa Bożego na żadną inną ludzką władzę, chyba że chcemy siebie oraz innych unieszczęśliwić. A że tak często się dzieje, to fakt bezsporny, który nie tylko smuci, ale i budzi niepokój.

Nie zamykajmy naszych serc na poselstwo Ewangelii, która jest naszą mocą, życiem i wypełniającą się obietnicą. Pamiętając o przestrodze ap. Piotra, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi, nie dajmy się zwodzić ludzkiej mądrości, ale stawajmy przed sądowniczym trybunałem Słowa Bożego, które demaskuje grzech naszych serc i myśli oraz powołuje nas do życia w światłości. Amen.

 

 

Sexagesimae

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram złą drogę ku niej i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Proszę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzucony. Amen.

Hbr 4,12n

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; 13.i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie wszystko jest obnażone i odsłonięte przed ocza¬mi tego, przed którym musimy zdać sprawę.

 

Władza Słowa Bożego

W niedzielę Sexagesimae, poświęconą Słowu Bożemu, Kościół Jezusa Chrystusa może się upewnić, że nie jest zgromadzeniem partyjnym albo społecznością akademicką, słuchającą jedynie ludzkiej mądrości. Wyjątkowość chrześcijańskiego Kościoła polega bowiem na tym, że nie jest zgromadzeniem, które samo się zwołało, ale jest społecznością świętych, zwołaną przez żywego Boga. Społecznością zwołaną do słuchania.

Będąc Kościołem, możemy z nadzieją myśleć o przyszłości nie dlatego, że wzrasta ofiarność, a mądrze inwestując będziemy mogli utrzymywać majątek, ani nie dlatego, że wypełniamy misyjny nakaz Chrystusa, ale dlatego, że słuchamy świętego Boga, który przez swoje Słowo wzbudza w nas życie i udziela rozlicznych darów. Nie ulega wątpliwości, że jedynie serce żywe i poruszone jest sercem ofiarnym. Źródłem naszej siły i nadziei jest zatem Ewangelia, która, mówiąc słowami ks. dra M. Lutra, jest skarbem Kościoła.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne w każdej sytuacji. Ono zawsze wypełnia swoje zadanie: „Gdyż jak deszcz i śnieg spada z nieba i już tam nie wraca, a raczej zrasza ziemię i czyni ją urodzajną,(...) tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem” (Iz 55,10n) - mówi Pan. Działanie Słowa Bożego ma jednak związek z odbiorem słuchającego człowieka. Nie w tym sensie, że Słowo nie może niczego zdziałać w sercu człowieka, który Go nie przyjmuje, ale w innym. Dla człowieka, słuchającego w prostocie serca, przyjmującego i wykonującego, Słowo Boże staje się życiem i zbawieniem. Odwrotnie dla człowieka, który słuchając niczego nie słyszy i nie wykonuje, Słowo Boże staje się oskarżeniem i potępieniem: „A jeśliby kto słuchał słów moich, a nie przestrzegał ich, – mówi Jezus – Ja go nie sądzę: nie przyszedłem bowiem sądzić świata, ale świat zbawić. Kto mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ma swego sędziego: Słowo, które głosiłem, sądzić go będzie w dniu ostatecznym” (J 12,47n).

Możemy więc powiedzieć, że ostateczną instancją sądowniczą jest Słowo Boże. A dlaczego tak jest, tłumaczy tekst kazalny.

 

1. Słowo Boże dotyka sumienia

„Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca”. Z tych słów, niezależnie od tego, jak będziemy tłumaczyć obrazy, użyte przez autora, wynika jedna, zasadnicza prawda, a mianowicie, że Słowo Boże jest nie tylko informacją, ale także wydarzeniem w życiu człowieka.

Słowo Boże nie dociera jedynie do uszu i w nich pozostaje, ale ono trafia człowieka w serce, napełnia sobą ludzkie myśli, po prostu wpływa na sumienie. I w tym sensie Słowo Boże nigdy nie pozostawia człowieka obojętnym. Ono budzi namiętności. Słowo Boże można przyjąć, albo odrzucić Zaakceptować i wykonywać, albo starać się je zagłuszyć i nie dopuścić do tego, aby wydało w sercu dobre owoce.

Sztandarowym przykładem jest oczywiście postać Kaina, który w odpowiednim czasie został przez Boga ostrzeżony: „Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze. Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować” (1 Mż 4,6n). Niestety Kain nie usłuchał Boga i postąpił według własnej pożądliwości. Niemniej na tym przykładzie można dostrzec, że Słowo Boże dosięgło Kaina w jego sumieniu. Dzięki temu Kain rozpoznał zło i mógł się ustrzec przed grzechem.

Jak dalece Słowo Boże jest zdolne wpływać na ludzkie sumienie i kształtować ludzkie postawy, dostrzegamy na wielu innych przykładach, a mianowicie proroków. Na przykład Jonasza i Jeremiasza. Każdy z nich na swój sposób pragnął uciec przed Słowem, z którym został posłany przez Boga. I każdy z nich inaczej został przez to Słowo przymuszony do wykonania woli Najwyższego.

W skuteczności działania Słowo Boże jest też ostrzejsze niż obosieczny miecz. To znaczy, ze ono nie pozostawia człowieka w spokoju, wręcz rani go, nie pozwala mu pozostać obojętnym. Zmusza do zajęcia konkretnej postawy. Wszak miecz jest symbolem wojny. W jednej ze swoich wizji Jeremiasz powiada: „Lecz ów dzień należy do Wszechmogącego, Pana Zastępów, to dzień pomsty, aby się pomścił nad swoimi wrogami! Miecz Pana pożera, nasyca się i upaja ich krwią, ...” (Jr 46,10). Skoro miecz pomaga walczyć i zwyciężać przeciwników, można powiedzieć, że Słowo Boże jest właśnie tym orężem, które wiernemu słuchaczowi Boga pomaga zwyciężyć grzech własnego serca i zło świata.

Symbol miecza każe jednak pamiętać o jeszcze jednym działaniu Słowa Bożego. Oto ustami Ezechiela Święty powiada: „Lecz ty, synu człowieczy, prorokuj i klaskaj w dłonie, niech miecz uderzy dwakroć, trzykroć! Jest to miecz rzezi, wielki miecz rzezi, który ich okrąża, Aby serca struchlały i aby wiele potknęło się i padło. Sprawiłem, że wyostrzono miecz do zabijania we wszystkich ich bramach. Uczyniono go jak błyskawica, wygładzono go na rzeź” (Ez 21,19n). Słowo Boże, przedstawione jako miecz, zwraca się więc przeciwko tym, którzy gardzą Bogiem i Jego Słowem.

Jeśli odniesiemy te obrazy do Nowego Testamentu, wnioski same zaczną się nasuwać. Pan Jezus powiada: „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz” (Mt 10,34). Wypowiadając słowo Ewangelii Jezus nie uspakaja ludzkiego sumienia i nie gładzi słuchacza po sercu, mówiąc: „Pokój, pokój”, ale prowokuje do zajęcia zdecydowanego stanowiska: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, ...” (Mt 12,30). I dlatego w Apokalipsie, w Liście do zboru w Pergamonie, znajdujemy słowa: „To mówi Ten, który ma ostry miecz obosieczny. (...) Upamiętaj się więc; a jeżeli nie, przyjdę do ciebie wkrótce i będę z nimi walczył mieczem ust moich” (Ap 2,12.16).

Powyższe teksty, szybko i pobieżnie omówione, a w nich szczególnie obraz miecza, do którego zostało przyrównane Słowo Boże, pomagają nam pojąć myśli z rozważanego tekstu, a mianowicie, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ponieważ wpływa na sumienie słuchacza. Kształtuje w nim praktyczną postawę naśladowcy Chrystusa, bądź wroga. Słowo obnaża człowieka takim, jakim jest w swoim sercu. O ludziach świata, nienawidzących Ewangelii, Jezus powiedział: „Gdybym nie przyszedł i do nich nie mówił, nie mieliby grzechu; lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego” (J 15,22).

 

2. Słowo Boże w służbie Najwyższego

Ta wypowiedź Mistrza i Nauczyciela z Galilei kieruje myśli w stronę drugiego wiersza rozważanego tekstu: „I nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę”. Słowo Boże, spełniające rolę sądu, stoi w służbie Boga, przed którym każdy z nas musi zdać sprawę z własnego życia.

Słowo zatem demaskuje nas i ujawnia najskrytsze tajniki naszych serc. Tylko ono jest w stanie prawdziwie ocenić intencje, które kierują naszymi decyzjami. I dlatego za najwyższą władzę w Kościele możemy uznać wyłącznie Słowo Boże, której muszą być poddane wszystkie ludzkie autorytety, ponieważ człowiek, spoglądający jedynie na to, co widzą oczy, nie potrafi wniknąć w serce i poznać intencji, decydującej o czynie. W efekcie nie potrafi sprawiedliwe ocenić bliźniego. Tylko Słowo Boże wnika w głąb ludzkiego serca, gdzie dzieją się najważniejsze akty człowieczeństwa. A bez tej zdolność nie można obiektywnie i sprawiedliwie ocenić człowieka.

Każdy człowiek będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem, który wypowiada do nas swoje Słowo, kształtując nasze życie i powołując nas do życia w Jego Królestwie. Nie powinniśmy wobec tego interesować się tym, w jaki sposób Słowo Boże skutecznie działa w życiu bliźniego, a tym najczęściej są zainteresowani ludzie, którzy udają pobożnych, ale raczej w prostocie i czystości serca, odpowiadać na Boże poselstwo: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”.

Być może wielu ludzi nie wierzy w to, by Słowo Boże mogło mieć tak wielką moc? A jednak ono jest zdolne burzyć i budować, niszczyć i tworzyć, wprowadzać niepokój i sądzić, ponieważ nie jest zwykłym słowem. Ono wychodzi z ust Tego, który stworzył świat, i który wszystko widzi.

W swoim Słowie Bóg udziela samego siebie, dając cząstkę swego życia.

Na podstawie obserwacji, otaczającego nas świata, nie wyciągajmy pochopnych wniosków o niemożności uczynienia czegokolwiek przez to Słowo, które gromadzi nas w Kościół Chrytsusa. Ono działa skuteczniej niż potrafimy to sobie wyobrazić, ponieważ ono działa w ludzkim sercu. Jak dla nas jest źródłem satysfakcji, radości i szczęścia, tak dla innych jest źródłem niepokoju. A wszystko zależy od tego, do czego wzywa biblijne hasło niedzieli Sexagesimae: „Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Hbr 3,15).

Pod żadnym pozorem nie zamieniajmy w Kościele władzy Słowa Bożego na żadną inną ludzką władzę, chyba że chcemy siebie oraz innych unieszczęśliwić. A że tak często się dzieje, to fakt bezsporny, który nie tylko smuci, ale i budzi niepokój.

Nie zamykajmy naszych serc na poselstwo Ewangelii, która jest naszą mocą, życiem i wypełniającą się obietnicą. Pamiętając o przestrodze ap. Piotra, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi, nie dajmy się zwodzić ludzkiej mądrości, ale stawajmy przed sądowniczym trybunałem Słowa Bożego, które demaskuje grzech naszych serc i myśli oraz powołuje nas do życia w światłości. Amen.

 

 

piątek, 29 stycznia 2010
Septuagesimae

Panie Boże, Sprawco wszelkiej światłości, chociaż jestem pogrążony w ciemnościach grzechu, jednak mam stanąć przed Twoim Ludem, który przez krew Nowego Przymierza przelaną na Golgocie, został powołany do światłości. Proszę Cię, daj mi swojego Ducha i spraw, aby przez moją kaznodziejską słabość objawiła się Twoja chwała. Ratuj mnie przed ciemnością lenistwa, a słuchaczy przed ciemnością zapomnienia. Amen.

 

1 Kor 9,24–27

Czy nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli. A każdy zawodnik od wszystkiego się wstrzymuje, tamci wprawdzie, aby znikomy zdobyć wieniec, my zaś nieznikomy. Ja tedy tak biegnę, nie jakby na oślep, tak walczę na pięści, nie jakbym w próżnię uderzał; ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony.

 

 

Dołożyć wszelkich starań

 

Rozpoczęło się przedpoście. Co prawda nie jest to jeszcze Wielki Post, jednak nazwa niedzieli siedemdziesiątnica już nawiązuje do okresu pasyjnego. Dzisiejsza niedziela rozpoczyna siedemdziesięciodniowy okres poprzedzający Zmartwychwstanie Pana.

Młodszemu pokoleniu ewangelików dzisiejszy tekst kazalny może wydawać się nieco archaiczny, nie tyle ze względu na to, że ap. Paweł odwołał się do starożytnych zawodów sportowych, ile ze względu na słowa: „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, ...”. Ap. Paweł mówi o czymś, co ma związek z postem i wstrzemięźliwością, która współcześnie nie jest traktowana poważnie. Kultura masowa, wypierająca z naszej świadomości potrzebę wysiłku, skupienia, wstrzemięźliwości, jest skuteczna do tego stopnia, że nawet chrześcijanie mało kiedy pojmują, że wstrzemięźliwe życie, jest też wyrazem na-śladowania Chrystusa.

Tymczasem naśladowanie wymaga różnorodnych starań. Dochowanie wierności Chrystusowi nie jest tym samym, co lojalność wobec przełożonego. Nie polega tylko na zachowywaniu wiary, ale obejmuje wszystkie elementy codziennego życia, w którym jako chrześcijanie mamy do osiągnięcia konkretny cel, a mianowicie pełnię zbawienia.

Dlatego codzienność powinna cechować się aktywnością. Nie wolno nam stanąć w miejscu, ponieważ wtedy przegramy swoje życie. Jako chrześcijanie, uczniowie Jezusa Chrystusa, a więc jako powołani do świętości, biegnijmy wytrwale, abyśmy nie stracili Bożej łaski!

 

1. Nie ma taniej łaski.

Ap. Paweł nie napisał co prawda dzieła, poświęconego naśladowaniu Chrystusa, pomimo tego w dzisiejszym tekście przedstawia swoje życiowe motto, którym kierował się jako uczeń i apostoł Zbawiciela.

Przede wszystkim trzeba dążyć do zdobycia nagrodę. Nie chodzi o to, aby wysforować się przed innych, a potem gardzić przegranymi. Właśnie taki sposób myślenia Apostoł starał się przezwyciężyć, swoim listem do chrześcijan w Koryncie, gdzie nastąpiły liczne podziały i gradacja zboru na mocniejszych i słabszych, lepszych i gorszych. Używając obrazu zaczerpniętego ze sportu, Paweł nie podtrzymuje tej logiki, ale wszystkich Koryntian zachęca do wysiłku, dając im określoną motywację, którą jest nieznikomy wieniec chwały.

Nie mając odpowiedniej motywacji, człowiek nie mobilizuje się, nie wykorzystuje we właściwy sposób darowanych mu dni życia i talentów. Dla Pawła jest oczywiste, że motywacją chrześcijanina powinno być zbawienie. Używając słów D. Bonheffera możemy powiedzieć, że nie ma taniej łaski i dlatego z kolei słowami Mojżesza powinniśmy codziennie modlić się: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy po-siedli mądre serca” (Ps 90,12).

Łaska Boża została bowiem drogo nabyta niewinną krwią i śmiercią Chrystusa. Naśladowca Zbawiciela nie powinien więc liczyć na łaskę Boga, ale dokładać wszelkich starań, aby wieniec chwały zdobyć przy maksymalnym wysiłku i mobilizacji. „Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie, który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, Lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; ...” (Flp 2,5–8).

Praktyczna postawa wielu chrześcijan, zmierzająca do tzw. optymalizacji wysiłku w naśladowaniu Chrystusa, nie zasługuje na pochwałę. Wielu chciałoby wyważyć pomiędzy niezbędnym minimum za-angażowania się w naśladowanie Mistrza i Nauczyciela z Nazaretu, a korzystaniem z przychylności świata. Tymczasem chrześcijanin ma żyć intensywnie. To znaczy zawsze angażować się całą osobą, nie licząc się z konsekwencjami swojej postawy. Nie wolno mu wykorzystywać chrześcijańskiej wolności w zależności od ochoty, albo oczekiwanego zysku.

Być chrześcijaninem znaczy być nieustannie aktywnym i starać się być najlepszym!

Wszelkie próby moralności ekstensywnej, mającej zapewnić maksimum efektów, dodajmy zbawczych efektów, przy minimum nakładów, są chybione. Skoro nasza wiara opiera się na pewności, że Bóg jest miłością, to stawanie w miejscu i unikanie konfrontacji z problemami świata i życia nie przystoi naśladowcom Chrystusa, który w problemy świata zaangażował się bez reszty, całą osobowością i życiem. Umiłował bowiem do końca.

Mówiąc jeszcze inaczej, każdego dnia stawiajmy sobie przed oczy cel życia, którym jest Boży wieniec życia wiecznego, obiecany wszystkim, którzy wytrwają w wierze.

Naśladowca Zbawiciela powinien zatem wkładać maksimum wysiłku w swoje życie. Chrześcijańskie życie jest życiem z pasją! A chrześcijańska pasja życia nie bierze się z umiłowania życia samego w sobie, ale z umiłowania Zbawiciela.

Być jak Chrystus i żyć jak Chrystus!

Zaangażować się w problemy swojego środowiska bez reszty. Wy-rzec się siebie, aby darować szczęście i radość innym – oto mądra rada Pawła, apostoła Jezusa Chrystusa, którą daje wszystkim naśladującym Zbawiciela.

Przekonująca tym bardziej, że przecież nie biegniemy na oślep. Świat nie ma celu, który my mamy, ponieważ jesteśmy ochrzczeni. Mamy obiecaną nową Jerozolimę. Świątynię nie zbudowaną ludzkimi rękoma. Mieszkanie u Ojca w niebie. To nie jest nagroda, ale dar. Mając taki cel możemy z ufnością dawać siebie innym bez reszty, wiedząc, że Boża łaska została drogo nabyta.

Także walcząc, nigdy nie bijemy na oślep, to znaczy nie wiedząc, jaki skutek przyniesie nasze zaangażowanie. Świat uderza w próżnię, ideową próżnię. W świecie jest przecież wielu dobrych ludzi, szczerze oddanych dobru i szczęściu. My jednak mamy wielkie szczęście, bo dostrzegamy sens naszej walki. Mamy po prostu motyw, który jest trwalszy aniżeli świat. Jest Nim naśladowanie Chrystusa, wcielonego Boga, który zaangażował się w los człowieka.

Dlatego dokładajmy wszelkich starań, aby efekty naszego życia były trwałe, poprzez podobieństwo do pełnej poświęcenia działalności Jezusa Chrystusa. Niechaj nasze życie nie będzie tanim i łatwym prześlizgnięciem się po falach ludzkiej historii. Odciskajmy w niej trwałe ślady.

 

2. Wysoka cena naśladowania

Prawdziwa cena naśladowania Chrystusa wcale nie jest niska. Niektórym się wydaje, że w szkole Jezusa nie trzeba wiele płacić za naukę życia. Wprost przeciwnie. Ceną tej nauki jest umiejętność powstrzymywania się i umartwiania się, a zatem wstrzemięźliwość.

Zapytajmy więc o istotę wstrzemięźliwości. Na pewno otwiera człowieka na potrzeby bliźniego. Powstrzymując się od czegoś, możemy to darować innym. Umartwiając się w istocie rzeczy ujarzmiamy swoje „ja”, które zamyka nas na potrzeby bliźnich. Ludzkie „ja” jest bowiem ściśle związane z cielesnością. W niej ujawnia się najbardziej, aż do tak zwanego instynktu samozachowawczego, które w świecie wyrządziło już wiele zła. Umiejąc zapanować nad swoimi pożądliwościami i pragnieniami, człowiek zyskuje władzę nad egoizmem i staje się podobny do Jezusa Chrystusa; bardziej wolny, aby w tej wolności stać się niewolnikiem wszystkich ludzi.

Wstrzemięźliwość przygotowuje też do spotkania z Bogiem. Jest bowiem przestrzenią w ramach, której doskonali się modlitwa i możliwe jest studiowanie Słowa Bożego. Dzięki ujarzmianiu i poskramianiu cielesnych pożądliwości oraz pragnień człowiek staje przed Bogiem, gotów do słuchania i wykonywania.

Wstrzemięźliwość jest chrześcijańskim sposobem na wyważone i dobre życie. Swego rodzaju ćwiczeniem pobożności, aby przez lekkomyślność i źle pojętą chrześcijańską wolność nie minąć się z celem i nie przegrać wieńca chwały. „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony”. Odrzucenie grozi wszak z dwóch powodów.

Po pierwsze wynika z braku życiodajnego kontaktu z Bogiem. Modlitwa, nabożeństwo, lektura Pisma Świętego – w nich człowiek zbliża się do Boga.

Po drugie człowiek staje się marnotrawnym synem niebieskiego Ojca wówczas, gdy zamyka się na bliźniego. Nie słucha go, nie podaje mu dłoni ani kromki chleba. Wstrzemięźliwość jest więc sposobem na prawdziwe bycie z człowiekiem.

Dokładajmy więc starań w naśladowanie Jezusa Chrystusa, aby nasze życie nie było odliczaniem dni, ale prawdziwą pasją, walką o dobro i szczęście dla świata i człowieka, autentycznym i pełnym szczerego zaangażowania naśladowaniem Chrystusa. Ćwiczmy się w pobożności. Taki trening to wytrwała, a nie okazjonalna i uzależniona od wielu czynników droga w niedzielę i święto do kościoła; to nieustająca modlitwa; to codzienna lektura Pisma Świętego; to wstrzemięźliwe nastawienie do życia.

Chrześcijańska kondycja naprawdę jest ważna! Można ją osiągnąć jedynie przez pilność i systematyczność. Pamiętajmy, że łaska darowana nam przez Boga w Jezusie Chrystusie ma wysoką cenę. Jest nią zbawczy czyn Chrystusa.

Pamiętajmy o nagrodzie! Przewyższa nasze wszystkie wyobrażenia! Amen.

 

 

 

sobota, 23 stycznia 2010
Kazanie na Dzień nawrócenia ap. Pawła - 25 stycznia

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram ku niej złą drogę i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Pro-szę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzu-cony. Amen.

 

Rz 1,16n

Albowiem nie wstydzę się ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawie-niu każdego, kto wierzy, najpierw Żyda, potem Greka, Bo usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione, z wiary w wiarę, jak napisano: A sprawiedliwy z wiary żyć będzie.

 

Nawrócony dla zwiastowania Ewangelii

W dniu, upamiętniającym nawrócenie wielkiego Apostoła Narodów, wsłuchajmy się w pu-bliczne wyznanie św. Pawła, w którym oświadcza, że nie wstydzi się ewangelii Chrystusowej. W jego ustach to wyznanie nabiera szczególnego charakteru, skoro wcześniej był zaciekłym prześladowcą uczniów Pańskich, a co do zachowywania przepisów Zakonu – jak sam o sobie napisał – gorliwym faryzeuszem.

Doceńmy doniosłość Pawiowych słów, w których wyznaje, że Ewangelia jest mocą Bożą ku zbawieniu każdego wierzącego. Wszak ap. Paweł osobiście doświadczył mocy Ewangelii. Pod Damaszkiem olśniła go światłość z nieba. Wyrwany przez Jezusa Chrystusa z mocy ciemności, stał się głosicielem Ewangelii.

 

Charakter nawrócenia

"I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladu-jesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz;". Popularne i powierzchowne oceny wydarzenia spod Damaszku utrzymują najczęściej, że to było nawró-cenie. To prawda. Nie często jednak, albo w ogóle, zadajemy pytanie o to, jaki charakter mia-ło nawrócenie Pawła? Pytanie jest bardzo ważne, ponieważ dzięki odpowiedzi można zrozu-mieć późniejszą działalność Pawła.

Wpierw zauważmy coś, na co najczęściej nie zwracamy uwagi, a mianowicie, że sam Paweł wydarzenia spod Damaszku nigdy, w żadnym ze swoich listów, nie nazwał nawróceniem, chociaż odwoływał się do niego kilkakrotnie.

Nawrócenie rozumiemy jako zawrócenie w drodze. Nagle ktoś porzuca grzech i odtąd pragnie żyć po Bożemu. Powraca do Boga. Czy w wypadku Pawła możemy mówić o tak pojętym nawróceniu? Przecież jako pobożny Żyd żył absolutnie po Bożemu. W ocenie własnego życia na pewno nie dostrzegał grzechu. Jako faryzeusz wypełniał Prawo, był gorliwym obrońcą własnej religii. Paweł nigdy nie odstąpił od Boga, oczywiście według ówczesnego pojęcia.

Czy nawrócenie ap. Pawła mogło zatem mieć jedynie charakter moralny? To znaczy, że pod Damaszkiem św. Paweł pojął haniebność swojej gorliwości w prześladowaniu chrześcijan? Nawrócenie Pawła byłoby w tym wypadku przemianą etyczną. Wydaje się, że taka interpreta-cja choć nie jest pozbawiona słuszności, jednak na pewno pozbawiona jest głębi wydarzenia spod Damaszku. Głębi Bożego działania.

Inna interpretacja, we wspomnianym wydarzeniu każe widzieć w Pawle człowieka, nagle zmieniającego sztandar, pod którym służy i walczy. Gorliwy wyznawca Prawa w pewnym momencie życia, z całym talentem i zaangażowaniem, przechodzi pod sztandar Ewangelii. Mielibyśmy tutaj do czynienia tylko ze zmianą przedmiotu zainteresowania, ale sam Paweł pozostawałby nadal tym samym człowiekiem. Dlaczegóż więc następuje zmiana imienia z Saula na Pawła, skoro taka zmiana zawsze jest znakiem wewnętrznej przemiany człowieka, jak np. w wypadku Jakuba?

Obie interpretacje wydają się więc niewystarczające! Odrzucając je, posłuchajmy jak sam Paweł opisuje wydarzenie pod Damaszkiem: „Ale gdy się upodobało Bogu, który mnie sobie obrał, zanim się urodziłem i powołał przez łaskę swoją, Żeby objawić mi Syna swego, abym go zwiastował między poganami” (Ga 1,15n). Czy słyszmy Pawłowy tok myślenia i przed-stawiania: „obrał”, „powołał”, „objawił mi”, a więc „nie ja poznałem swój grzech i nie ja zmieniłem sztandar”. W Liście do Galacjan Paweł wyraźnie mówi o dziele Boga. Wydarzenie spod Damaszku opisał jako objawienie mu Bożego Syna.

Posłuchajmy innego tekstu: „Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, roz-świecił serca nasze, aby zajaśniało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystuso-wym” (2 Kor 4,6). W tych słowach Pawła doprawdy nie trudno usłyszeć wyraźny związek z opisem wydarzenia pod Damaszkiem, a zwłaszcza z jasnością z nieba, która poraziła przy-szłego Apostoła. Bądź co bądź są to słowa samego Pawła, mamy wobec tego prawo rozumieć je jako interpretację wydarzenia spod Damaszku, dokonaną przez zainteresowanego.

Pod Damaszkiem miało miejsce objawienie Chrystusa. Bóg stworzenia zabłysnął w sercu Pawła i oświecił go, aby Paweł mógł poznać bogactwo Chrystusa. Dzięki temu to wszystko, co wcześniej Paweł uważał za swój skarb, uznał za śmiecie wobec doniosłości, jaka ma po-znanie Jezusa Chrystusa. Paweł wyznaje więc: „Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary” (Flp 3,7-9).

Tajemnica Pawłowego nawrócenia to zatem coś o wiele więcej niż nawrócenie moralne, zmiana mentalności. To też coś więcej niż zmiana sztandaru. To rzeczywistość tak bogata w znaczenia i skutki, że musimy zbliżać się do niej z pokorą. Musimy uznać, że z tego wydarze-nia właściwie nie wiele pojmujemy, a jeśli potrafimy coś powiedzieć na jego temat, to chyba tylko tyle, że oto Pawłowi teologowi, znawcy Prawa i Ksiąg Starego Testamentu, zostaje przez Boga objawiony Chrystus. To znaczy, że Paweł oświecony Duchem Bożym pojmuje jasność Ewangelii, zaczyna dostrzegać bogactwo Bożej łaski danej człowiekowi nie ze względu na ludzkie uczynki i zasługi, ale ze względu na zbawczy czyn Bożego Syna.

Nawrócenie Pawła pod Damaszkiem jest więc w pełnym tego słowa znaczeniu metanoią, czy-li nowym sposobem myślenia, zmianą mentalności. Chociaż ma w sobie coś z nawrócenia moralnego, ponieważ nowy sposób myślenia prowadzi do odnowy etycznej, a także coś z zmiany sztandaru, jednak nie jest tylko jednym i tylko drugim, ale przede wszystkim jest spo-tkaniem z żywym Chrystusem, który grzesznemu człowiekowi objawia jasność swojej Ewan-gelii!

 

Wymienić wszystko na drogocenną perłę

Próbując wniknąć w tajemnicę Pawłowego nawrócenia można posłużyć się znaną przypowie-ścią Jezusa, a mianowicie o kupcu pereł, który znalazłszy drogocenną perłę, sprzedał wszyst-ko, co miał, aby ją kupić. Tak właśnie postąpił ap. Paweł. Można powiedzieć, że czyn kupca nie był rozsądny, ale pragnienie posiadania pięknej perły było silniejsze. U Pawła znajdujemy to samo pragnienie, aby posiadać skarb. Gdy więc Bóg objawił mu perłę, ewangelię zbawie-nia każdego, kto wierzy, Paweł bez wahania postąpił jak ów kupiec, skoro usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione.

Pod Damaszkiem Paweł nagle uzmysłowił sobie, że to wszystko, co było jego dotychczaso-wym skarbem, a więc sprawiedliwość z uczynków w niczym nie może równać się z sprawie-dliwością darowaną ze względu na Chrystusa. Do czasu nawrócenia Paweł zazdrośnie strzegł swojego skarbu. To tłumaczy też jego zaangażowanie w prześladowania chrześcijan, którzy swoją wiarą w darmowość usprawiedliwienia ugodzili jego najczulsze miejsce, jak gdyby chcieli ukraść mu jego skarb. Jednak dzięki Bożemu objawieniu, które miało miejsce pod Damaszkiem, Paweł pojął swój dramat, dramat niewiedzy, że występując w obronie Prawa, odrzucał Ewangelię – skarb prawdziwy.

Dopiero zdając sobie z tego sprawę, możemy właściwie ocenić późniejsze, pełne poświęce-nia, misyjne zaangażowanie Pawła. Gwałtowne przejście pod nowy sztandar nie wyniknęło z ludzkiej decyzji. Swoje źródło miało w poznaniu prawdziwej perły, o którą Paweł zawsze ubiegał, i której zazdrośnie strzegł. Paweł nie żył dotąd Ewangelią Bożej łaski, lecz prawem samousprawiedliwienia, zapominając, że jest grzesznym człowiekiem.

Pod Damaszkiem Paweł przeżył moc Ewangelii ku zbawieniu każdego wierzącego. Zrozu-miał, gdzie powinien szukać szczęścia i zbawienia. Bóg doprowadził Pawła do zupełnie no-wego widzenia rzeczy. Nie do gwałtownej przemiany moralnej, ale do oświecenia, które Pa-weł nazywa objawieniem, ponieważ w tej nowej perspektywie, jaką jest Chrystus i Jego Ewangelia, wszystko wydaje mu się inne.

Pamiętajmy o tym, oceniając własne życie, ewentualnie powracając pamięcią do jakiegoś wydarzenia z własnego życia, podobnego temu, które przeżył Paweł. Czy ujrzeliśmy wów-czas światło z nieba i usłyszeliśmy głos Chrystusa? Czy nie było to raczej wewnętrzne światło i wewnętrzny głos, który odezwał się w nas nie na drodze rozumu, ale dzięki słuchaniu Słowa Bożego, a więc przez kontakt z Bożą prawdą? Wydaje się, że i takie było przeżycie Pawła teologa pod Damaszkiem!

Warto o tym pamiętać także z innego powodu. Otóż przez różnej maści „domorosłych kazno-dziejów” coraz częściej jesteśmy atakowani wezwaniami do nawrócenia! Nawrócenia rozu-mianego moralnie. Faktycznie niektórym jest bardzo potrzebne. Większość z nas potrzebuje jednak objawienia chwały Chrystusa, a więc zrozumienia, że nie powinniśmy na niczym in-nym budować życia, tylko na sprawiedliwości danej nam przez Boga ze względu na Chrystu-sa. A to jest możliwe nie przez ludzkie decyzje, ale przez kontakt z żywym Słowem Boga, z Ewangelią.

Niechaj Pan Bóg oświeca nas chwałą Chrystusa! Niechaj daje nam poznanie bogactwa swej łaski i pomaga w uznaniu wszystkiego za śmiecie ze względu na Chrystusa Pana. Amen.

 

 

 

 

 

piątek, 15 stycznia 2010
2. niedziela po Epifanii

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia, proszę Cię bądź miłościw mnie grzesznemu człowiekowi, leniwemu kaznodziei i duszpasterzowi z oziębłym sercem. Nie pamiętaj moich przewinień, ale dla łaski swojej udziel mi Chrystusowego Ducha, abym wypełniał wolę Twoją. Przede wszystkim dopomóż mi sprawiedliwie postępować i okazywać miłosierdzie. Niech serce moje będzie przybytkiem miłości i źródłem dobroci. Amen.

 

Rz 12,4-16

Jak bowiem w jednym ciele wiele mamy członków, a nie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a z osobna jesteśmy człon-kami jedni drugich. A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto na-ucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szcze-rości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością. Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego. Miło-ścią braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku, w gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie, w nadziei radośni, w ucisku cierpliwi, w modlitwie wytrwali; wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność. Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie przeklinajcie. Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych.

 

 

Przychodzimy jako dar

 

W Święto Epifanii stanęliśmy przed Dzieckiem z Betlejem, aby rozpoznać Boga, który nie tylko na nas patrzy, ale i mówi. Mówi bardzo wymownie, bo egzystencją umiłowanego człowieka. W Betlejem słowem Boga jest Syn błogosławionej panny Marii.

Betlejemskie Dziecię jest darem od Boga, który tak umiłował świat, że swojego Syna dał, aby wierzący mieli życie wieczne. Dlatego o Epifanii można powiedzieć, że jest Świętem Bożego daru. Wszystkie dary prawdziwe, a nie pozorowane, biorą swój początek z Betlejem i z epifa-nijnego przeżycia Boga wśród nas i dla nas.

Na czym polega prawdziwość daru? Na miłowaniu. Jedynie wówczas mamy do czynienia z darem, gdy płynie z miłości, a nie z wyrachowania. Pan i Mistrz uczy nas, abyśmy zapraszali na przyjęcia jedynie tych, o których wiemy, że nie będą mogli się zrewanżować (Łk 14,13n). Dlatego też mamy kochać nieprzyjaciół, którzy nie oddadzą nam miłości.

Prawdziwy dar jest więc tym, co mamy najwartościowsze. Nadwyżka nigdy nie jest darem w sensie właściwym. Miłość Boga polega na tym, że On pierwszy umiłował, gdy my byliśmy jeszcze Bożymi nieprzyjaciółmi (1 J 4,10). W jednorodzonym Synu darował samego siebie, abyśmy mieli życie.

Od Epifanii rozpoczyna się zatem zwycięski pochód daru przez świat i ludzką historię, jako formy życia i bycia człowiekiem na wzór Chrystusa, co znamionują już owe tajemnicze postaci ze Wschodu, które nie tylko przynoszą dary materialne, ale składając hołd, ofiarowują Jezusowi Chrystusowi same siebie.

Stąd pomiędzy Epifanią i późniejszym Świętem Chrztu Pańskiego a pasją Chrystusa i Jego zbawczą męką na krzyżu Golgoty istnieje ścisły związek, którego znaczenie mamy okazję każdego roku przeżywać podczas epifanijnych i pasyjnych niedziel.

W świetle epifanijnego i pasyjnego świadectwa widać, że prawdziwie ludzka egzystencja zawsze przybiera formę daru. Inaczej nie można być człowiekiem. Każdy z nas jest darem. Przychodzimy jako dar i przychodzimy z darami.

 

1. Odnaleźć Boży dar

W końcu każdy z nas staje się szczególnym darem Boga dla świata przez chrzestne namasz-czenie Duchem Świętym na kapłanów, którzy samych siebie kładą na ołtarzu Bożej miłości.

Od kolebki po śmierć jesteśmy darem. Gdyby było inaczej, nie byłoby chrześcijańskiego Ko-ścioła, który nie jest związkiem zawodowym, wolnym zrzeszeniem, ani partią polityczną. Nie powstał na skutek społecznej umowy, ale jest owocem Bożego daru zbawienia i społecznością wzajemnie darowującą dary.

Czas, w którym luzie przestają darowywać, a zaczynają traktować swoje parafie czy lokalne społeczności roszczeniowo, jest pierwszym dniem końca każdej chrześcijańskiej wspólnoty. Bo wspólnota Chrystusa na ziemi, ożywiona Duchem Chrystusa, ma być obrazem daru, który zstąpił z nieba dla zbawienia wszystkich ludzi. Bez wzajemnie dawanych sobie darów, Ko-ściół przestaje być społecznością, która świadczy o zbawiennym darze. Dlatego ap. Paweł pisze: „A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto naucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szczerości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością”.

Niestety, we współczesności Kościoła można dostrzec wiele znamion zbliżającego się końca….

Dalej nie będę rozwijał refleksji w taki sposób, że wymienione przez ap. Pawła dary miałbym odnosić do współczesnych potrzeb. Chcę raczej zachęcić nas do zmiany postępowania i uczy-nienia z siebie daru dla innych, aby nikt, kto ma z nami kontakt, nigdy nie miał wątpliwości, żeśmy Chrystusowi, a więc żeśmy darami od Boga dla świata. Pomocną będzie mi stara ro-syjska legenda, opowiadająca o czwartym królu, który wyruszył w drogę razem z trzema innymi.

„Ów czwarty król zabrał ze sobą jako prezent dla królewskiego Dzieciątka trzy błyszczące, szlachetne kamienie. Był najmłodszym spośród czterech, żadnemu zaś z nich nie płonęła w sercu tak głęboka tęsknota, jak właśnie jemu. Podczas drogi usłyszał nagle szlochanie dziec-ka. W kurzu zobaczył leżącego chłopczyka, bezbronnego, nagiego i krwawiącego z pięciu ran. Tak niezwykłe było to dziecko, tak delikatne i bezbronne, że serce młodego króla napeł-niło się litością. Podniósł je i zawrócił do wioski, którą właśnie zostawili za sobą. Tam nikt nie znał dziecka. Poszukał opiekunki i przekazał jej jeden ze szlachetnych kamieni, by w ten sposób zabezpieczyć życie dziecka.

Potem udał się w dalszą wędrówkę. Gwiazda wskazywała mu drogę. Bezbronne dziecko uczyniło go niezmiernie wrażliwym na nędzę świata. Przechodził przez miasto, w którym naprzeciw wyszedł orszak pogrzebowy. Umarł ojciec rodziny. Matka i dzieci miały być sprzedane do niewoli. Król przekazał im drugi drogocenny kamień.

Gdy tak wędrował, nie widział już gwiazdy. Dręczył się wątpliwościami, czy nie stał się nie-wierny swojemu powołaniu. Jednak wtedy raz jeszcze zajaśniała na niebie gwiazda. Wędro-wał za nią poprzez obcą krainę, w której szalała wojna. W pewnej wiosce żołnierze zgromadzili razem wszystkich mężczyzn, aby ich zabić. Wtedy król wykupił ich trzecim szlachetnym kamieniem. Ale odtąd nie dostrzegał już gwiazdy.

Ogołocony ze wszystkiego kroczył przez krainę i pomagał ubogim ludziom. Przybył do pewnego portu w chwili, gdy ojciec rodziny jako wioślarz na jednej z galer miał odpokutować za swoją winę. Król zaofiarował samego siebie i pracował przez wiele lat jako wioślarz na galerze. Wtedy w jego sercu ponownie wzeszła gwiazda. Wkrótce przemknęło go wewnętrzne światło i ogarnęła go spokojna pewność, że mimo wszystko jest na właściwej drodze.

Niewolnicy i panowie odczuwali to niezwykłe światło owego człowieka. Został wypuszczony na wolność. We śnie znowu zobaczył gwiazdę i usłyszał głos: „Pospiesz się! Pospiesz!” Wstał w środku nocy. Wówczas zajaśniała gwiazda i doprowadziła go do bram wielkiego miasta. Z tłumem ludzi został zapędzony na wzgórze, na którym stały trzy krzyże. Ponad środkowym krzyżem jaśniała gwiazda. Wtedy spotkało go spojrzenie Człowieka, który wisiał na tym krzyżu. Człowiek ten musiał odczuwać wszystkie cierpienia, wszystkie utrapienia świata, tak niezwykłe było jego spojrzenie. Ale też litość i bezgraniczną miłość. Jego ręce, przybite do krzyża gwoździami, były boleśnie wykrzywione. Z tych udręczonych rąk rozchodziły się promienie. Jak błysk przemknęła myśl: tutaj jest cel, do którego pielgrzymowałem przez całe życie. Ten Człowiek jest Królem ludzi i Zbawieniem świata, na którym oparłem swoją tęsk-notę, którego spotkałem we wszystkich utrudzonych i obciążonych”.

W każdym z nas istnieje coś, co mówi nam o tajemnicy Bożego Narodzenia. Często jednak nie widzimy promieniejącej gwiazdy jak należy albo wcale. Jest w nas wtedy ciemno. Wąt-pimy, czy znajdujemy się na właściwej drodze. Gdy jednak przyjmujemy życie w takiej po-staci, jaką Bóg dla nas przygotował, a także ludzi, którzy znajdują się na naszej drodze, kiedy jesteśmy pełni litości i współczucia, wtedy w naszych sercach radośnie świeci gwiazda, pro-wadząca nas do Chrystusa. Potrafimy wówczas odnajdywać Boże Dzieciątko w każdym ludz-kim obliczu, do którego się zwracamy i na spojrzenie którego odpowiadamy.

 

2. Rozdać dar czyli rozdać samego siebie

Idąc drogą życia rozdawajmy drogocenne kamienie naszych talentów, umiejętności, naszego uśmiechu, dobroci serca, po prostu naszego bycia.

Idąc tak przez życie stracimy gwiazdę, świecącą ponad naszymi głowami, gwiazdę pomyślności, wszak powiada się: „Ten urodził się pod szczęśliwą gwiazdą”, ale wówczas ona nagle zaświeci w naszych sercach i odtąd będzie naszym życiowym światłem. Rozdawajmy wszystko, aż nie będziemy mieli niczego, tylko samych siebie. Zyskamy wówczas skarb, któ-rego nie potrafimy opisać, choć nazywamy go szczęściem…

Takimi bądźmy jako małżonkowie, rodzice i dzieci Takimi bądźmy jako pracownicy. Takimi bądźmy jako ewangelicy, ponieważ świat czeka na nasze drogocenne kamienie...

Niech taką będzie każda parafia...

Ja także chcę posłusznie iść za gwiazdą swojego serca i chociaż wiedzie mnie w miejsca, o których przed laty nawet bym nie pomyślał, przecież właśnie dlatego idę, aby wreszcie stanąć przed Ukrzyżowanym, który jest moim zbawieniem i źródłem życiowego szczęścia.

Człowiek nigdy nie wie, gdzie prowadzi go gwiazda Dziecka z Betlejem. Mimo wszystko ważne jest to, żeby iść ufnie, niczym dziecko, z miłością dziecka, w szczerości dziecka i au-tentycznie, nie nakładając na siebie masek i nie udając kogoś, kim się nie jest. Ważne jest to, żeby we właściwym czasie i we właściwym miejscu ofiarować swój drogocenny kamień i pójść dalej z następnym. Amen.