wtorek, 09 marca 2010
Faryzeizacja Kościoła

Mamy coraz większy problem, który – czy tego chcemy, czy nie – dotyczy nas wszystkich, a polega na tym, że pod pozorami pobożności i religijności proponuje się faryzejski pro-dukt religijny, który jest ponury, odpychający i złowieszczo kładzie się cieniem krzyża na przyszłości Kościoła.

Polscy studenci prawa od kilkunastu lat uczą się o tzw. „falandyzacji prawa”, czyli o pewnej hermeneutyce prawnej, umożliwiającej bezprawne stosowanie prawa. W Kościele ma-my do czynienia z podobną „umiejętnością” ludzi religijnych, którą nazwałem „faryzeizacją Kościoła”. Rzecz mniej więcej polega na tym, że prawo służy do maskowania bardzo niepobożnych zachowań, które mają uchodzić za bardzo religijne.

Z pozoru wszystko wygląda idealnie, wszak prawo w Kościele ma służyć porządkowi i wzajemnej miłości. Mimo wszystko coś nie pasuje. Otóż w Kościele Ewangelii normą sta-ła się teologia prawa. W praktyce widać to po tym, że prawo zamiast wytyczać drogę ku przyszłości i życiu, stało się miotłą, skutecznie ją zacierającą. Jezusowa sentencja, tłumacząca Jego niezwykłe i pełne miłości zachowania: „Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu” (Mk 2,27), oznacza, że miarą prawa jest człowiek. I nic nie po-mogą tutaj pokrętne argumenty prawników, że słowa Jezusa odnoszą się tylko do jednego wymiaru ludzkiej rzeczywistości, ponieważ w idei sabatu skupia się cała duchowość Żydów i chrześcijan, wierzących, że ich sabatem jest Jezus Chrystus.

Prawdą jest, że byłoby trudno obronić tezę, iżby świętowanie sabatu było prawem, zawierającym w sobie wszystkie pozostałe, aczkolwiek jest zapowiedzią i urzeczywistnieniem ostatecznego spełnienia człowieka i dlatego uświadamia, że prawo nie istnieje dla samego siebie, ale ze względu na człowieka, który ma osiągnąć cel swojej egzystencji. W perspektywie słów Jezusa o sabacie, ustanowionym dla człowieka, dostrzegamy istotną różnicę pomiędzy zachowaniami pobożnymi i bezbożnymi albo nazywając inaczej religijnymi i niereligijnymi. Pobożne są mianowicie działania i decyzje, które posługują się prawem, aby człowieka wyzwolić z pęt struktur i zależności, podnieść i wyprostować, nadać mu godność i umożliwić radosne pójście przed siebie aż po kres, którym jest odpoczniecie. W przeciwieństwie do nich bezbożne jest to wszystko, co pod pozorem zachowywania prawa uderza w człowieka, łamie jego kręgosłup, ogranicza jego wolność i uniemożliwia wejście do odpocznienia.

Ludzie o faryzejskim usposobieniu wmawiają nam, że linią demarkacyjną pomiędzy pobożnością a bezbożnością jest stosunek do Boga, a tymczasem jest to jedynie chytry wybieg. Okazuje się bowiem, ze prawdziwą linią graniczną nie jest Bóg, ale człowiek. Faryzeizacja Kościoła dokonuje się zatem pod pobożnym płaszczykiem posłuszeństwa Bogu, jednak w rzeczywistości prawo nie służy wówczas do religijnego uwielbienia Boga. Pozostając celem samym w sobie, staje się narzędziem sprawowania bezbożnej władzy nad człowiekiem. Kto wówczas myśli o Bogu? Raczej nikt, ponieważ Jego miejsce zostaje oddane prawu. Tymczasem prawo pozostaje sobą i spełnia właściwe mu zadania, gdy służy człowiekowi. Wówczas też Bóg odbiera należną Mu chwałę. Prawdziwi czciciele Boga ubóstwiają bowiem człowieka, a nie prawo: „Zanim przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak wiec zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa” (Ga 3,23-27).

Zdecydowanie sprzeciwiam się dalszej „faryzeizacji Kościoła”, a wszystkich, którym przyszłość Kościoła leży na sercu, namawiam do działań ewangelicznych, pełnych delikatności i szczerej miłości do człowieka, na podobieństwo naszego Mistrza i Nauczyciela z Galilei, który uwalnia człowieka z martwej litery prawa i zawsze staje po jego stronie. Do-póki nie wyprowadzimy Kościoła z ksiąg, w których wiele mówi się o Kościele, dopóty będzie systematycznie i coraz dotkliwiej zamierał. Rozmowa o przyszłości Kościoła stanie się owocna dopiero wówczas, gdy Kościół uwolnimy z pęt ludzkich struktur i pozwolimy mu zająć centralne miejsce. Z Kościołem, uwięzionym pomiędzy paragrafami, można uczynić wszystko, w konsekwencji jeszcze gorzej będą traktowani ludzie w Kościele. Aż dojdzie do sytuacji, w której wszyscy nie tylko odniesiemy wrażenie, ale rzeczywiście umieścimy się w więzieniu świętych norm, prawnych struktur myślenia i pobożnych działań, które z Bogiem nie będą miały absolutnie nic wspólnego.

Wskazując człowiekowi i Kościołowi centralne miejsce, musimy opuścić teren religijnej i prawnej kazuistyki, czyli nasz współczesny Egipt, aby stanąć w przestrzeni najważniej-szych wartości, które rodzą się ze słowa Ewangelii. Kto bowiem nie czyni dobra, zawsze czyni zło! Pomiędzy nie ma czegoś, co byłoby bezpiecznym „buforem etycznego wyczekiwania”. Owszem w tym miejscu, jako efekt „faryzeizacji Kościoła”, pojawiła się „polityka Kościelna”, ale ona jest złem, grzechem największym. Grzechem czynionym za zasłoną legalizmu!

 

niedziela, 07 lutego 2010
Kulturowa patologia

Na jednym z portali, poświęconym problemom Kościoła, jakiś czas temu pojawił się wywiad, w którym na pytanie o starszą młodzież, która zakłada rodziny, rodzi dzieci i poświęca się pracy zawodowej, a przez to traci żywy kontakt z Kościołem, udzielający wywiadu odpowiedział, że w luterańskiej perspektywie nacisk jest położony na osobiste przeżywanie wiary i osobiste spotkanie z Chrystusem.

No cóż, szanuję osobiste poglądy autora tych słów, ale jakom żyw, to znaczy od mojego dzieciństwa, gdym był wprowadzany w życie Kościoła i wychowywany po ewangelicku, nikt mi o tym nie powiedział. A obracałem się w księżowskim światku od niemowlęctwa. Jako teolog też nie podzielam tej opinii. To kulturowe dla mnie odkrycie byłbym gotów jeszcze znieść, jednak z tyłu głowy zapaliła mi się wówczas ostrzegawcza lampka i dlatego postanowiłem nie milczeć.

Od dawna podejrzewałem, że nazywanie nas protestantami coraz częściej przynosi nam ujmę, a nie chwałę. Chociaż historycznie ów tytuł przysługuje nam, odkąd używają go chrześcijanie wtórnego protestu, w moim odczuciu protestujący wobec naszych poglądów, czyli naszego protestu, bywamy utożsamiani z nurtem chrześcijaństwa, który krzewi kulturową patologię. A już najbardziej dziwi mnie to, że niektórzy z nas, za swoje przyjmują poglądy, oprotestowane przez luteran, a tym samym protestują przeciw swojemu protestantyzmowi. To jest jakieś dziwne?

Nie mam wątpliwości, że kulturową patologią jest krzewienie, przez niektóre tradycje zachodniego chrześcijaństwa, tradycji filozoficznej, która wysublimowała i doprowadziła do karykaturalnych rozmiarów pojęcie indywidualizmu oraz osobistego doświadczenia. A uprawomocnienie jej rzekomym świadectwem ksiąg biblijnych oraz nadanie jej rangi najwyższej wartości w religijnym doświadczeniu człowieka, przez chrześcijan, mieniących się obrońcami Pisma Świętego w zsekularyzowanym świecie, każe mi z obawą myśleć o przyszłości chrześcijańskiego Zachodu.

Oznaczałoby to bowiem, że chrześcijanin, uczeń Chrystusa, jest odciętą od wspólnoty monadą, która zamknięta w sobie istnieje sama dla siebie. Czyli, że wszystko, co zbawczo wartościowe i błogosławione dzieje się we wnętrzu człowieka? Czyli, że praktycznie nie ma już odwrotu od triumfalnego wkroczenia psychologii także w sferę religijną, ponieważ jedynie ona będzie potrafiła radzić sobie z wewnętrznym doświadczeniem religijnym? A ja myślałem, że jest jeszcze cień szansy, że nasza zachodnia cywilizacja uratuje „swoje dzieci” przed zagładą?

Jak długo jeszcze chrześcijanie będą podważać fakt, że Bóg powołał do przymierza swój Lud? Umiłowany Lud? Świętą Oblubienicę? Jak długo jeszcze chrześcijanie będą wma-wiać nieszczęśliwym ludziom, że lekarstwem na ich troski jest wejście w siebie, czyli w praktyce izolacja, a nie wspólnota życia, uwielbienia, opowiadania historii życia, czyli Ewangelii o Jezusie Chrystusie, zbawczo obecnym w dziejach umiłowanego Ludu? W imieniu Chrystusa wielu współczesnych „misjonarzy” odrywa jednostkę od ludzkiej wspólnoty, społeczeństwa z jego kulturą, wreszcie przyrody i wszechświata i wmawia jej, że trucizna jest lekarstwem. Nie dziwmy się, że ludzie nie radzą sobie z podstawowymi problemami codzienności, ponieważ nie uczestnicząc w religijnych wspólnotach rodziny i Kościoła, nie mają kogo słuchać, ani od kogo uczyć się zachowań oraz umiejętności interpretowania swojej egzystencji. To jest sekciarstwo czystej wody, schizofrenia i kulturowa patologia.

Religijne doświadczenie oczywiście ma wymiar osobisty. Nie śmiałbym tego negować, ale trzeba go sprowadzić do właściwych proporcji wobec innych wymiarów zbawczego dzieła Bożego. Sam fakt, że jako latorośle jesteśmy wszczepieni w winny krzew, którym jest Chrystus, oznacza, że to wszystko, co dzieje się w tzw. sferze osobistej, w sensie ścisłym nie jest osobistym doświadczeniem, ale formą przeżycia i doświadczenia czegoś, co stało się i wciąż jest udziałem zmartwychwstałego Chrystusa. Właściwie zinterpretować potrafi to jedynie jednostka, będąca cząstką wspólnoty uwielbienia i opowiadania. Bo rozumienie bierze się ze Słowa, czyli z narracji, a narratorem jest wspólnota. Chyba, że wybiera się kozetkę? Ale wtedy narratorem jest lęk, który jest w człowieku, a rolą psychologa jest pomoc w zinterpretowaniu tego głosu. Czy jestem wrogiem psychologii? Nie. Jesteśmy bowiem w sytuacji, w której nie mamy wyjścia. Psycholodzy się potrzebni, ale nie musieliby, gdybyśmy uzdrowienia szukali we wspólnocie.

Całe pokolenia obywały się bez psychologów, to znaczy ludzie radzili sobie z olbrzymimi stresami wojen, głodu, chorób, grabieży, bezradności wobec wielmożów, tylko dlatego, że tworzyli wspólnoty uwielbienia i opowiadania życia. Doświadczali w nich zbawiającego czynu Boga w Chrystusie, którego jedna z form obecności na świecie manifestuje się przecież jako Kościół, czyli wspólnota życia i Ewangelii.

Wpierw wmawiamy ludziom, że najważniejsze jest osobiste przeżywanie wiary, a potem w odruchu duszpasterskiej empatii na nocne szafki kładziemy nieszczęśnikom poradniki, jak radzić sobie ze stresem i co to znaczyć wierzyć. Czy to nie jest patologia?

 

sobota, 06 lutego 2010
Sexagesimae

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram złą drogę ku niej i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Proszę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzucony. Amen.

Hbr 4,12n

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; 13.i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie wszystko jest obnażone i odsłonięte przed ocza¬mi tego, przed którym musimy zdać sprawę.

 

Władza Słowa Bożego

W niedzielę Sexagesimae, poświęconą Słowu Bożemu, Kościół Jezusa Chrystusa może się upewnić, że nie jest zgromadzeniem partyjnym albo społecznością akademicką, słuchającą jedynie ludzkiej mądrości. Wyjątkowość chrześcijańskiego Kościoła polega bowiem na tym, że nie jest zgromadzeniem, które samo się zwołało, ale jest społecznością świętych, zwołaną przez żywego Boga. Społecznością zwołaną do słuchania.

Będąc Kościołem, możemy z nadzieją myśleć o przyszłości nie dlatego, że wzrasta ofiarność, a mądrze inwestując będziemy mogli utrzymywać majątek, ani nie dlatego, że wypełniamy misyjny nakaz Chrystusa, ale dlatego, że słuchamy świętego Boga, który przez swoje Słowo wzbudza w nas życie i udziela rozlicznych darów. Nie ulega wątpliwości, że jedynie serce żywe i poruszone jest sercem ofiarnym. Źródłem naszej siły i nadziei jest zatem Ewangelia, która, mówiąc słowami ks. dra M. Lutra, jest skarbem Kościoła.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne w każdej sytuacji. Ono zawsze wypełnia swoje zadanie: „Gdyż jak deszcz i śnieg spada z nieba i już tam nie wraca, a raczej zrasza ziemię i czyni ją urodzajną,(...) tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem” (Iz 55,10n) - mówi Pan. Działanie Słowa Bożego ma jednak związek z odbiorem słuchającego człowieka. Nie w tym sensie, że Słowo nie może niczego zdziałać w sercu człowieka, który Go nie przyjmuje, ale w innym. Dla człowieka, słuchającego w prostocie serca, przyjmującego i wykonującego, Słowo Boże staje się życiem i zbawieniem. Odwrotnie dla człowieka, który słuchając niczego nie słyszy i nie wykonuje, Słowo Boże staje się oskarżeniem i potępieniem: „A jeśliby kto słuchał słów moich, a nie przestrzegał ich, – mówi Jezus – Ja go nie sądzę: nie przyszedłem bowiem sądzić świata, ale świat zbawić. Kto mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ma swego sędziego: Słowo, które głosiłem, sądzić go będzie w dniu ostatecznym” (J 12,47n).

Możemy więc powiedzieć, że ostateczną instancją sądowniczą jest Słowo Boże. A dlaczego tak jest, tłumaczy tekst kazalny.

 

1. Słowo Boże dotyka sumienia

„Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca”. Z tych słów, niezależnie od tego, jak będziemy tłumaczyć obrazy, użyte przez autora, wynika jedna, zasadnicza prawda, a mianowicie, że Słowo Boże jest nie tylko informacją, ale także wydarzeniem w życiu człowieka.

Słowo Boże nie dociera jedynie do uszu i w nich pozostaje, ale ono trafia człowieka w serce, napełnia sobą ludzkie myśli, po prostu wpływa na sumienie. I w tym sensie Słowo Boże nigdy nie pozostawia człowieka obojętnym. Ono budzi namiętności. Słowo Boże można przyjąć, albo odrzucić Zaakceptować i wykonywać, albo starać się je zagłuszyć i nie dopuścić do tego, aby wydało w sercu dobre owoce.

Sztandarowym przykładem jest oczywiście postać Kaina, który w odpowiednim czasie został przez Boga ostrzeżony: „Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze. Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować” (1 Mż 4,6n). Niestety Kain nie usłuchał Boga i postąpił według własnej pożądliwości. Niemniej na tym przykładzie można dostrzec, że Słowo Boże dosięgło Kaina w jego sumieniu. Dzięki temu Kain rozpoznał zło i mógł się ustrzec przed grzechem.

Jak dalece Słowo Boże jest zdolne wpływać na ludzkie sumienie i kształtować ludzkie postawy, dostrzegamy na wielu innych przykładach, a mianowicie proroków. Na przykład Jonasza i Jeremiasza. Każdy z nich na swój sposób pragnął uciec przed Słowem, z którym został posłany przez Boga. I każdy z nich inaczej został przez to Słowo przymuszony do wykonania woli Najwyższego.

W skuteczności działania Słowo Boże jest też ostrzejsze niż obosieczny miecz. To znaczy, ze ono nie pozostawia człowieka w spokoju, wręcz rani go, nie pozwala mu pozostać obojętnym. Zmusza do zajęcia konkretnej postawy. Wszak miecz jest symbolem wojny. W jednej ze swoich wizji Jeremiasz powiada: „Lecz ów dzień należy do Wszechmogącego, Pana Zastępów, to dzień pomsty, aby się pomścił nad swoimi wrogami! Miecz Pana pożera, nasyca się i upaja ich krwią, ...” (Jr 46,10). Skoro miecz pomaga walczyć i zwyciężać przeciwników, można powiedzieć, że Słowo Boże jest właśnie tym orężem, które wiernemu słuchaczowi Boga pomaga zwyciężyć grzech własnego serca i zło świata.

Symbol miecza każe jednak pamiętać o jeszcze jednym działaniu Słowa Bożego. Oto ustami Ezechiela Święty powiada: „Lecz ty, synu człowieczy, prorokuj i klaskaj w dłonie, niech miecz uderzy dwakroć, trzykroć! Jest to miecz rzezi, wielki miecz rzezi, który ich okrąża, Aby serca struchlały i aby wiele potknęło się i padło. Sprawiłem, że wyostrzono miecz do zabijania we wszystkich ich bramach. Uczyniono go jak błyskawica, wygładzono go na rzeź” (Ez 21,19n). Słowo Boże, przedstawione jako miecz, zwraca się więc przeciwko tym, którzy gardzą Bogiem i Jego Słowem.

Jeśli odniesiemy te obrazy do Nowego Testamentu, wnioski same zaczną się nasuwać. Pan Jezus powiada: „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz” (Mt 10,34). Wypowiadając słowo Ewangelii Jezus nie uspakaja ludzkiego sumienia i nie gładzi słuchacza po sercu, mówiąc: „Pokój, pokój”, ale prowokuje do zajęcia zdecydowanego stanowiska: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, ...” (Mt 12,30). I dlatego w Apokalipsie, w Liście do zboru w Pergamonie, znajdujemy słowa: „To mówi Ten, który ma ostry miecz obosieczny. (...) Upamiętaj się więc; a jeżeli nie, przyjdę do ciebie wkrótce i będę z nimi walczył mieczem ust moich” (Ap 2,12.16).

Powyższe teksty, szybko i pobieżnie omówione, a w nich szczególnie obraz miecza, do którego zostało przyrównane Słowo Boże, pomagają nam pojąć myśli z rozważanego tekstu, a mianowicie, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ponieważ wpływa na sumienie słuchacza. Kształtuje w nim praktyczną postawę naśladowcy Chrystusa, bądź wroga. Słowo obnaża człowieka takim, jakim jest w swoim sercu. O ludziach świata, nienawidzących Ewangelii, Jezus powiedział: „Gdybym nie przyszedł i do nich nie mówił, nie mieliby grzechu; lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego” (J 15,22).

 

2. Słowo Boże w służbie Najwyższego

Ta wypowiedź Mistrza i Nauczyciela z Galilei kieruje myśli w stronę drugiego wiersza rozważanego tekstu: „I nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę”. Słowo Boże, spełniające rolę sądu, stoi w służbie Boga, przed którym każdy z nas musi zdać sprawę z własnego życia.

Słowo zatem demaskuje nas i ujawnia najskrytsze tajniki naszych serc. Tylko ono jest w stanie prawdziwie ocenić intencje, które kierują naszymi decyzjami. I dlatego za najwyższą władzę w Kościele możemy uznać wyłącznie Słowo Boże, której muszą być poddane wszystkie ludzkie autorytety, ponieważ człowiek, spoglądający jedynie na to, co widzą oczy, nie potrafi wniknąć w serce i poznać intencji, decydującej o czynie. W efekcie nie potrafi sprawiedliwe ocenić bliźniego. Tylko Słowo Boże wnika w głąb ludzkiego serca, gdzie dzieją się najważniejsze akty człowieczeństwa. A bez tej zdolność nie można obiektywnie i sprawiedliwie ocenić człowieka.

Każdy człowiek będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem, który wypowiada do nas swoje Słowo, kształtując nasze życie i powołując nas do życia w Jego Królestwie. Nie powinniśmy wobec tego interesować się tym, w jaki sposób Słowo Boże skutecznie działa w życiu bliźniego, a tym najczęściej są zainteresowani ludzie, którzy udają pobożnych, ale raczej w prostocie i czystości serca, odpowiadać na Boże poselstwo: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”.

Być może wielu ludzi nie wierzy w to, by Słowo Boże mogło mieć tak wielką moc? A jednak ono jest zdolne burzyć i budować, niszczyć i tworzyć, wprowadzać niepokój i sądzić, ponieważ nie jest zwykłym słowem. Ono wychodzi z ust Tego, który stworzył świat, i który wszystko widzi.

W swoim Słowie Bóg udziela samego siebie, dając cząstkę swego życia.

Na podstawie obserwacji, otaczającego nas świata, nie wyciągajmy pochopnych wniosków o niemożności uczynienia czegokolwiek przez to Słowo, które gromadzi nas w Kościół Chrytsusa. Ono działa skuteczniej niż potrafimy to sobie wyobrazić, ponieważ ono działa w ludzkim sercu. Jak dla nas jest źródłem satysfakcji, radości i szczęścia, tak dla innych jest źródłem niepokoju. A wszystko zależy od tego, do czego wzywa biblijne hasło niedzieli Sexagesimae: „Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Hbr 3,15).

Pod żadnym pozorem nie zamieniajmy w Kościele władzy Słowa Bożego na żadną inną ludzką władzę, chyba że chcemy siebie oraz innych unieszczęśliwić. A że tak często się dzieje, to fakt bezsporny, który nie tylko smuci, ale i budzi niepokój.

Nie zamykajmy naszych serc na poselstwo Ewangelii, która jest naszą mocą, życiem i wypełniającą się obietnicą. Pamiętając o przestrodze ap. Piotra, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi, nie dajmy się zwodzić ludzkiej mądrości, ale stawajmy przed sądowniczym trybunałem Słowa Bożego, które demaskuje grzech naszych serc i myśli oraz powołuje nas do życia w światłości. Amen.

 

 

Sexagesimae

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram złą drogę ku niej i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Proszę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzucony. Amen.

Hbr 4,12n

Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca; 13.i nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie wszystko jest obnażone i odsłonięte przed ocza¬mi tego, przed którym musimy zdać sprawę.

 

Władza Słowa Bożego

W niedzielę Sexagesimae, poświęconą Słowu Bożemu, Kościół Jezusa Chrystusa może się upewnić, że nie jest zgromadzeniem partyjnym albo społecznością akademicką, słuchającą jedynie ludzkiej mądrości. Wyjątkowość chrześcijańskiego Kościoła polega bowiem na tym, że nie jest zgromadzeniem, które samo się zwołało, ale jest społecznością świętych, zwołaną przez żywego Boga. Społecznością zwołaną do słuchania.

Będąc Kościołem, możemy z nadzieją myśleć o przyszłości nie dlatego, że wzrasta ofiarność, a mądrze inwestując będziemy mogli utrzymywać majątek, ani nie dlatego, że wypełniamy misyjny nakaz Chrystusa, ale dlatego, że słuchamy świętego Boga, który przez swoje Słowo wzbudza w nas życie i udziela rozlicznych darów. Nie ulega wątpliwości, że jedynie serce żywe i poruszone jest sercem ofiarnym. Źródłem naszej siły i nadziei jest zatem Ewangelia, która, mówiąc słowami ks. dra M. Lutra, jest skarbem Kościoła.

Słowo Boże jest żywe i skuteczne w każdej sytuacji. Ono zawsze wypełnia swoje zadanie: „Gdyż jak deszcz i śnieg spada z nieba i już tam nie wraca, a raczej zrasza ziemię i czyni ją urodzajną,(...) tak jest z moim słowem, które wychodzi z moich ust: Nie wraca do mnie puste, lecz wykonuje moją wolę i spełnia pomyślnie to, z czym je wysłałem” (Iz 55,10n) - mówi Pan. Działanie Słowa Bożego ma jednak związek z odbiorem słuchającego człowieka. Nie w tym sensie, że Słowo nie może niczego zdziałać w sercu człowieka, który Go nie przyjmuje, ale w innym. Dla człowieka, słuchającego w prostocie serca, przyjmującego i wykonującego, Słowo Boże staje się życiem i zbawieniem. Odwrotnie dla człowieka, który słuchając niczego nie słyszy i nie wykonuje, Słowo Boże staje się oskarżeniem i potępieniem: „A jeśliby kto słuchał słów moich, a nie przestrzegał ich, – mówi Jezus – Ja go nie sądzę: nie przyszedłem bowiem sądzić świata, ale świat zbawić. Kto mną gardzi i nie przyjmuje słów moich, ma swego sędziego: Słowo, które głosiłem, sądzić go będzie w dniu ostatecznym” (J 12,47n).

Możemy więc powiedzieć, że ostateczną instancją sądowniczą jest Słowo Boże. A dlaczego tak jest, tłumaczy tekst kazalny.

 

1. Słowo Boże dotyka sumienia

„Bo Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić zamiary i myśli serca”. Z tych słów, niezależnie od tego, jak będziemy tłumaczyć obrazy, użyte przez autora, wynika jedna, zasadnicza prawda, a mianowicie, że Słowo Boże jest nie tylko informacją, ale także wydarzeniem w życiu człowieka.

Słowo Boże nie dociera jedynie do uszu i w nich pozostaje, ale ono trafia człowieka w serce, napełnia sobą ludzkie myśli, po prostu wpływa na sumienie. I w tym sensie Słowo Boże nigdy nie pozostawia człowieka obojętnym. Ono budzi namiętności. Słowo Boże można przyjąć, albo odrzucić Zaakceptować i wykonywać, albo starać się je zagłuszyć i nie dopuścić do tego, aby wydało w sercu dobre owoce.

Sztandarowym przykładem jest oczywiście postać Kaina, który w odpowiednim czasie został przez Boga ostrzeżony: „Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze. Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować” (1 Mż 4,6n). Niestety Kain nie usłuchał Boga i postąpił według własnej pożądliwości. Niemniej na tym przykładzie można dostrzec, że Słowo Boże dosięgło Kaina w jego sumieniu. Dzięki temu Kain rozpoznał zło i mógł się ustrzec przed grzechem.

Jak dalece Słowo Boże jest zdolne wpływać na ludzkie sumienie i kształtować ludzkie postawy, dostrzegamy na wielu innych przykładach, a mianowicie proroków. Na przykład Jonasza i Jeremiasza. Każdy z nich na swój sposób pragnął uciec przed Słowem, z którym został posłany przez Boga. I każdy z nich inaczej został przez to Słowo przymuszony do wykonania woli Najwyższego.

W skuteczności działania Słowo Boże jest też ostrzejsze niż obosieczny miecz. To znaczy, ze ono nie pozostawia człowieka w spokoju, wręcz rani go, nie pozwala mu pozostać obojętnym. Zmusza do zajęcia konkretnej postawy. Wszak miecz jest symbolem wojny. W jednej ze swoich wizji Jeremiasz powiada: „Lecz ów dzień należy do Wszechmogącego, Pana Zastępów, to dzień pomsty, aby się pomścił nad swoimi wrogami! Miecz Pana pożera, nasyca się i upaja ich krwią, ...” (Jr 46,10). Skoro miecz pomaga walczyć i zwyciężać przeciwników, można powiedzieć, że Słowo Boże jest właśnie tym orężem, które wiernemu słuchaczowi Boga pomaga zwyciężyć grzech własnego serca i zło świata.

Symbol miecza każe jednak pamiętać o jeszcze jednym działaniu Słowa Bożego. Oto ustami Ezechiela Święty powiada: „Lecz ty, synu człowieczy, prorokuj i klaskaj w dłonie, niech miecz uderzy dwakroć, trzykroć! Jest to miecz rzezi, wielki miecz rzezi, który ich okrąża, Aby serca struchlały i aby wiele potknęło się i padło. Sprawiłem, że wyostrzono miecz do zabijania we wszystkich ich bramach. Uczyniono go jak błyskawica, wygładzono go na rzeź” (Ez 21,19n). Słowo Boże, przedstawione jako miecz, zwraca się więc przeciwko tym, którzy gardzą Bogiem i Jego Słowem.

Jeśli odniesiemy te obrazy do Nowego Testamentu, wnioski same zaczną się nasuwać. Pan Jezus powiada: „Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz” (Mt 10,34). Wypowiadając słowo Ewangelii Jezus nie uspakaja ludzkiego sumienia i nie gładzi słuchacza po sercu, mówiąc: „Pokój, pokój”, ale prowokuje do zajęcia zdecydowanego stanowiska: „Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie, ...” (Mt 12,30). I dlatego w Apokalipsie, w Liście do zboru w Pergamonie, znajdujemy słowa: „To mówi Ten, który ma ostry miecz obosieczny. (...) Upamiętaj się więc; a jeżeli nie, przyjdę do ciebie wkrótce i będę z nimi walczył mieczem ust moich” (Ap 2,12.16).

Powyższe teksty, szybko i pobieżnie omówione, a w nich szczególnie obraz miecza, do którego zostało przyrównane Słowo Boże, pomagają nam pojąć myśli z rozważanego tekstu, a mianowicie, że Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ponieważ wpływa na sumienie słuchacza. Kształtuje w nim praktyczną postawę naśladowcy Chrystusa, bądź wroga. Słowo obnaża człowieka takim, jakim jest w swoim sercu. O ludziach świata, nienawidzących Ewangelii, Jezus powiedział: „Gdybym nie przyszedł i do nich nie mówił, nie mieliby grzechu; lecz teraz nie mają wymówki z powodu grzechu swego” (J 15,22).

 

2. Słowo Boże w służbie Najwyższego

Ta wypowiedź Mistrza i Nauczyciela z Galilei kieruje myśli w stronę drugiego wiersza rozważanego tekstu: „I nie ma stworzenia, które by się mogło ukryć przed nim, przeciwnie, wszystko jest obnażone i odsłonięte przed oczami tego, przed którym musimy zdać sprawę”. Słowo Boże, spełniające rolę sądu, stoi w służbie Boga, przed którym każdy z nas musi zdać sprawę z własnego życia.

Słowo zatem demaskuje nas i ujawnia najskrytsze tajniki naszych serc. Tylko ono jest w stanie prawdziwie ocenić intencje, które kierują naszymi decyzjami. I dlatego za najwyższą władzę w Kościele możemy uznać wyłącznie Słowo Boże, której muszą być poddane wszystkie ludzkie autorytety, ponieważ człowiek, spoglądający jedynie na to, co widzą oczy, nie potrafi wniknąć w serce i poznać intencji, decydującej o czynie. W efekcie nie potrafi sprawiedliwe ocenić bliźniego. Tylko Słowo Boże wnika w głąb ludzkiego serca, gdzie dzieją się najważniejsze akty człowieczeństwa. A bez tej zdolność nie można obiektywnie i sprawiedliwie ocenić człowieka.

Każdy człowiek będzie musiał zdać sprawę przed Bogiem, który wypowiada do nas swoje Słowo, kształtując nasze życie i powołując nas do życia w Jego Królestwie. Nie powinniśmy wobec tego interesować się tym, w jaki sposób Słowo Boże skutecznie działa w życiu bliźniego, a tym najczęściej są zainteresowani ludzie, którzy udają pobożnych, ale raczej w prostocie i czystości serca, odpowiadać na Boże poselstwo: „Mów Panie, bo sługa Twój słucha”.

Być może wielu ludzi nie wierzy w to, by Słowo Boże mogło mieć tak wielką moc? A jednak ono jest zdolne burzyć i budować, niszczyć i tworzyć, wprowadzać niepokój i sądzić, ponieważ nie jest zwykłym słowem. Ono wychodzi z ust Tego, który stworzył świat, i który wszystko widzi.

W swoim Słowie Bóg udziela samego siebie, dając cząstkę swego życia.

Na podstawie obserwacji, otaczającego nas świata, nie wyciągajmy pochopnych wniosków o niemożności uczynienia czegokolwiek przez to Słowo, które gromadzi nas w Kościół Chrytsusa. Ono działa skuteczniej niż potrafimy to sobie wyobrazić, ponieważ ono działa w ludzkim sercu. Jak dla nas jest źródłem satysfakcji, radości i szczęścia, tak dla innych jest źródłem niepokoju. A wszystko zależy od tego, do czego wzywa biblijne hasło niedzieli Sexagesimae: „Dziś, jeśli głos jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych” (Hbr 3,15).

Pod żadnym pozorem nie zamieniajmy w Kościele władzy Słowa Bożego na żadną inną ludzką władzę, chyba że chcemy siebie oraz innych unieszczęśliwić. A że tak często się dzieje, to fakt bezsporny, który nie tylko smuci, ale i budzi niepokój.

Nie zamykajmy naszych serc na poselstwo Ewangelii, która jest naszą mocą, życiem i wypełniającą się obietnicą. Pamiętając o przestrodze ap. Piotra, że trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi, nie dajmy się zwodzić ludzkiej mądrości, ale stawajmy przed sądowniczym trybunałem Słowa Bożego, które demaskuje grzech naszych serc i myśli oraz powołuje nas do życia w światłości. Amen.

 

 

Uwagi egzegetyczno-teologiczne do terminu nowonarodzenie
Występujący w naszym teologicznym myśleniu termin nowonarodzenie posiada dość niejasny związek z pewnymi biblijnymi miejscami, które sprawiają niektórym egzegetom, a raczej pseudoegzegetom, poszukującym rozwiązań, zgoła odmiennych od tych, które zawsze były powszechne w egzegetycznej tradycji chrześcijańskiej i które nadal występują w najlepszych komentarzach do Nowego Testamentu. Właściwie chodzi głównie o dwa miejsca biblijne: 1 P 2,2 oraz J 3,1nn. Należy jednak mieć w polu widzenia także słowa z Kol 3,1-11. Dość jasne są wypowiedzi w Mt 19, 28 oraz Tt 3,5. W 1 P 2,2 występują słowa: „Jako dopiero co narodzone niemowlęta zapragnijcie rozumnego, niesfałszowanego mleka, aby służyło wam ono ku wzrostowi do zbawienia”. Abstrahując od Sitz im Leben tego słowa, jak zresztą większej części 1. Listu św. Piotra, należy zauważyć, że mamy tu do czynienia z metaforą, a nie opisem jakiegoś naturalnego zjawiska. Apostoł wzywając do odrzucenia złości, zdrady, obłudy, zazdrości, przypomina odbiorcom swojego Listu, a może pierwotnie słuchaczom swojego kazania chrzestnego, że powinni raczej – jako dopiero co narodzone niemowlęta – zapragnąć niesfałszowanego, rozumnego mleka, które dopomoże im w osiągnięciu zbawienia . Ochrzczeni nie zostali więc tu nazwani nowonarodzonymi dziećmi, ale przyrównani zostali do dopiero co narodzonych dzieci. Przy okazji należy zauważyć, że przekład nowonarodzone niemowlęta jest niedokładny, zmienia sens wypowiedzi biblijnego Autora, wszak Autor ma na myśli dopiero co narodzone dzieci, a nie „dzieci”, które zostały narodzone ponownie (w sensie np. duchowym). Zresztą samo słowo nowonarodzony w każdym kontekście teologicznym jest i będzie niejasne, mogące prowadzić do błędnych skojarzeń. Gdyby było inaczej, znalibyśmy je również z Listów apostoła Pawła. Wielki Apostoł opisując odrodzenie, odnowienie, początek nowego życia itp. woli używać innych terminów.
piątek, 29 stycznia 2010
Septuagesimae

Panie Boże, Sprawco wszelkiej światłości, chociaż jestem pogrążony w ciemnościach grzechu, jednak mam stanąć przed Twoim Ludem, który przez krew Nowego Przymierza przelaną na Golgocie, został powołany do światłości. Proszę Cię, daj mi swojego Ducha i spraw, aby przez moją kaznodziejską słabość objawiła się Twoja chwała. Ratuj mnie przed ciemnością lenistwa, a słuchaczy przed ciemnością zapomnienia. Amen.

 

1 Kor 9,24–27

Czy nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli. A każdy zawodnik od wszystkiego się wstrzymuje, tamci wprawdzie, aby znikomy zdobyć wieniec, my zaś nieznikomy. Ja tedy tak biegnę, nie jakby na oślep, tak walczę na pięści, nie jakbym w próżnię uderzał; ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony.

 

 

Dołożyć wszelkich starań

 

Rozpoczęło się przedpoście. Co prawda nie jest to jeszcze Wielki Post, jednak nazwa niedzieli siedemdziesiątnica już nawiązuje do okresu pasyjnego. Dzisiejsza niedziela rozpoczyna siedemdziesięciodniowy okres poprzedzający Zmartwychwstanie Pana.

Młodszemu pokoleniu ewangelików dzisiejszy tekst kazalny może wydawać się nieco archaiczny, nie tyle ze względu na to, że ap. Paweł odwołał się do starożytnych zawodów sportowych, ile ze względu na słowa: „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, ...”. Ap. Paweł mówi o czymś, co ma związek z postem i wstrzemięźliwością, która współcześnie nie jest traktowana poważnie. Kultura masowa, wypierająca z naszej świadomości potrzebę wysiłku, skupienia, wstrzemięźliwości, jest skuteczna do tego stopnia, że nawet chrześcijanie mało kiedy pojmują, że wstrzemięźliwe życie, jest też wyrazem na-śladowania Chrystusa.

Tymczasem naśladowanie wymaga różnorodnych starań. Dochowanie wierności Chrystusowi nie jest tym samym, co lojalność wobec przełożonego. Nie polega tylko na zachowywaniu wiary, ale obejmuje wszystkie elementy codziennego życia, w którym jako chrześcijanie mamy do osiągnięcia konkretny cel, a mianowicie pełnię zbawienia.

Dlatego codzienność powinna cechować się aktywnością. Nie wolno nam stanąć w miejscu, ponieważ wtedy przegramy swoje życie. Jako chrześcijanie, uczniowie Jezusa Chrystusa, a więc jako powołani do świętości, biegnijmy wytrwale, abyśmy nie stracili Bożej łaski!

 

1. Nie ma taniej łaski.

Ap. Paweł nie napisał co prawda dzieła, poświęconego naśladowaniu Chrystusa, pomimo tego w dzisiejszym tekście przedstawia swoje życiowe motto, którym kierował się jako uczeń i apostoł Zbawiciela.

Przede wszystkim trzeba dążyć do zdobycia nagrodę. Nie chodzi o to, aby wysforować się przed innych, a potem gardzić przegranymi. Właśnie taki sposób myślenia Apostoł starał się przezwyciężyć, swoim listem do chrześcijan w Koryncie, gdzie nastąpiły liczne podziały i gradacja zboru na mocniejszych i słabszych, lepszych i gorszych. Używając obrazu zaczerpniętego ze sportu, Paweł nie podtrzymuje tej logiki, ale wszystkich Koryntian zachęca do wysiłku, dając im określoną motywację, którą jest nieznikomy wieniec chwały.

Nie mając odpowiedniej motywacji, człowiek nie mobilizuje się, nie wykorzystuje we właściwy sposób darowanych mu dni życia i talentów. Dla Pawła jest oczywiste, że motywacją chrześcijanina powinno być zbawienie. Używając słów D. Bonheffera możemy powiedzieć, że nie ma taniej łaski i dlatego z kolei słowami Mojżesza powinniśmy codziennie modlić się: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy po-siedli mądre serca” (Ps 90,12).

Łaska Boża została bowiem drogo nabyta niewinną krwią i śmiercią Chrystusa. Naśladowca Zbawiciela nie powinien więc liczyć na łaskę Boga, ale dokładać wszelkich starań, aby wieniec chwały zdobyć przy maksymalnym wysiłku i mobilizacji. „Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie, który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, Lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; ...” (Flp 2,5–8).

Praktyczna postawa wielu chrześcijan, zmierzająca do tzw. optymalizacji wysiłku w naśladowaniu Chrystusa, nie zasługuje na pochwałę. Wielu chciałoby wyważyć pomiędzy niezbędnym minimum za-angażowania się w naśladowanie Mistrza i Nauczyciela z Nazaretu, a korzystaniem z przychylności świata. Tymczasem chrześcijanin ma żyć intensywnie. To znaczy zawsze angażować się całą osobą, nie licząc się z konsekwencjami swojej postawy. Nie wolno mu wykorzystywać chrześcijańskiej wolności w zależności od ochoty, albo oczekiwanego zysku.

Być chrześcijaninem znaczy być nieustannie aktywnym i starać się być najlepszym!

Wszelkie próby moralności ekstensywnej, mającej zapewnić maksimum efektów, dodajmy zbawczych efektów, przy minimum nakładów, są chybione. Skoro nasza wiara opiera się na pewności, że Bóg jest miłością, to stawanie w miejscu i unikanie konfrontacji z problemami świata i życia nie przystoi naśladowcom Chrystusa, który w problemy świata zaangażował się bez reszty, całą osobowością i życiem. Umiłował bowiem do końca.

Mówiąc jeszcze inaczej, każdego dnia stawiajmy sobie przed oczy cel życia, którym jest Boży wieniec życia wiecznego, obiecany wszystkim, którzy wytrwają w wierze.

Naśladowca Zbawiciela powinien zatem wkładać maksimum wysiłku w swoje życie. Chrześcijańskie życie jest życiem z pasją! A chrześcijańska pasja życia nie bierze się z umiłowania życia samego w sobie, ale z umiłowania Zbawiciela.

Być jak Chrystus i żyć jak Chrystus!

Zaangażować się w problemy swojego środowiska bez reszty. Wy-rzec się siebie, aby darować szczęście i radość innym – oto mądra rada Pawła, apostoła Jezusa Chrystusa, którą daje wszystkim naśladującym Zbawiciela.

Przekonująca tym bardziej, że przecież nie biegniemy na oślep. Świat nie ma celu, który my mamy, ponieważ jesteśmy ochrzczeni. Mamy obiecaną nową Jerozolimę. Świątynię nie zbudowaną ludzkimi rękoma. Mieszkanie u Ojca w niebie. To nie jest nagroda, ale dar. Mając taki cel możemy z ufnością dawać siebie innym bez reszty, wiedząc, że Boża łaska została drogo nabyta.

Także walcząc, nigdy nie bijemy na oślep, to znaczy nie wiedząc, jaki skutek przyniesie nasze zaangażowanie. Świat uderza w próżnię, ideową próżnię. W świecie jest przecież wielu dobrych ludzi, szczerze oddanych dobru i szczęściu. My jednak mamy wielkie szczęście, bo dostrzegamy sens naszej walki. Mamy po prostu motyw, który jest trwalszy aniżeli świat. Jest Nim naśladowanie Chrystusa, wcielonego Boga, który zaangażował się w los człowieka.

Dlatego dokładajmy wszelkich starań, aby efekty naszego życia były trwałe, poprzez podobieństwo do pełnej poświęcenia działalności Jezusa Chrystusa. Niechaj nasze życie nie będzie tanim i łatwym prześlizgnięciem się po falach ludzkiej historii. Odciskajmy w niej trwałe ślady.

 

2. Wysoka cena naśladowania

Prawdziwa cena naśladowania Chrystusa wcale nie jest niska. Niektórym się wydaje, że w szkole Jezusa nie trzeba wiele płacić za naukę życia. Wprost przeciwnie. Ceną tej nauki jest umiejętność powstrzymywania się i umartwiania się, a zatem wstrzemięźliwość.

Zapytajmy więc o istotę wstrzemięźliwości. Na pewno otwiera człowieka na potrzeby bliźniego. Powstrzymując się od czegoś, możemy to darować innym. Umartwiając się w istocie rzeczy ujarzmiamy swoje „ja”, które zamyka nas na potrzeby bliźnich. Ludzkie „ja” jest bowiem ściśle związane z cielesnością. W niej ujawnia się najbardziej, aż do tak zwanego instynktu samozachowawczego, które w świecie wyrządziło już wiele zła. Umiejąc zapanować nad swoimi pożądliwościami i pragnieniami, człowiek zyskuje władzę nad egoizmem i staje się podobny do Jezusa Chrystusa; bardziej wolny, aby w tej wolności stać się niewolnikiem wszystkich ludzi.

Wstrzemięźliwość przygotowuje też do spotkania z Bogiem. Jest bowiem przestrzenią w ramach, której doskonali się modlitwa i możliwe jest studiowanie Słowa Bożego. Dzięki ujarzmianiu i poskramianiu cielesnych pożądliwości oraz pragnień człowiek staje przed Bogiem, gotów do słuchania i wykonywania.

Wstrzemięźliwość jest chrześcijańskim sposobem na wyważone i dobre życie. Swego rodzaju ćwiczeniem pobożności, aby przez lekkomyślność i źle pojętą chrześcijańską wolność nie minąć się z celem i nie przegrać wieńca chwały. „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony”. Odrzucenie grozi wszak z dwóch powodów.

Po pierwsze wynika z braku życiodajnego kontaktu z Bogiem. Modlitwa, nabożeństwo, lektura Pisma Świętego – w nich człowiek zbliża się do Boga.

Po drugie człowiek staje się marnotrawnym synem niebieskiego Ojca wówczas, gdy zamyka się na bliźniego. Nie słucha go, nie podaje mu dłoni ani kromki chleba. Wstrzemięźliwość jest więc sposobem na prawdziwe bycie z człowiekiem.

Dokładajmy więc starań w naśladowanie Jezusa Chrystusa, aby nasze życie nie było odliczaniem dni, ale prawdziwą pasją, walką o dobro i szczęście dla świata i człowieka, autentycznym i pełnym szczerego zaangażowania naśladowaniem Chrystusa. Ćwiczmy się w pobożności. Taki trening to wytrwała, a nie okazjonalna i uzależniona od wielu czynników droga w niedzielę i święto do kościoła; to nieustająca modlitwa; to codzienna lektura Pisma Świętego; to wstrzemięźliwe nastawienie do życia.

Chrześcijańska kondycja naprawdę jest ważna! Można ją osiągnąć jedynie przez pilność i systematyczność. Pamiętajmy, że łaska darowana nam przez Boga w Jezusie Chrystusie ma wysoką cenę. Jest nią zbawczy czyn Chrystusa.

Pamiętajmy o nagrodzie! Przewyższa nasze wszystkie wyobrażenia! Amen.

 

 

 

Wiara ap. Pawła w perspektywie powołania przez wywyższonego Chrystusa - część 2
W tym miejscu dotykamy kolejnego, bardzo istotnego aspektu chrześcijańskiego doświadczenia, który także był udziałem ap. Pawła, a mianowicie pokuty. Człowiek, stojący sam na sam z chwałą świętego Boga, nie może pozostać przy życiu, a jednak Bóg daruje życie każdemu, kto po spotkaniu z Nim idzie drogą pokuty. Paweł również wszedł na taką drogę, a w opisie z Dziejów Apostolskich jej świadectwem jest wzmianka, że przez trzy dni ap. Paweł nic nie jadł i nie pił. Człowiek ślepy może przecież jeść i pić, chyba że sam tego nie chce. Poznawszy grzech, zobaczywszy samego siebie w właściwym świetle, to znaczy jako ciemność w świetle świętego Boga, objawiającego się w Jezusie Chrystusie, Paweł świadomie podejmuje drogę pokuty. W języku obrazów i symboli pokuta przedstawiana jest jako ciemność, ponieważ jest ciemnością ludzkiego doświadczenia. W pewnym sensie jest spogląda-niem w samego siebie, a więc w ciemność ludzkiego bytu i życia. Znakami pokuty są ponad-to: popiół, pokutny wór, zakładany jednak na osobności, a nie na oczach ludzi, odpowiednia postawa podczas modlitwy. Pokutę można też wyrazić z pomocą symbolu pustyni. Kto udaje się na pustynię, idzie tam zmierzyć się sam ze sobą, idzie ocenić własne życie i przewartościować je. Te wszystkie obrazy, symbole i gesty łączą dwie rzeczy. Po pierwsze w jakimś stopniu są związane z ludzkim umieraniem, z doświadczeniem śmierci, a po drugie wyrażają bezmiar ludzkiej małości w porównaniu z bezmiarem Bożej wielkości. Ciemność, której pod Damaszkiem doświadczył Paweł jest ciemnością pokuty, to znaczy aktu uznania się przez człowieka przed Bogiem za małego, grzesznego i śmiertelnego, który nie potrafi nic uczynić dla własnego zbawienia.
Wiara ap. Pawła w perspektywie powołania przez wywyższonego Chrystusa - część 1
Życiowa droga ap. Pawła jako chrześcijanina niewątpliwie rozpoczęła się pod Damaszkiem: „I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladujesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz;” (Dz 9,3n). Oceniając wydarzenie spod Damaszku, powiadamy, że to było nawrócenie. To prawda. Jednak nie zawsze zadajemy pytanie o charakter nawrócenia ap. Pawła. Tymczasem odpowiedź na nie jest bardzo ważna, ponieważ dzięki niej można właściwie zinterpretować niektóre literackie szczegóły opisu, np. jasność z nieba, a także zrozumieć późniejszą działalność Apostoła Narodów. Najpierw zauważmy coś, na co najczęściej nie zwracamy uwagi, a mianowicie, że sam Paweł, wydarzenia spod Damaszku, w żadnym ze swoich listów nie nazwał nawróceniem, chociaż odwoływał się do niego kilkakrotnie. Nawrócenie rozumiemy jako zawrócenie w drodze. Nagle ktoś porzuca grzech i odtąd pragnie żyć po Bożemu, naśladując Jezusa Chrystusa. Powraca do Boga. Czy w wypadku Pawła możemy mówić o tak pojętym nawróceniu? Przecież jako pobożny Żyd żył po Bożemu. W ocenie własnego postępowania na pewno nie dostrzegał grzechu. Jako faryzeusz wypełniał prawo, był gorliwym obrońcą własnej religii. Paweł nigdy nie odstąpił od Boga, oczywiście według ówczesnego, faryzejskiego pojęcia. Czy nawrócenie Apostoła Narodów mogło zatem mieć charakter moralny? To znaczy, że pod Damaszkiem Paweł pojął haniebność swojej gorliwości w prześladowaniu chrześcijan? Nawrócenie Pawła byłoby w tym wypadku przemianą etyczną, wskazującą na silną wolę Pawła. Wydaje się, że taka interpretacja, chociaż nie jest pozbawiona słuszności, jednak pozbawiona jest głębi wydarzenia spod Damaszku. Głębi Bożego działania. Inna interpretacja wspomnianego wydarzenia, każe widzieć w Pawle człowieka, nagle zmieniającego sztandar, pod którym służy i walczy. Gorliwy wyznawca prawa w pewnym momencie życia przechodzi, z całym swoim talentem i zaangażowaniem, pod sztandar Ewangelii. Mielibyśmy tutaj do czynienia tylko ze zmianą przedmiotu zainteresowania, ale sam Paweł pozostaje nadal tym samym człowiekiem. Dlaczegóż więc nastąpiła zmiana imienia z Saula na Pawła, skoro taka zmiana zawsze jest znakiem wewnętrznej przemiany człowieka, jak np. w wypadku patriarchy Jakuba?
czwartek, 28 stycznia 2010
Tematyka nabożeństw pasyjnych - 2010

Młodzieńcze ideały a krzyż Jezusa

Hasło roku: Młodzież

1. Sprawne ciało a moc Ukrzyżowanego

 

Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci.  (Rz 7,24)

Dosyć masz, gdy masz łaskę moja, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa. (2 Kor 12,9)

 

2. Wiedza a głupstwo krzyża

 

Skoro świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie. (…) My zwiastujemy Chrystusa ukrzyżowanego (…), który jest mocą Bożą i  mądrością  (1 Kor 1,21-24)

 

 

3. Bogactwo a naśladowanie Ukrzyżowanego

 

Jeszcze jednego ci brak. Sprzedaj wszystko, co tylko masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a potem przyjdź i naśladuje mnie.  (Łk 18,22)

4. Hałas a cisza krzyża

 

Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię. (Mt 5,5,)

A od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię. A około dziewiątej zawołał Jezus donośnym głosem: Eli, Eli, lama sabachtani. (Mt 27,45n)

 

 

5. Życie w świecie a pełnia życia w Ukrzyżowanym

 

Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i niech weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je.  (Mt 16,24n)

Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus.  (Ga 2,20)

 

6. Szczęście a prześladowania ze względu na Ukrzyżowanego

 

Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! radujcie się i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie.  (Mt 5,11n)

 

 

 

 

 

 

Modlitwą tworzymy świat

Modlić się – dla każdego z nas to oznacza coś innego. Poza ramowymi definicjami modlitwy jako rozmowy z Bogiem albo trwania w Bożej obecności, doświadczenie każdego z nas podpowiada nam inną koncepcję modlitwy. Jak wielu jest ludzi, tak wiele jest modlitw, wszakże jedno łączy je wszystkie. I wcale nie jest to lęk przed śmiercią, skoro dla przykładu starożytni Hebrajczycy wierzyli Bogu, który nie miał władzy nad krainą umarłych. Modlitwa nie oswajała więc strachu przed śmiercią i nie zapewniała zwycięstwa nad krainą cienia śmierci.

Wszystkie modlitwy świata łączy coś innego, a mianowicie wiara w to, że dzięki nim mamy udział w świętości, przeobrażającej świat. W duchu chrześcijaństwa powiedzielibyśmy, że modlitwa jest aktem dziękczynienia i wdzięczności. Czy zachowując wierność tej tradycji możemy modlitwę uznać na twórczy akt? Czy chrześcijanin, modlitwą jedynie przyjmuje, a może jednak tworzy świat?

Modliciel, który mało dziękuje, a o wiele prosi, wciąż przywiązany jest do teraźniejszości swego bycia. Wydaje mu się ona nie dość dobra i dlatego chce ją ulepszać. Jednocześnie nie dostrzega szans, jakie otwiera przed nim przyszłość i nie ma ochoty przejść przez bramę przyszłości, aby na zewnątrz swego uwikłania spotkać samego siebie w zupełnie nowych sytuacjach, wspólnotach i zadaniach.

Z kolei dziękczynienie i wdzięczność jest afirmacją Boga i życia, i w tym sensie modliciel czci Boga, Dawcę życia. Jest więc umacnianiem platformy, na której człowiek tworzy życie na nowo, albo - posługując się obrazem Ewangelii - buduje na trwałym fundamencie. Gdy modliciel akceptuje swój obecny stan, jest pogodzony z przeszłością, nie ma pretensji do przodków, że jest taki a nie inny, żyje w harmonii z otaczającymi go ludźmi i przyrodą, raduje się stanem swego bycia i posiadania, może zwrócić się ku przyszłości i pomyśleć nad nową formą istnienia, w realizację której chciałby się w pełni zaangażować.

Jak pięknie wyraził to Teilhard de Chardin: „Stworzenie musi rodzić, jeśli chce być bardziej stworzone”. Człowiek ma udział w tworzeniu samego siebie, a to oznacza, że ma obowiązek wymyślać sobie życie wciąż na nowo, a nie przyjmować je jako fatalne skutki wielu przyczyn od niego niezależnych.

W pełnym tego słowa znaczeniu mamy być kowalami własnego losu, a nie fatalistami, poddanymi przypadkowi. Dlatego mamy się modlić, a to znaczy jednocześnie wyrażać i umacniać swoją wiarę w to, że światem rządzi Bóg, a więc miłość, inwencja, pomysł, a nie zło, przypadek i fatum. Najpierw jest inwencja i decyzja, a potem rzeczywistość przybiera określony kształt. Nasze bycie w świecie oznacza, że nie jesteśmy poddani prawom natury, ale możemy kreować rzeczywistość na miarę swoich inwencji oraz marzeń.

Modlicie, który dziękuje i wdzięczy się Bogu za życie, czuje się w świecie dużo swobodniej od każdego, kto najczęściej prosi. Taki człowiek znajduje się w obszarze twórczej wolności, która nie jest przypadkowym podbojem, ale wyrazem jego wewnętrznej pewności, że został powołany do osiągnięcia doskonałości.

Odpoczynek Boga w siódmym dniu sugeruje, że odtąd już ktoś inny musi kontynuować stwórczy gest. Można powiedzieć, że Bóg tak uczynił świat, jak morze kształtuje brzeg, wycofując falę. Taki jest też sens nadawania nazw wszystkim rzeczom, zadania powierzonego Adamowi przez Boga. Nadawanie nazw nie jest zwykłym klasyfikowaniem, czy wprowadzaniem do rejestru. Według hebrajskiego sposobu myślenia nazywanie oznacza bowiem kontynuowanie stworzenia. To uwidacznianie słowem tego, co po prostu jest, ale w sumie pozostaje niewidzialne, „jakby nie istniało”. Czym bowiem byłaby rzecz, która nie zostałaby nazwana, nie byłaby nazywana po imieniu?

„Nazwać to być”. I dlatego: „Modlić się to tworzyć”.

Motyw Ogrodu założonego po to, by go uprawiać, czyli pracować w nim, a nie tylko oglądać i pilnować, także wskazuje na taką koncepcję stworzenia, według której gest, niejako zawieszony przez Boga, od razu zostaje powierzony człowiekowi. I to nie tylko człowieczemu zarządzaniu, ale także inwencji. Zakłada to przecież idea pracy. Stworzenie nie zostaje ukończone wraz ze stwórczym gestem Boga. Powiedzielibyśmy raczej, że ono zostaje zapoczątkowane, wezwane. Aby coś się jeszcze stało, będzie musiał to określić ktoś inny. Kto? Modliciel, który w świecie nie czuje się więźniem, ale wolnym twórcą.

Modlitwami nie tylko wymyślam własne życie i nowe formy istnienia, w realizację których mogę zaangażować się dzięki wierze. Od jakiegoś czasu modlę się też o Kościół, który wytrwałą modlitwą chciałby tworzyć nową postać tego świata, ponieważ widzę coraz więcej chaotycznych decyzji i czynów, przez które prześwieca strach.

Proszę, wspólnie módlmy się o Kościół, który modlitwą chciałby tworzyć świat.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5