niedziela, 24 stycznia 2010
Ekumeniczne duszpasterstwo

 

Ekumeniczne duszpasterstwo czeka długa droga, zanim stanie się pełnoprawną cząstką działalności Kościołów. Na teologicznych fakultetach nie prowadzi się zajęć z tej formy duszpasterstwa, a cóż dopiero mówić o seminariach, w których nie dba się o ekumeniczną formację alumnów. W rozmowach ekumenicznych temat prawie w ogóle nie pojawia się, może z wyjątkiem duszpasterstwa małżeństw mieszanych. Władze Kościołów wolą bowiem spektakularne akcje ekumeniczne oraz poważne dyskusje nad problemami teologicznymi, aniżeli mozolną pracę duszpasterską. Fakt, że dzięki niej ludzie odzyskują wspólny dom, stają się jedną świątynią Ducha Świętego, budowlą z kamieni żywych serc, pozostaje drugorzędny. Pierwszorzędna jest obawa, że ekumeniczna działalność duszpasterska pomiędzy ludźmi może przynieść niespodziewane efekty, na które Kościoły są nieprzygotowane.

Dlatego duchownym z pierwszej linii duszpasterskiego frontu pozostaje działać na chwałę Chrystusa i ku szczęściu ludzi często wbrew nieoficjalnym i oficjalnym stanowiskom Kościołów. Aczkolwiek wypada też wypowiedzieć życzenie, że Kościoły wypracują wspólne zdanie na temat ekumenicznego duszpasterstwa oraz zaproponują duchownym konkretne rozwiązania praktyczne.

1. W pierwszym rzędzie należałoby oczekiwać od władz Kościołów, aby nie tylko dopuściły, ale wręcz zobligowały duchownych do ekumenicznej opieki duszpasterskiej nad małżeństwami mieszanymi wyznaniowo. Przede wszystkim mając na względzie dobro dzieci, żeby ich wyznanie nie było kartą przetargową przy rozwiązywaniu małżeńskich i rodzinnych konfliktów. Małżeństwa niosące na sobie dodatkowe brzemię wyznaniowej różnorodności powinny być otoczone szczególną troską duszpasterską przez duchownych obu stron, nie w trybie konkurencyjnym, ale w duchu miłości.

2. W ramach duszpasterstwa ekumenicznego powinna funkcjonować jakaś skrócona forma pragmatyki służbowej, obowiązująca duchownych wszystkich Kościołów, aby szczególnie wobec radości narodzin oraz smutku żałoby duchowni nie prowadzili gry w kotka i myszkę, ale ze szczególną troską o zachowanie ludzkiego szczęścia i ocalenie wiary, pełnili swoją duszpasterską służbę.

3. Nie wiedzieć czemu Kościoły wciąż konkurują pomiędzy sobą w zakresie służby kulturalno-oświatowej i socjalnej. Dlaczego parafie nie mogą wspólnie prowadzić domów kultury chrześcijańskiej, domów tolerancji, świetlic środowiskowych, przedszkoli, poradni duszpasterskich, domów doraźnej pomocy dla byłych więźniów albo matek z dziećmi, które zostały wyrzucone z domów? Zwłaszcza wspólna praca z dziećmi przyniosłaby owoce, daleko przerastające dzisiejsze oczekiwania.

4. Parafie powinny wspólnie działać przeciwko takim społecznym zagrożeniom, jak: alkoholizm, narkomania, stręczycielstwo czy bezrobocie na życzenie.

5. Szczególną wymowę mają wspólnie organizowane uroczystości doroczne, począwszy od dożynek a skończywszy na świętach państwowych. W działalność o takim charakterze mogłyby wpisać się również wiejskie festyny, bale, korowody i zwyczaje typowo ludowe, które pomagają mieszkańcom odnaleźć wspólną tożsamość etniczną i kulturową pomimo różnic wyznaniowych.

6. Chociaż z punktu widzenia teologii ewangelickiej nabożeństwa nie są bezpośrednim działaniem duszpasterskim, to jednak nabożeństwa ekumeniczne mają odpowiednią wagę duszpasterską. W działaniach, mających na celu odzyskanie przez ludzi wspólnego domu, nabożeństwa ekumeniczne pełnią rolę znaku, który przemawia sam przez siebie, ale również ze względu na zwiastowane wtedy Słowo. Należy jednak zastanowić się, czy nabożeństwa ekumeniczne, organizowane podczas tygodni modlitw o jedność chrześcijan, nie spełniły już swego zadania i dlatego zdecydować się na kroki bardziej odważne. Sądzę, że w każdej wsi i mieście, gdzie siedzibę mają różne parafie, w każdą niedzielę powinny odbywać się nabożeństwa ekumeniczne z udziałem duchownych tych parafii, przemiennie zwiastujących Ewangelię. Aby takie przedsięwzięcie mogło dojść do skutku, duchowni z Kościoła Rzymsko-Katolickiego musieliby jednak zrewidować swoje poglądy na temat grzechu opuszczenia mszy w kościele parafialnym.

7. Zakończę infantylnie, ponieważ nie potrafię nie wspomnieć o jeszcze jednej formie ekumenicznego duszpasterstwa. Otóż w rzeczywistości wszystko zaczyna się na plebanii, w sercu duszpasterza, gdy klęczy i w modlitwie wstawienniczej modli się o powierzone jego opiece dzieci Boga. Zacznijmy modlić się o wszystkich. W codziennej modlitwie módlmy się za wspólnotę parafialną, która żyje razem z naszą, a należy do innego Kościoła. Modląc się o nowe chrzty w swojej parafii, życzmy ich w innej. Prosząc, aby Anioł Śmierci omijał naszą wieś czy miasto, w modlitwie pomyślmy o wyznawcach innego Kościoła. Módlmy się ekumenicznie, w duchu nieobłudnej miłości i dziękujmy Bogu za wspólny dom, darowany nam w Jezusie Chrystusie przez krew, którą przelał na krzyżu Golgoty.

 

 

sobota, 23 stycznia 2010
Kazanie na Dzień nawrócenia ap. Pawła - 25 stycznia

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram ku niej złą drogę i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Pro-szę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzu-cony. Amen.

 

Rz 1,16n

Albowiem nie wstydzę się ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawie-niu każdego, kto wierzy, najpierw Żyda, potem Greka, Bo usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione, z wiary w wiarę, jak napisano: A sprawiedliwy z wiary żyć będzie.

 

Nawrócony dla zwiastowania Ewangelii

W dniu, upamiętniającym nawrócenie wielkiego Apostoła Narodów, wsłuchajmy się w pu-bliczne wyznanie św. Pawła, w którym oświadcza, że nie wstydzi się ewangelii Chrystusowej. W jego ustach to wyznanie nabiera szczególnego charakteru, skoro wcześniej był zaciekłym prześladowcą uczniów Pańskich, a co do zachowywania przepisów Zakonu – jak sam o sobie napisał – gorliwym faryzeuszem.

Doceńmy doniosłość Pawiowych słów, w których wyznaje, że Ewangelia jest mocą Bożą ku zbawieniu każdego wierzącego. Wszak ap. Paweł osobiście doświadczył mocy Ewangelii. Pod Damaszkiem olśniła go światłość z nieba. Wyrwany przez Jezusa Chrystusa z mocy ciemności, stał się głosicielem Ewangelii.

 

Charakter nawrócenia

"I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladu-jesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz;". Popularne i powierzchowne oceny wydarzenia spod Damaszku utrzymują najczęściej, że to było nawró-cenie. To prawda. Nie często jednak, albo w ogóle, zadajemy pytanie o to, jaki charakter mia-ło nawrócenie Pawła? Pytanie jest bardzo ważne, ponieważ dzięki odpowiedzi można zrozu-mieć późniejszą działalność Pawła.

Wpierw zauważmy coś, na co najczęściej nie zwracamy uwagi, a mianowicie, że sam Paweł wydarzenia spod Damaszku nigdy, w żadnym ze swoich listów, nie nazwał nawróceniem, chociaż odwoływał się do niego kilkakrotnie.

Nawrócenie rozumiemy jako zawrócenie w drodze. Nagle ktoś porzuca grzech i odtąd pragnie żyć po Bożemu. Powraca do Boga. Czy w wypadku Pawła możemy mówić o tak pojętym nawróceniu? Przecież jako pobożny Żyd żył absolutnie po Bożemu. W ocenie własnego życia na pewno nie dostrzegał grzechu. Jako faryzeusz wypełniał Prawo, był gorliwym obrońcą własnej religii. Paweł nigdy nie odstąpił od Boga, oczywiście według ówczesnego pojęcia.

Czy nawrócenie ap. Pawła mogło zatem mieć jedynie charakter moralny? To znaczy, że pod Damaszkiem św. Paweł pojął haniebność swojej gorliwości w prześladowaniu chrześcijan? Nawrócenie Pawła byłoby w tym wypadku przemianą etyczną. Wydaje się, że taka interpreta-cja choć nie jest pozbawiona słuszności, jednak na pewno pozbawiona jest głębi wydarzenia spod Damaszku. Głębi Bożego działania.

Inna interpretacja, we wspomnianym wydarzeniu każe widzieć w Pawle człowieka, nagle zmieniającego sztandar, pod którym służy i walczy. Gorliwy wyznawca Prawa w pewnym momencie życia, z całym talentem i zaangażowaniem, przechodzi pod sztandar Ewangelii. Mielibyśmy tutaj do czynienia tylko ze zmianą przedmiotu zainteresowania, ale sam Paweł pozostawałby nadal tym samym człowiekiem. Dlaczegóż więc następuje zmiana imienia z Saula na Pawła, skoro taka zmiana zawsze jest znakiem wewnętrznej przemiany człowieka, jak np. w wypadku Jakuba?

Obie interpretacje wydają się więc niewystarczające! Odrzucając je, posłuchajmy jak sam Paweł opisuje wydarzenie pod Damaszkiem: „Ale gdy się upodobało Bogu, który mnie sobie obrał, zanim się urodziłem i powołał przez łaskę swoją, Żeby objawić mi Syna swego, abym go zwiastował między poganami” (Ga 1,15n). Czy słyszmy Pawłowy tok myślenia i przed-stawiania: „obrał”, „powołał”, „objawił mi”, a więc „nie ja poznałem swój grzech i nie ja zmieniłem sztandar”. W Liście do Galacjan Paweł wyraźnie mówi o dziele Boga. Wydarzenie spod Damaszku opisał jako objawienie mu Bożego Syna.

Posłuchajmy innego tekstu: „Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, roz-świecił serca nasze, aby zajaśniało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystuso-wym” (2 Kor 4,6). W tych słowach Pawła doprawdy nie trudno usłyszeć wyraźny związek z opisem wydarzenia pod Damaszkiem, a zwłaszcza z jasnością z nieba, która poraziła przy-szłego Apostoła. Bądź co bądź są to słowa samego Pawła, mamy wobec tego prawo rozumieć je jako interpretację wydarzenia spod Damaszku, dokonaną przez zainteresowanego.

Pod Damaszkiem miało miejsce objawienie Chrystusa. Bóg stworzenia zabłysnął w sercu Pawła i oświecił go, aby Paweł mógł poznać bogactwo Chrystusa. Dzięki temu to wszystko, co wcześniej Paweł uważał za swój skarb, uznał za śmiecie wobec doniosłości, jaka ma po-znanie Jezusa Chrystusa. Paweł wyznaje więc: „Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary” (Flp 3,7-9).

Tajemnica Pawłowego nawrócenia to zatem coś o wiele więcej niż nawrócenie moralne, zmiana mentalności. To też coś więcej niż zmiana sztandaru. To rzeczywistość tak bogata w znaczenia i skutki, że musimy zbliżać się do niej z pokorą. Musimy uznać, że z tego wydarze-nia właściwie nie wiele pojmujemy, a jeśli potrafimy coś powiedzieć na jego temat, to chyba tylko tyle, że oto Pawłowi teologowi, znawcy Prawa i Ksiąg Starego Testamentu, zostaje przez Boga objawiony Chrystus. To znaczy, że Paweł oświecony Duchem Bożym pojmuje jasność Ewangelii, zaczyna dostrzegać bogactwo Bożej łaski danej człowiekowi nie ze względu na ludzkie uczynki i zasługi, ale ze względu na zbawczy czyn Bożego Syna.

Nawrócenie Pawła pod Damaszkiem jest więc w pełnym tego słowa znaczeniu metanoią, czy-li nowym sposobem myślenia, zmianą mentalności. Chociaż ma w sobie coś z nawrócenia moralnego, ponieważ nowy sposób myślenia prowadzi do odnowy etycznej, a także coś z zmiany sztandaru, jednak nie jest tylko jednym i tylko drugim, ale przede wszystkim jest spo-tkaniem z żywym Chrystusem, który grzesznemu człowiekowi objawia jasność swojej Ewan-gelii!

 

Wymienić wszystko na drogocenną perłę

Próbując wniknąć w tajemnicę Pawłowego nawrócenia można posłużyć się znaną przypowie-ścią Jezusa, a mianowicie o kupcu pereł, który znalazłszy drogocenną perłę, sprzedał wszyst-ko, co miał, aby ją kupić. Tak właśnie postąpił ap. Paweł. Można powiedzieć, że czyn kupca nie był rozsądny, ale pragnienie posiadania pięknej perły było silniejsze. U Pawła znajdujemy to samo pragnienie, aby posiadać skarb. Gdy więc Bóg objawił mu perłę, ewangelię zbawie-nia każdego, kto wierzy, Paweł bez wahania postąpił jak ów kupiec, skoro usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione.

Pod Damaszkiem Paweł nagle uzmysłowił sobie, że to wszystko, co było jego dotychczaso-wym skarbem, a więc sprawiedliwość z uczynków w niczym nie może równać się z sprawie-dliwością darowaną ze względu na Chrystusa. Do czasu nawrócenia Paweł zazdrośnie strzegł swojego skarbu. To tłumaczy też jego zaangażowanie w prześladowania chrześcijan, którzy swoją wiarą w darmowość usprawiedliwienia ugodzili jego najczulsze miejsce, jak gdyby chcieli ukraść mu jego skarb. Jednak dzięki Bożemu objawieniu, które miało miejsce pod Damaszkiem, Paweł pojął swój dramat, dramat niewiedzy, że występując w obronie Prawa, odrzucał Ewangelię – skarb prawdziwy.

Dopiero zdając sobie z tego sprawę, możemy właściwie ocenić późniejsze, pełne poświęce-nia, misyjne zaangażowanie Pawła. Gwałtowne przejście pod nowy sztandar nie wyniknęło z ludzkiej decyzji. Swoje źródło miało w poznaniu prawdziwej perły, o którą Paweł zawsze ubiegał, i której zazdrośnie strzegł. Paweł nie żył dotąd Ewangelią Bożej łaski, lecz prawem samousprawiedliwienia, zapominając, że jest grzesznym człowiekiem.

Pod Damaszkiem Paweł przeżył moc Ewangelii ku zbawieniu każdego wierzącego. Zrozu-miał, gdzie powinien szukać szczęścia i zbawienia. Bóg doprowadził Pawła do zupełnie no-wego widzenia rzeczy. Nie do gwałtownej przemiany moralnej, ale do oświecenia, które Pa-weł nazywa objawieniem, ponieważ w tej nowej perspektywie, jaką jest Chrystus i Jego Ewangelia, wszystko wydaje mu się inne.

Pamiętajmy o tym, oceniając własne życie, ewentualnie powracając pamięcią do jakiegoś wydarzenia z własnego życia, podobnego temu, które przeżył Paweł. Czy ujrzeliśmy wów-czas światło z nieba i usłyszeliśmy głos Chrystusa? Czy nie było to raczej wewnętrzne światło i wewnętrzny głos, który odezwał się w nas nie na drodze rozumu, ale dzięki słuchaniu Słowa Bożego, a więc przez kontakt z Bożą prawdą? Wydaje się, że i takie było przeżycie Pawła teologa pod Damaszkiem!

Warto o tym pamiętać także z innego powodu. Otóż przez różnej maści „domorosłych kazno-dziejów” coraz częściej jesteśmy atakowani wezwaniami do nawrócenia! Nawrócenia rozu-mianego moralnie. Faktycznie niektórym jest bardzo potrzebne. Większość z nas potrzebuje jednak objawienia chwały Chrystusa, a więc zrozumienia, że nie powinniśmy na niczym in-nym budować życia, tylko na sprawiedliwości danej nam przez Boga ze względu na Chrystu-sa. A to jest możliwe nie przez ludzkie decyzje, ale przez kontakt z żywym Słowem Boga, z Ewangelią.

Niechaj Pan Bóg oświeca nas chwałą Chrystusa! Niechaj daje nam poznanie bogactwa swej łaski i pomaga w uznaniu wszystkiego za śmiecie ze względu na Chrystusa Pana. Amen.

 

 

 

 

 

piątek, 15 stycznia 2010
2. niedziela po Epifanii

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia, proszę Cię bądź miłościw mnie grzesznemu człowiekowi, leniwemu kaznodziei i duszpasterzowi z oziębłym sercem. Nie pamiętaj moich przewinień, ale dla łaski swojej udziel mi Chrystusowego Ducha, abym wypełniał wolę Twoją. Przede wszystkim dopomóż mi sprawiedliwie postępować i okazywać miłosierdzie. Niech serce moje będzie przybytkiem miłości i źródłem dobroci. Amen.

 

Rz 12,4-16

Jak bowiem w jednym ciele wiele mamy członków, a nie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a z osobna jesteśmy człon-kami jedni drugich. A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto na-ucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szcze-rości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością. Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego. Miło-ścią braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku, w gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie, w nadziei radośni, w ucisku cierpliwi, w modlitwie wytrwali; wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność. Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie przeklinajcie. Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych.

 

 

Przychodzimy jako dar

 

W Święto Epifanii stanęliśmy przed Dzieckiem z Betlejem, aby rozpoznać Boga, który nie tylko na nas patrzy, ale i mówi. Mówi bardzo wymownie, bo egzystencją umiłowanego człowieka. W Betlejem słowem Boga jest Syn błogosławionej panny Marii.

Betlejemskie Dziecię jest darem od Boga, który tak umiłował świat, że swojego Syna dał, aby wierzący mieli życie wieczne. Dlatego o Epifanii można powiedzieć, że jest Świętem Bożego daru. Wszystkie dary prawdziwe, a nie pozorowane, biorą swój początek z Betlejem i z epifa-nijnego przeżycia Boga wśród nas i dla nas.

Na czym polega prawdziwość daru? Na miłowaniu. Jedynie wówczas mamy do czynienia z darem, gdy płynie z miłości, a nie z wyrachowania. Pan i Mistrz uczy nas, abyśmy zapraszali na przyjęcia jedynie tych, o których wiemy, że nie będą mogli się zrewanżować (Łk 14,13n). Dlatego też mamy kochać nieprzyjaciół, którzy nie oddadzą nam miłości.

Prawdziwy dar jest więc tym, co mamy najwartościowsze. Nadwyżka nigdy nie jest darem w sensie właściwym. Miłość Boga polega na tym, że On pierwszy umiłował, gdy my byliśmy jeszcze Bożymi nieprzyjaciółmi (1 J 4,10). W jednorodzonym Synu darował samego siebie, abyśmy mieli życie.

Od Epifanii rozpoczyna się zatem zwycięski pochód daru przez świat i ludzką historię, jako formy życia i bycia człowiekiem na wzór Chrystusa, co znamionują już owe tajemnicze postaci ze Wschodu, które nie tylko przynoszą dary materialne, ale składając hołd, ofiarowują Jezusowi Chrystusowi same siebie.

Stąd pomiędzy Epifanią i późniejszym Świętem Chrztu Pańskiego a pasją Chrystusa i Jego zbawczą męką na krzyżu Golgoty istnieje ścisły związek, którego znaczenie mamy okazję każdego roku przeżywać podczas epifanijnych i pasyjnych niedziel.

W świetle epifanijnego i pasyjnego świadectwa widać, że prawdziwie ludzka egzystencja zawsze przybiera formę daru. Inaczej nie można być człowiekiem. Każdy z nas jest darem. Przychodzimy jako dar i przychodzimy z darami.

 

1. Odnaleźć Boży dar

W końcu każdy z nas staje się szczególnym darem Boga dla świata przez chrzestne namasz-czenie Duchem Świętym na kapłanów, którzy samych siebie kładą na ołtarzu Bożej miłości.

Od kolebki po śmierć jesteśmy darem. Gdyby było inaczej, nie byłoby chrześcijańskiego Ko-ścioła, który nie jest związkiem zawodowym, wolnym zrzeszeniem, ani partią polityczną. Nie powstał na skutek społecznej umowy, ale jest owocem Bożego daru zbawienia i społecznością wzajemnie darowującą dary.

Czas, w którym luzie przestają darowywać, a zaczynają traktować swoje parafie czy lokalne społeczności roszczeniowo, jest pierwszym dniem końca każdej chrześcijańskiej wspólnoty. Bo wspólnota Chrystusa na ziemi, ożywiona Duchem Chrystusa, ma być obrazem daru, który zstąpił z nieba dla zbawienia wszystkich ludzi. Bez wzajemnie dawanych sobie darów, Ko-ściół przestaje być społecznością, która świadczy o zbawiennym darze. Dlatego ap. Paweł pisze: „A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto naucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szczerości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością”.

Niestety, we współczesności Kościoła można dostrzec wiele znamion zbliżającego się końca….

Dalej nie będę rozwijał refleksji w taki sposób, że wymienione przez ap. Pawła dary miałbym odnosić do współczesnych potrzeb. Chcę raczej zachęcić nas do zmiany postępowania i uczy-nienia z siebie daru dla innych, aby nikt, kto ma z nami kontakt, nigdy nie miał wątpliwości, żeśmy Chrystusowi, a więc żeśmy darami od Boga dla świata. Pomocną będzie mi stara ro-syjska legenda, opowiadająca o czwartym królu, który wyruszył w drogę razem z trzema innymi.

„Ów czwarty król zabrał ze sobą jako prezent dla królewskiego Dzieciątka trzy błyszczące, szlachetne kamienie. Był najmłodszym spośród czterech, żadnemu zaś z nich nie płonęła w sercu tak głęboka tęsknota, jak właśnie jemu. Podczas drogi usłyszał nagle szlochanie dziec-ka. W kurzu zobaczył leżącego chłopczyka, bezbronnego, nagiego i krwawiącego z pięciu ran. Tak niezwykłe było to dziecko, tak delikatne i bezbronne, że serce młodego króla napeł-niło się litością. Podniósł je i zawrócił do wioski, którą właśnie zostawili za sobą. Tam nikt nie znał dziecka. Poszukał opiekunki i przekazał jej jeden ze szlachetnych kamieni, by w ten sposób zabezpieczyć życie dziecka.

Potem udał się w dalszą wędrówkę. Gwiazda wskazywała mu drogę. Bezbronne dziecko uczyniło go niezmiernie wrażliwym na nędzę świata. Przechodził przez miasto, w którym naprzeciw wyszedł orszak pogrzebowy. Umarł ojciec rodziny. Matka i dzieci miały być sprzedane do niewoli. Król przekazał im drugi drogocenny kamień.

Gdy tak wędrował, nie widział już gwiazdy. Dręczył się wątpliwościami, czy nie stał się nie-wierny swojemu powołaniu. Jednak wtedy raz jeszcze zajaśniała na niebie gwiazda. Wędro-wał za nią poprzez obcą krainę, w której szalała wojna. W pewnej wiosce żołnierze zgromadzili razem wszystkich mężczyzn, aby ich zabić. Wtedy król wykupił ich trzecim szlachetnym kamieniem. Ale odtąd nie dostrzegał już gwiazdy.

Ogołocony ze wszystkiego kroczył przez krainę i pomagał ubogim ludziom. Przybył do pewnego portu w chwili, gdy ojciec rodziny jako wioślarz na jednej z galer miał odpokutować za swoją winę. Król zaofiarował samego siebie i pracował przez wiele lat jako wioślarz na galerze. Wtedy w jego sercu ponownie wzeszła gwiazda. Wkrótce przemknęło go wewnętrzne światło i ogarnęła go spokojna pewność, że mimo wszystko jest na właściwej drodze.

Niewolnicy i panowie odczuwali to niezwykłe światło owego człowieka. Został wypuszczony na wolność. We śnie znowu zobaczył gwiazdę i usłyszał głos: „Pospiesz się! Pospiesz!” Wstał w środku nocy. Wówczas zajaśniała gwiazda i doprowadziła go do bram wielkiego miasta. Z tłumem ludzi został zapędzony na wzgórze, na którym stały trzy krzyże. Ponad środkowym krzyżem jaśniała gwiazda. Wtedy spotkało go spojrzenie Człowieka, który wisiał na tym krzyżu. Człowiek ten musiał odczuwać wszystkie cierpienia, wszystkie utrapienia świata, tak niezwykłe było jego spojrzenie. Ale też litość i bezgraniczną miłość. Jego ręce, przybite do krzyża gwoździami, były boleśnie wykrzywione. Z tych udręczonych rąk rozchodziły się promienie. Jak błysk przemknęła myśl: tutaj jest cel, do którego pielgrzymowałem przez całe życie. Ten Człowiek jest Królem ludzi i Zbawieniem świata, na którym oparłem swoją tęsk-notę, którego spotkałem we wszystkich utrudzonych i obciążonych”.

W każdym z nas istnieje coś, co mówi nam o tajemnicy Bożego Narodzenia. Często jednak nie widzimy promieniejącej gwiazdy jak należy albo wcale. Jest w nas wtedy ciemno. Wąt-pimy, czy znajdujemy się na właściwej drodze. Gdy jednak przyjmujemy życie w takiej po-staci, jaką Bóg dla nas przygotował, a także ludzi, którzy znajdują się na naszej drodze, kiedy jesteśmy pełni litości i współczucia, wtedy w naszych sercach radośnie świeci gwiazda, pro-wadząca nas do Chrystusa. Potrafimy wówczas odnajdywać Boże Dzieciątko w każdym ludz-kim obliczu, do którego się zwracamy i na spojrzenie którego odpowiadamy.

 

2. Rozdać dar czyli rozdać samego siebie

Idąc drogą życia rozdawajmy drogocenne kamienie naszych talentów, umiejętności, naszego uśmiechu, dobroci serca, po prostu naszego bycia.

Idąc tak przez życie stracimy gwiazdę, świecącą ponad naszymi głowami, gwiazdę pomyślności, wszak powiada się: „Ten urodził się pod szczęśliwą gwiazdą”, ale wówczas ona nagle zaświeci w naszych sercach i odtąd będzie naszym życiowym światłem. Rozdawajmy wszystko, aż nie będziemy mieli niczego, tylko samych siebie. Zyskamy wówczas skarb, któ-rego nie potrafimy opisać, choć nazywamy go szczęściem…

Takimi bądźmy jako małżonkowie, rodzice i dzieci Takimi bądźmy jako pracownicy. Takimi bądźmy jako ewangelicy, ponieważ świat czeka na nasze drogocenne kamienie...

Niech taką będzie każda parafia...

Ja także chcę posłusznie iść za gwiazdą swojego serca i chociaż wiedzie mnie w miejsca, o których przed laty nawet bym nie pomyślał, przecież właśnie dlatego idę, aby wreszcie stanąć przed Ukrzyżowanym, który jest moim zbawieniem i źródłem życiowego szczęścia.

Człowiek nigdy nie wie, gdzie prowadzi go gwiazda Dziecka z Betlejem. Mimo wszystko ważne jest to, żeby iść ufnie, niczym dziecko, z miłością dziecka, w szczerości dziecka i au-tentycznie, nie nakładając na siebie masek i nie udając kogoś, kim się nie jest. Ważne jest to, żeby we właściwym czasie i we właściwym miejscu ofiarować swój drogocenny kamień i pójść dalej z następnym. Amen.

 

 

 

wtorek, 21 lipca 2009
Kościół jako zalążek rozwoju - część 4
5. Światło krzyża W Nim wypełniła się bowiem Boża obietnica złożona Abrahamowi, że stanie się „ojcem wielu narodów”, co w perspektywie naszych przemyśleń oznacza przezwyciężenie wszelkich, międzyludzkich podziałów dzięki służbie owego zalążka rozwoju, jakim z Bożego wybrania stał się Abraham i jego potomkowie. W kontekście interesującego nas pytania o miejsce i rolę mniejszości, o ukrzyżowanym Chrystusie można mówić długo, co raz naświetlając inny aspekt. Spróbuję jednak w postaci kilku punktów, wydobyć te myśli, które łączą się z wcześniejszymi wnioskami, aby pokazać zasadniczą spójność biblijnego świadectwa, zarówno starotestamentowego jak i nowotestamentowego.
Kościół jako zalążek rozwoju - część 3
3. Służba Mojżesza Pod jego przewodnictwem, ta sama grupa etniczna, co prawda rozrośnięta już do rozmiarów społeczno-politycznego związku dwunastu plemion Izraela, po kilkuset latach egipskiego poddaństwa uzyskuje wolność i polityczną samodzielność. Z relacji o powołaniu Mojżesza wynika jasno, że ucisk i niewola izraelskiej mniejszości w Egipcie, była złem, któremu Bóg postanowił zdecydowanie się sprzeciwić: „Napatrzyłem się na niedolę ludu mojego w Egipcie i słyszałem krzyk ich z powodu naganiaczy jego; znam cierpienia jego. Zstąpiłem przeto, by go wyrwać z mocy Egiptu i wyprowadzić go z tego kraju do ziemi żyznej i rozległej” (2 Mż 3,7n). Inicjatywa znowu, podobnie jak w wypadku wyprowadzenia Abrahama i jego rodziny z ziemi ojców, należała wyłącznie do Boga, o czym powinny pamiętać wszystkie pokolenia Izraela: „I rzekł Mojżesz do ludu: Pamiętajcie o tym dniu, w którym wyszliście z Egiptu, z domu niewoli, bo przemożną ręką wyprowadził was Pan stamtąd” (2 Mż 13,3).
Kościół jako zalążek rozwoju - część 2
2. Powołanie Abrahama W tym celu warto zainteresować się biblijnym opowiadaniem o powołaniu Abrahama, który posłuszny Bożemu wezwaniu, rozpoczyna wielką – można by rzec – światową karierę obcego. Jednak poprawna interpretacja tułaczych losów „Ojca wiary” wszystkich narodów jest niemożliwa bez uwzględnienia najbliższego kontekstu, poprzedzającego w Starym Testamencie spisane dzieje Abrahama.
Kościół jako zalążek rozwoju - część 1
Na przełomie tysiącleci szeroko rozpowszechniła się w chrześcijańskim świecie myśl, często powtarzana przez rzymskiego patriarchę, Jana Pawła II, że drogą Kościoła jest człowiek. Tak bardzo delikatnej, pod względem duszpasterskim, próbie opisania tajemnicy Kościoła, która jednocześnie pełni rolę wskazania dla chrześcijaństwa trzeciego tysiąclecia, w przypływie sympatii chciałoby się przyznać rację. Tymczasem rodzi się refleksja i z nią związana obawa, że takie rozumienie Kościoła jest tylko reakcją na dotychczasowe, historycznie uwarunkowane doświadczenia katolicyzmu i brakuje jej teologicznego realizmu. Człowiek jest drogą Kościoła tylko na tyle, na ile jego rzeczywistą drogą jest Chrystus, powiadający: „Ja jestem droga i prawda, i żywot,...” (J 14,6). Warto jednak zwrócić uwagę, że w wypowiedzi Nauczyciela z Galilei obraz drogi został związany z prawdą i życiem. Co oznacza, że Chrystus jest drogą Kościoła przy zachowaniu ewangelicznej wrażliwości na prawdę, której świadkami mają być wszyscy chrześcijanie oraz realizowaniu fundamentalnej powinności Kościoła, aby był wspólnotą życia, a właściwie tkanką życia w obumierającej ludzkiej wspólnocie. Tutaj też pojawia się miejsce dla wcześniejszej myśli o człowieku jako drodze Kościoła.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Biskup w Kościele

1. ”Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem” (J 15,16 ) – od tej świadomości roz-poczyna się wszystko, co w biskupiej służbie jest błogosławione, ożywcze i duszpaster-skie. Chociaż w naszej praktyce kościelnej dokonujemy wyboru biskupa, z powodów teo-logicznych jest mniej ważny od świadomego wybrania drogi służby przez tego, który ma prowadzić, uszczęśliwiać i ratować.

Ja was wybrałem  czyli dobrowolnie i bez żadnego przymusu stałem się waszym bisku-pem. Ja was wybrałem  czyli w samym środku mojej osoby  w sercu  usłyszałem Boże powołanie do tego, aby być waszym sługą jako biskup. Ja was wybrałem  czyli rozpozna-łem w sobie talenty ku temu, aby prowadzić. Nikt mnie nie zmusił. Nie jestem z tego powo-du nieszczęśliwy. Moja samoświadomość doprowadziła mnie do wyboru biskupiej służby  oto treść słów, które powinny nas głęboko wzruszać, ilekroć ciemności zdają się brać górę nad jasnymi strojami kościelnego urzędu: Ja was wybrałem!

W kształtowaniu takiego modelu biskupiej służby najważniejsza jest postawa miłosiernej wierności. Dobrowolny wybór tej służby powinien pod każdym względem przypominać postawę rodziców wobec dziecka, które nie wybierało rodziców, ale zawsze i wszędzie ma prawo oczekiwać ich wiernego miłosierdzia.

Z czym kojarzymy miłosierdzie? Z misericordias, czyli z odruchem serca. Zresztą słowną kalką tego słowa jest nasze miłosierdzie (miłość i osierdzie czyli serce). Czy miłosierdzie  lokowane przez nas w sercu  nie rywalizuje z łaską? Łaska czyli hebrajskie hesed  to odruch serca, rodem z pola bitwy. Łaska jest związana z męską wrażliwością i życiowymi doświadczeniami. Jakże daleko jej do kobiecej delikatności, matki płaczącej z powodu zabitego syna i męża. A miłosierdzie? Ono w St. Testamencie nazywa się rahamim (od rzeczownika rehem  matczyne łono).

Rehem posiada też znaczenie przenośne, ponieważ łono matki w środowisku akkadyjskim i hebrajskim uważano za siedlisko rodzicielskich uczuć. Sensu ogólniejszego nabiera słowo rehem dopiero w liczbie mnogiej jako rahamim. Etymologicznie oznacza ono wnętrzności, a ponieważ Semici uważali wnętrzności za miejsce, gdzie lokalizują się uczucia, przeto pojęcie rahamim staje się terminem oznaczającym miłosierdzie: „Czy Efraim jest mi tak drogim synem lub dziecięciem rozkosznym, że ilekroć o nim mówię, muszę go wiernie wspominać? Dlatego moje wnętrze wzrusza się nad nim; zaiste muszę się nad nim zlitować  mówi Pan” (Jr 31,20).

Bóg jest naszym rodzicielem  oto teologiczna i egzystencjalna podstawa dla rozpoznania, czym w istocie jest Boże miłosierdzie! Ponieważ jesteśmy z Jego łona nie musimy się bać: „A przecież to Ja sam uczyłem Efraima chodzić, brałem ich na swoje ramiona, lecz oni nie wiedzieli, że to Ja ich leczyłem, przyciągałem ich więzami ludzkimi, powrozami miłości, i byłem dla nich jak ten, który podnosi niemowlę do swojego policzka, i nachylałem się do nich, aby ich nakarmić” (Oz 11,3n); „Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona?” (Iz 49,15).

Czy możliwa jest biskupia służba, której symbolem byłoby kobiece łono? Ona jest nie tyl-ko możliwa; ona jest konieczna, żebyśmy nie musieli bać się o przyszłość następnych po-koleń, być może wiele wiedzących, jednak nie myślących sercem, nie miłujących mądro-ścią i nie umiejących mądrości wydobywać z miłości.

2. Biskupi urząd afirmuje wiele słów i gestów Jezusa z Nazaretu, ale zwrócę uwagę tylko na jeszcze jeden fragment: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko, co słyszałem od Ojca mojego, oznaj-miłem wam” (J 15,15). Genialne słowa Mistrza z Galilei. Zastanawia mnie jednak, dlacze-go ich nie słyszymy, skoro w ogóle nie wykorzystujemy ich w budowaniu biblijnej du-chowości. Słuchacze Ewangelii już nie są sługami! Zadziwiające i wstrząsające? Ap. Pa-weł w Liście do Galacjan ma wiele do dodania ( Ga 4,1-7).

Skoro wszyscy jesteśmy przyjaciółmi Jezusa, jest dla mnie oczywiste, że biskup ma być przyjacielem tych, do których mówi w imieniu Jezusa Chrystusa! Przyjacielem, a nie zwierzchnikiem! W Kościele to słowo brzmi jak słowo zgorszenia. Zwierzchnikiem może być jedynie Chrystus. Tylko On jest ARXE całego stworzenia i Kościoła i tylko On jest kamieniem wieńczącym.

Chcieć być zwierzchnikiem w Kościele, jest uzurpacją równą byciu Ojcem Świętym.

Biskup ma być przyjacielem, na którym można polegać tak podczas spowiedzi, jak w naj-trudniejszej chwili życia, gdy przyjaciel musi stać się ratownikiem. W ratowaniu przyja-ciół, biskupia służba objawia swoją powagę i głębię, nad którą w naszym Kościele lekko-myślnie przechodzimy do porządku dziennego. Bycie biskupem oznacza bowiem ratowa-nie z niewoli i przeprowadzanie do krainy wolności i życia. Dlatego biskup, idący na prze-dzie, jest tym, który ma dalej widzieć, aby przyjaciół strzec przed niebezpieczeństwami i wybierać najodpowiedniejszą drogę, co podpowiada nam grecki źródłosłów słowa biskup.

3. Widzący dalej nie jest wizjonerem, zaklinaczem przyszłości ani magiem w wąskim znaczeniu tego słowa. Przede wszystkim jest prorokiem, czyli kimś, kto nie posługuje się cielesnymi oczami, ale słowem Boga i w codzienności swojej służby czyni z tego słowa pasterską laskę oraz kij, które mają pocieszać Boży lud! Biskup jest więc zwierzchnikiem wtórnie, zawsze i wyłącznie jako ktoś, kto dzięki charyzmatowi widzenia dalej, idzie na przedzie. Jako widzący dalej, biskup może posługiwać się jedynie słowem Boga. Jedynie ze słowa wyrasta biskupi autorytet, a już na pewno nie z władzy, sprawowanej dla samej siebie i dla satysfakcji panowania.

Podstawowym zadaniem biskupa jest interpretowanie rzeczywistości, w której żyje lud Boży, słowem Boga, które jest żywe i skuteczne nie tylko w tworzeniu świata, ale także w wypełnianiu. Dzięki swojej teologicznej i egzegetycznej pracy biskup zyskuje właściwą perspektywę drogi i broń do walki z mocami ciemności, aby swoich przyjaciół bezpiecznie przeprowadzić do krainy szczęścia.

4. Fakt, że biskup ma iść przodem, oznacza nie tylko konieczność pracy teologicznej, ale również gotowość do bycia przywódcą, który swoje dłonie w geście błogosławienia ma nieustannie wyciągnięte nad ludem. A że wzniesione dłonie są obrazem modlitwy dzięk-czynnej, zaś wyciągnięte nad głowami przywodzą na myśl modlitwę wstawienniczą, wyni-ka stąd, że biskup ma trwać przed majestatem JHWH w modlitwie za lud. Przewodzenie zaczyna się modlitwą i na niej kończy. Prawdziwym wojownikiem jest modliciel, a już na pewno nie człowiek dumny z władzy.

Będąc widzącym dalej, modlicielem i wojownikiem, biskup prowadzi, czyli wyznacza drogę tym, którzy oglądają się wstecz, inspiruje zmęczonych i podnosi na duchu znudzo-nych. Przede wszystkim daje do myślenia, pokazując świat wciąż z innej perspektywy. Słowami, biskup ma tworzyć ekran, na którym lud Boży może oglądać świat. Jedynie świat widziany przez słowa jest przestrzenią oswojoną, napełnioną światłem, w którym słychać nadchodzącego Oblubieńca ludzkich dusz. To znaczy, że służbą i modlitwą biskup ma budzić wszystkich, którzy posnęli i nie pamiętają, aby zawczasu napełnić swoje serca radością ze zbliżającej się chwili wejścia na weselną ucztę.

5. Aczkolwiek swoją szczerością, stylem przewodzenia i autentycznością bycia, biskup jak prorocy, Jezus z Galilei, Szczepan i wielu anonimowych męczenników, często sprowa-dza na siebie złorzeczenie. Stąd może warto powrócić do wstępnej refleksji, dotyczącej wyborów?

Wybory, na dodatek demokratyczne i wynikające z popularności wśród typujących księży, czy to nie zbyt wiele miodu na biskupie serce? Kiedyś przecież ten miód skapie… Popu-larność mija szybciej, aniżeli problemy i wyzwania, przed którymi stoi każdy biskup! Czy wraz z malejącą popularnością ma przemijać biskupi autorytet?

Chrystusie, spraw, aby widzący dalej; przewodnik; ten, który wybrał swój lud i zwrócił się ku niemu w postawie bezwarunkowego miłosierdzia; ten, którego wnętrzności mają się wzruszać nad niedolą ludu, miał odwagę iść pod prąd, być sługą Słowa, które tworzy no-wą postać świata a nie konserwuje starą i miłował do końca.

Modlitwa o biskupa jest nie tylko dewocją. Jeśli ryt ustanowienia biskupa polega na nało-żeniu rąk i jest związany z epiklezą, doprawdy dzieje się wówczas więcej, aniżeli zatwier-dzenie demokratycznych wyborów! Nie ma biskupiego autorytetu bez braterskich i błogo-sławiących dłoni na jego głowie! Są mu potrzebne dnia pierwszego i ostatniego. Nie ma tez biskupiej służby bez modlitwy Kościoła o Ducha Bożego. Bez niej biskup jest sam!

Czy Kościołowi potrzebny jest samotny biskup?

Czy księża oczekują samotnego biskupa?

”Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem”.

 

Cosi o mnie, czyli o Uglorzowi Markowi

 

Chwała Pón Bóczkowi, żech się narodził w Cieszynie, w pieknym konteczku ślońskij krainy. Po mieczu, czyli po Manfridzie, jeżech prusokiem. Po kądzieli, czyli po Annie, rodzonej Gansel, jeżech cesarokiem.

Aspoń ni miołech wyboru i musiołech se chaupe wystowić kansi kole granicy na Wiśle. Jakisi 5 km od moi chaupy stoi kamień wedle cesty, na kierym som kilometry do Wiednia, a nie do Warszawy.

 

NO CÓŻ: WIELU DO SIEBIE ZRAŻAM!

MIĘDZY INNYMI TYM, ŻE ZA ŚLĄZAKA SIĘ UWAŻAM.

WSZAKŻE NAZWISKO PODPOWIADA  TAKA MA SŁOWIAŃSKA KREW,

ŻE TYLKO NA ŚLĄSKU SŁYSZĘ WSZYSTKICH STWORZEŃ ŚPIEW.

Od zawsze mieszkałem na farach. Pierwsze cztery lata życia spędziłem w Jaworzu, gdzie Tato był wikariuszem. Potem zamieszkaliśmy w ST. Bielsku, bo został tam proboszczem.

Starobielska fara była miejscem mojego dziecinnego snu radości i beztroski:

 

Amnezja

POZOSTAŁO ZALEDWIE KILKA ZAPACHÓW.

W NOZDRZACH BARDZIEJ?

MOŻE W SERCU?

AMNEZJA...

 

Z TRUDEM WIDZĘ,

ZAMKNIĘTYMI OCZAMI UŚMIECH TATY;

PAMIĘTAM  DŁONIE MAMY RADOŚĆ SIAŁY.

AMNEZJA...

 

NA STOLIKU DRUTY Z WŁÓCZKĄ,

ZA ŚCIANĄ RZĘDY KSIĄŻEK,

DOM PEŁEN ZNAKÓW MIŁOŚCI.

AMNEZJA...

 

RESZTA GDZIEŚ SIĘ PODZIAŁA.

FOTOGRAFIE PAMIĘTAJĄ WIĘCEJ,

I TYLKO MIŁOŚĆ POZOSTAŁA.

 

AMNEZJA?

MIŁOŚĆ PAMIĘTA!

 

Jestem mężczyzną. W moich żyłach płynie krew życia, dlatego wiem, że najpiękniejsza jest kobieta. W oczach kobiety można odnaleźć niebo. W jej delikatności i piękności doświadczyć niezwykłej miłości Boga.

W pięknie kobiety przychodzi do mnie piękny Stworzyciel i dlatego wiem, że mężczyzna pod jedną pachą zawsze powinien mocno dzierżeć portret kobiety:

 

Wpleciony

Wtulony w Twe włosy,

drżę podniecony.

Wszędzie świata odgłosy,

jam w Ciebie wpleciony.

 

Jedno tylko słyszę:

oddech przyśpieszony.

Pocałunkiem na ustach wypiszę,

żem Tobą zachwycony.

 

Chociaż zapierałem się jak tur, że księdzem nie będę, nic z tego nie wyszło. Co prawda skończyłem techniczną szkołę ogrodniczą w Białej, jednak od 19 lat zmagam się z biblijnym obrazem JHWH, aby go opisywać w tekstach i malować słowami kazań, katechez i wykładów:

 

Sobotni wieczór

Od dwudziestu godzin święci się sabat 

święty odpoczynek.

Za cztery godziny powitam niedzielę 

radość zmartwychwstania.

 

Ślęczę w gabinecie i myślę:

 Kim jestem?

 Jak mam być?

 Czy wolno mi odpocząć?

 Może powinienem zaharować się dla „nowej ziemi”?

Sługa Słowa  a chęci nie mam do niczego.

Radość stracona...

Serce puste...

Myśli płoche i zalęknione...

 

W sabat walczę o resztki wiary.

Zaufam i wstanę zmartwychwstały!

Jutro na ambonie znowu będę uśmiechnięty.

 

Na szczęście pozostaje mi – żeby nie zwariować, albo co gorsze nie zachwycić się sobą – miłość do stworzenia.

Doprawdy nie podziwiam jedynie piękna kobiet. Zachwycają mnie też kwiaty i drzewa. Tęsknię za zapachem ziemi po pierwszym ciepłym, wiosennym deszczu. Od dzieciństwa hoduję rasowe kury i gołębie, których mam zdecydowanie za wiele. Aczkolwiek, gdy liczę kurze nogi na placu i gołębie w wolierach, chwytam się za głowę, gdy jednak zaczynam liczyć ich głowy, pewniej staję na nogach: W końcu to jest dwa razy mniej!!!

Bez przyrody moja duchowość byłaby jakaś miejska, zbyt ponowoczesna, septyczna i może mało wrażliwa?

 

Jesienne liście

Wczoraj zielone, dziś wyzłocone;

Jesienne liście  letniego słońca zaklęty czar.

Roztańczone w rytmie zuchwałego wiatru,

Piękne dziś ostatni raz.

 

Otulony srebrem porannych przymrozków,

Poczerwieniał nimi świat wokół nas.

Rozbudzonych namiętności płomień,

Ginie pod strumieniami łez.

 

Jesienne liście  kolorami ziemi,

Zimowej śmierci czynią znak.

Milczeniem roztańczonego przemijania,

Zapraszają na ostatni bal.

 

Moim mistrzem jest śląski romantyk z Łubowic pod Raciborzem, Józef von Eichendorf. Jego serce też biło po Śląsku, chociaż usta gadały po niemiecku. Ale tak to już jest w naszej śląskiej ojczyźnie, że język nie jest najważniejszy. Łączy nas pewien rodzaj wrażliwości, który obcy jest Polakowi, Niemcowi, czy Czechowi. Chociaż – nawiasem mówiąc – coraz częściej dostrzegam, że cesarokom kulturowo najbliżej do Morawian, zaś prusokom z Górnego Śląska do Czechów.

Dlatego zakończę wierszem Eichendorfa, który dedykuję wszystkim czytelnikom:

Strony rodzinne

Pamiętasz tam, na wzgórzu, zamek ów?

Łkał nocą róg, jak gdyby wołał ciebie,

I sarna szła na łów,

I szumiał las i srebrniał sierp na niebie 

Tak cicho... Abyś mógł usłyszeć siebie

I boleść swych dziecięcych snów.

 

Pamiętasz ogród?  Wiosną, świtem, wczas,

Tam dziewczę w chłodnej rosie ścieżek chodzi

Samotność siejąc w nas...

I jak kto pieśnią swą tęsknotę budzi,

Tak w śpiewie kwiatów, drzew, nas wiecznie łudzi

Nasz dawny, przepłakany los.

 

Korony drzew, niech brzmi wasz szumny jęk!

Ucieczka na nic  wszędy wspomnień sploty.

Jak wierny pies ten dźwięk...

Dosięgną cię ojczystej pieśni groty,

A w niej zaklęty ból nasz szczerozłoty.

Twój los jak mój: tęsknota, lęk.

 

Tłum. Ks. Jerzy Szymik

 

Ostańcie z Pón Bóczkiem!

 

 

 

 

 

 

niedziela, 16 listopada 2008
Mój ulubiony tekst biblijny


 

Jak matka pociesza syna, tak Ja będę was pocieszał.

                                               Iz 66,13

 

Byłoby trzeba wyrażać się poetycznie, aby w kilku zdaniach przedstawić ulubiony fragment Biblii, a może też uzasadnić wybór. Wszakże warto spróbować.

Wiele jest tekstów, bliskich memu sercu, począwszy od chrzestnego a skończywszy na tych, które tworzą hermeneutyczny obraz mojego ludzkiego świata. W nim jestem, żyję, kocham, służę, zmagam się o godność, spodziewam się szczęścia, dojrzewam do starości i modlę się: Przyjdź Panie Jezu. Zdecydowałem się jednak na słowa, które pomagają mi być farorzem.

Moje księżowanie nie jest przecież dodatkiem do smutnego i beznamiętnego życia, ani służbą, poza którą jestem kimś innym. Dziś jest cząstką mojej osoby, mojej egzystencji, mojego świata, mojego sposobu kochania i rozumienia, mojej modlitwy i mojego ustawicznego dojrzewania do pełni piękna, której znakiem jest brzydka śmierć. Tego, co jest służbą Słowu Bożemu nie da się oddzielić od tego, co jest kruchym naczyniem Słowa! Farorzem się jest także w porannej służbie własnemu dziecku, które wybiera się do szkoły, a nie tylko podczas usilnej modlitwy o pocieszenie dla tych, którzy mają się źle i są smutni.

Co to znaczy, że ja - Marek Uglorz - jestem farorzem? Odpowiedź na to pytanie, co jakiś czas formuję na nowo. Może tylko po to, żeby nie było nudno? Na pewno także dlatego, że chcę, aby było głębiej, piękniej, spokojniej i radośniej.

Dziś wiem, że Bóg jest dla wszystkich ludzi nieprawdopodobnie i nieracjonalnie miłosierny, ponieważ zrodził nas niczym mamusia. Jesteśmy z łona Bożej miłości i dlatego na każdy smutek, grzech i niedostatek ma dla nas tyle pocieszenia, ile tylko zmieściło się na krzyżu Chrystusa.

Jakże inaczej mógłbym ja? Zwłaszcza, że jestem farorzem! Jestem więc po to, aby pocieszać, a moja miłość ma przypominać Boże rahamim (miłosierdzie, które zrodziło się w Bogu do mnie, zanim wygramoliłem się na świat).

Czego o pocieszaniu by nie pomyśleć, poza wszelką wątpliwością jest to prawdziwie boska umiejętność, której nigdy nie posiądę. Jakże więc mogę ją doskonalić? Tutaj dochodzę do sedna! Dla mnie farorz (posługuję się śląskim określeniem, ponieważ źródła mojej samoświadomości są po pierwsze biblijne, a po drugie archetypiczne, ale zawsze po śląsku) jest kimś, kto - idąc przez świat i życie - pod jedną pachą mocno dzierży Biblię, a pod drugą portret kobiety.

Przecież poza Biblią najobfitszym w miłosierdzie źródłem pocieszenia jest kobieta. Z obrazu kobiety, jako matki i oblubienicy, poznaję piękno miłości i według niego modeluję służbę pocieszania. Ów obraz jest kodem ocalenia.

Jeśli zatem przez cały dzień mam pocieszać, o świcie nie mogę zapomnieć o Biblii i portrecie kobiety! 

Niech nas Pan Bóg pociesza, abyśmy innych pocieszać mogli.

1 , 2 , 3 , 4 , 5