poniedziałek, 13 lipca 2009
Cosi o mnie, czyli o Uglorzowi Markowi

 

Chwała Pón Bóczkowi, żech się narodził w Cieszynie, w pieknym konteczku ślońskij krainy. Po mieczu, czyli po Manfridzie, jeżech prusokiem. Po kądzieli, czyli po Annie, rodzonej Gansel, jeżech cesarokiem.

Aspoń ni miołech wyboru i musiołech se chaupe wystowić kansi kole granicy na Wiśle. Jakisi 5 km od moi chaupy stoi kamień wedle cesty, na kierym som kilometry do Wiednia, a nie do Warszawy.

 

NO CÓŻ: WIELU DO SIEBIE ZRAŻAM!

MIĘDZY INNYMI TYM, ŻE ZA ŚLĄZAKA SIĘ UWAŻAM.

WSZAKŻE NAZWISKO PODPOWIADA  TAKA MA SŁOWIAŃSKA KREW,

ŻE TYLKO NA ŚLĄSKU SŁYSZĘ WSZYSTKICH STWORZEŃ ŚPIEW.

Od zawsze mieszkałem na farach. Pierwsze cztery lata życia spędziłem w Jaworzu, gdzie Tato był wikariuszem. Potem zamieszkaliśmy w ST. Bielsku, bo został tam proboszczem.

Starobielska fara była miejscem mojego dziecinnego snu radości i beztroski:

 

Amnezja

POZOSTAŁO ZALEDWIE KILKA ZAPACHÓW.

W NOZDRZACH BARDZIEJ?

MOŻE W SERCU?

AMNEZJA...

 

Z TRUDEM WIDZĘ,

ZAMKNIĘTYMI OCZAMI UŚMIECH TATY;

PAMIĘTAM  DŁONIE MAMY RADOŚĆ SIAŁY.

AMNEZJA...

 

NA STOLIKU DRUTY Z WŁÓCZKĄ,

ZA ŚCIANĄ RZĘDY KSIĄŻEK,

DOM PEŁEN ZNAKÓW MIŁOŚCI.

AMNEZJA...

 

RESZTA GDZIEŚ SIĘ PODZIAŁA.

FOTOGRAFIE PAMIĘTAJĄ WIĘCEJ,

I TYLKO MIŁOŚĆ POZOSTAŁA.

 

AMNEZJA?

MIŁOŚĆ PAMIĘTA!

 

Jestem mężczyzną. W moich żyłach płynie krew życia, dlatego wiem, że najpiękniejsza jest kobieta. W oczach kobiety można odnaleźć niebo. W jej delikatności i piękności doświadczyć niezwykłej miłości Boga.

W pięknie kobiety przychodzi do mnie piękny Stworzyciel i dlatego wiem, że mężczyzna pod jedną pachą zawsze powinien mocno dzierżeć portret kobiety:

 

Wpleciony

Wtulony w Twe włosy,

drżę podniecony.

Wszędzie świata odgłosy,

jam w Ciebie wpleciony.

 

Jedno tylko słyszę:

oddech przyśpieszony.

Pocałunkiem na ustach wypiszę,

żem Tobą zachwycony.

 

Chociaż zapierałem się jak tur, że księdzem nie będę, nic z tego nie wyszło. Co prawda skończyłem techniczną szkołę ogrodniczą w Białej, jednak od 19 lat zmagam się z biblijnym obrazem JHWH, aby go opisywać w tekstach i malować słowami kazań, katechez i wykładów:

 

Sobotni wieczór

Od dwudziestu godzin święci się sabat 

święty odpoczynek.

Za cztery godziny powitam niedzielę 

radość zmartwychwstania.

 

Ślęczę w gabinecie i myślę:

 Kim jestem?

 Jak mam być?

 Czy wolno mi odpocząć?

 Może powinienem zaharować się dla „nowej ziemi”?

Sługa Słowa  a chęci nie mam do niczego.

Radość stracona...

Serce puste...

Myśli płoche i zalęknione...

 

W sabat walczę o resztki wiary.

Zaufam i wstanę zmartwychwstały!

Jutro na ambonie znowu będę uśmiechnięty.

 

Na szczęście pozostaje mi – żeby nie zwariować, albo co gorsze nie zachwycić się sobą – miłość do stworzenia.

Doprawdy nie podziwiam jedynie piękna kobiet. Zachwycają mnie też kwiaty i drzewa. Tęsknię za zapachem ziemi po pierwszym ciepłym, wiosennym deszczu. Od dzieciństwa hoduję rasowe kury i gołębie, których mam zdecydowanie za wiele. Aczkolwiek, gdy liczę kurze nogi na placu i gołębie w wolierach, chwytam się za głowę, gdy jednak zaczynam liczyć ich głowy, pewniej staję na nogach: W końcu to jest dwa razy mniej!!!

Bez przyrody moja duchowość byłaby jakaś miejska, zbyt ponowoczesna, septyczna i może mało wrażliwa?

 

Jesienne liście

Wczoraj zielone, dziś wyzłocone;

Jesienne liście  letniego słońca zaklęty czar.

Roztańczone w rytmie zuchwałego wiatru,

Piękne dziś ostatni raz.

 

Otulony srebrem porannych przymrozków,

Poczerwieniał nimi świat wokół nas.

Rozbudzonych namiętności płomień,

Ginie pod strumieniami łez.

 

Jesienne liście  kolorami ziemi,

Zimowej śmierci czynią znak.

Milczeniem roztańczonego przemijania,

Zapraszają na ostatni bal.

 

Moim mistrzem jest śląski romantyk z Łubowic pod Raciborzem, Józef von Eichendorf. Jego serce też biło po Śląsku, chociaż usta gadały po niemiecku. Ale tak to już jest w naszej śląskiej ojczyźnie, że język nie jest najważniejszy. Łączy nas pewien rodzaj wrażliwości, który obcy jest Polakowi, Niemcowi, czy Czechowi. Chociaż – nawiasem mówiąc – coraz częściej dostrzegam, że cesarokom kulturowo najbliżej do Morawian, zaś prusokom z Górnego Śląska do Czechów.

Dlatego zakończę wierszem Eichendorfa, który dedykuję wszystkim czytelnikom:

Strony rodzinne

Pamiętasz tam, na wzgórzu, zamek ów?

Łkał nocą róg, jak gdyby wołał ciebie,

I sarna szła na łów,

I szumiał las i srebrniał sierp na niebie 

Tak cicho... Abyś mógł usłyszeć siebie

I boleść swych dziecięcych snów.

 

Pamiętasz ogród?  Wiosną, świtem, wczas,

Tam dziewczę w chłodnej rosie ścieżek chodzi

Samotność siejąc w nas...

I jak kto pieśnią swą tęsknotę budzi,

Tak w śpiewie kwiatów, drzew, nas wiecznie łudzi

Nasz dawny, przepłakany los.

 

Korony drzew, niech brzmi wasz szumny jęk!

Ucieczka na nic  wszędy wspomnień sploty.

Jak wierny pies ten dźwięk...

Dosięgną cię ojczystej pieśni groty,

A w niej zaklęty ból nasz szczerozłoty.

Twój los jak mój: tęsknota, lęk.

 

Tłum. Ks. Jerzy Szymik

 

Ostańcie z Pón Bóczkiem!

 

 

 

 

 

 

niedziela, 16 listopada 2008
Mój ulubiony tekst biblijny


 

Jak matka pociesza syna, tak Ja będę was pocieszał.

                                               Iz 66,13

 

Byłoby trzeba wyrażać się poetycznie, aby w kilku zdaniach przedstawić ulubiony fragment Biblii, a może też uzasadnić wybór. Wszakże warto spróbować.

Wiele jest tekstów, bliskich memu sercu, począwszy od chrzestnego a skończywszy na tych, które tworzą hermeneutyczny obraz mojego ludzkiego świata. W nim jestem, żyję, kocham, służę, zmagam się o godność, spodziewam się szczęścia, dojrzewam do starości i modlę się: Przyjdź Panie Jezu. Zdecydowałem się jednak na słowa, które pomagają mi być farorzem.

Moje księżowanie nie jest przecież dodatkiem do smutnego i beznamiętnego życia, ani służbą, poza którą jestem kimś innym. Dziś jest cząstką mojej osoby, mojej egzystencji, mojego świata, mojego sposobu kochania i rozumienia, mojej modlitwy i mojego ustawicznego dojrzewania do pełni piękna, której znakiem jest brzydka śmierć. Tego, co jest służbą Słowu Bożemu nie da się oddzielić od tego, co jest kruchym naczyniem Słowa! Farorzem się jest także w porannej służbie własnemu dziecku, które wybiera się do szkoły, a nie tylko podczas usilnej modlitwy o pocieszenie dla tych, którzy mają się źle i są smutni.

Co to znaczy, że ja - Marek Uglorz - jestem farorzem? Odpowiedź na to pytanie, co jakiś czas formuję na nowo. Może tylko po to, żeby nie było nudno? Na pewno także dlatego, że chcę, aby było głębiej, piękniej, spokojniej i radośniej.

Dziś wiem, że Bóg jest dla wszystkich ludzi nieprawdopodobnie i nieracjonalnie miłosierny, ponieważ zrodził nas niczym mamusia. Jesteśmy z łona Bożej miłości i dlatego na każdy smutek, grzech i niedostatek ma dla nas tyle pocieszenia, ile tylko zmieściło się na krzyżu Chrystusa.

Jakże inaczej mógłbym ja? Zwłaszcza, że jestem farorzem! Jestem więc po to, aby pocieszać, a moja miłość ma przypominać Boże rahamim (miłosierdzie, które zrodziło się w Bogu do mnie, zanim wygramoliłem się na świat).

Czego o pocieszaniu by nie pomyśleć, poza wszelką wątpliwością jest to prawdziwie boska umiejętność, której nigdy nie posiądę. Jakże więc mogę ją doskonalić? Tutaj dochodzę do sedna! Dla mnie farorz (posługuję się śląskim określeniem, ponieważ źródła mojej samoświadomości są po pierwsze biblijne, a po drugie archetypiczne, ale zawsze po śląsku) jest kimś, kto - idąc przez świat i życie - pod jedną pachą mocno dzierży Biblię, a pod drugą portret kobiety.

Przecież poza Biblią najobfitszym w miłosierdzie źródłem pocieszenia jest kobieta. Z obrazu kobiety, jako matki i oblubienicy, poznaję piękno miłości i według niego modeluję służbę pocieszania. Ów obraz jest kodem ocalenia.

Jeśli zatem przez cały dzień mam pocieszać, o świcie nie mogę zapomnieć o Biblii i portrecie kobiety! 

Niech nas Pan Bóg pociesza, abyśmy innych pocieszać mogli.

Moja ulubiona pieśń

 Ad majorem Christi gloriam

 

Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła;

prorocka wieść doniosła, że i Isajego pnia

zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy,

gdy ciemność kryła świat.

ŚE 45,1

 

Ile mam ulubionych pieśni? Sam Bóg raczy wiedzieć. Skoro mam wskazać zaledwie jedną, muszę wybrać, kierując się nie tylko sercem. Serce podpowiada pieśń, której melodia wpadła mi przed laty w ucho i nie chce z niego wyjść, bądź taką, której słowa same przypominają się w szczególnych sytuacjach. Ale wówczas to wciąż nie byłaby ta wyjątkowa pieśń, która nie tylko pomaga żyć, ale też w jakiś sposób konstytuuje moją osobę i jest odpowiednia dla mojej duchowości, bo po dokładnym przemyśleniu jedynie taka okazuje się ulubioną.

Wybrałem więc szczególną kolędę, której w niektórych parafiach nawet się nie śpiewa. Dlaczego? Bo jest piękna? Bo ma ciekawą melodię? Bo jej słowa zaskakują? Bo wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa? Zapewne dla tych wszystkich powodów, ale nie tylko. Byłbym głupi i naiwnie sam o sobie pisał, gdybym nie przyznał, że wszystkie pieśni, które nawiązują do przyrodniczych elementów ludzkiego świata i w świadectwie o zbawieniu wykorzystują roślinne symbole są mi szczególnie bliskie. Innym przykładem jest pieśń: Mów, Panie, do mnie (ŚE 684).

Ogrodnicze serce wrażliwe jest na świadectwo o cudownym kwiatku, który zakwitł w Bożym ogrodzie dla rozradowania ludzkich serc. Jednak nie to jest ów najważniejszy argument, który przeważył przy wyborze ulubionej pieśni. Nawet nie ten, że słowa o cudnym kwiatku, który jest odroślą od mesjańskiej gałązki Isajego, są śpiewane do pięknej celtyckiej melodii, na pewno nietypowej kolędowaniu w polskich kościołach i domach. Co wcale nie jest bez znaczenia dla uświadomienia sobie i polskiemu katolicyzmowi, jakim bogactwem kulturowym i religijnym mógłby się inspirować, gdyby zechciał otworzyć się na luterańską duchowość, najczęściej kojarzoną jedynie z racjonalizmem i tym upiorem współczesnej Europy, o ewangelickiej twarzy, którym w polskich szkołach straszą dzieci, a mianowicie sekularyzmem.

W kolędzie o cudownej różdżce z pnia Isajego poetycznie najpiękniejsze, ewangelicznie najtrwalsze i najbardziej po ludzku serdeczne jest to, że on zakwitł w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat. Byłoby trzeba mieć serce z kamienia, by się nie wzruszyć niedolą zachwycającego kwiatka, który pośrodku ostrej zimy zaświadczył o zbliżającej się wiośnie ludzkości. Byłoby też chyba być duchowym bandytą, żeby takiej pieśni odmawiać ewangelicznej wrażliwości i próbować sobie kpić z jej empatycznej delikatności.

Czy może mnie boleć i niepokoić, że tam, gdzie właśnie rodził się Mesjasz nikt nie cierpiał z powodu mrozu i śniegu?

Cieszę się i dziękuję Panu Bogu, że moi przodkowie, tu w środku europejskich mrozów i zimowych krajobrazów, za którymi osobiście nie przepadam, zinterpretowali nowotestamentowe świadectwo o Bożym poniżeniu w Jezusie Chrystusie dla zbawienia wszystkich ludzi, w taki sposób, aby każda mama i tata, we łzach wygrzebujący w zamarzniętej ziemi dziurę, aby w niej pochować swoje dziecko, zmarłe z głodu i mrozu, mogli usłyszeć, że w bólu nie są sami. Bo w niebie płacze Ojciec, któremu pośrodku ostrej zimy ludzkiego grzechu, przyszło patrzeć na śmierć umiłowanego Syna.

Niepokoi mnie coś innego. Być może za kilkadziesiąt lat, gdy skończy się ostatnie zlodowacenie, będziemy musieli rewidować śpiewniki, bo nasze dzieci już nic nie będą wiedziały o życiu pośrodku ostrej zimy. Będziemy zmieniać teksty pieśni, które powstawały przed wiekami, pośrodku ostrej zimy, dla rozgrzewania zmarzniętych serc.

Modlę się, żeby nie nadszedł taki czas, kiedy rozgrzane słońcem serca naszych dzieci nie będą nic wiedziały o płaczu w niebie. Bo wtedy naprawdę nadejdzie ostateczne zlodowacenie. Dlatego proszę, śpiewajmy z dziećmi w domach: „Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła; prorocka wieść doniosła, że i Isajego pnia zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat".