czwartek, 20 maja 2010
Czy Bóg radzi sobie z wodą?
Na południu Polski leje każdego dnia od 1 maja, a i kwiecień do suchych miesięcy nie należał. Od niedzieli na Śląsku i w Małopolsce zmagamy się z prawdziwym potopem. W Ligocie, gdzie mieszkam, spadło już 300 l wody na m2. Pola, ogrody i domy są zalane i zniszczone. Teraz woda popłynie dalej. Czy w spadających z nieba strugach deszczu widać jakiś skrawek nieba? Czy Bóg radzi sobie z wodą? Wygląda bowiem na to, że strażacy i ludzie, w których pozostały resztki wiary, pomimo że tracą dorobek życia, radzą sobie z nią dużo lepiej! Pomimo wyznania Psalmisty Pańskiego: „Ty dokonujesz dzieł zbawienia na ziemi. Tyś mocą swoją rozdzielił morza, zmiażdżyłeś głowy potworów na wodach. Tyś rozbił głowę Lewiatana, oddałeś go na żer zwierzętom pustyni” (Ps 74,12-14) bądź świadectwa ewangelisty o Jezusie, uciszającym burzę: „Tedy przystąpili do niego i zbudzili go, mówiąc: Mistrzu, Mistrzu, giniemy. A on obudziwszy się, zgromił wiatr i wzburzone fale, a one uspokoiły się i nastała cisza ” (Łk 8,24), wygląda bowiem na to, że Bóg wcale nie radzi sobie z wodą.
niedziela, 09 maja 2010
Biskupia wolność

Kolejny Eklezjolik piszę, poruszony nagłą śmiercią duchownego, śp. bpa Mieczysława Cieślara, który oprócz tego, że był proboszczem łódzkiej parafii, prowadził także warszawską diecezję i pracował na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Zestawienie kościelnych i akademickich obowiązków śp. bpa M. Cieślara, stało się impulsem do napisania tekstu, przede wszystkim poświęconego pamięci zmarłego, w którym jednocześnie stawiam kilka pytań, dotyczących przyszłości Kościoła.

Złożyło się bowiem, że diecezja warszawska pozostaje już dziś bez biskupa, zaś w najbliższych miesiącach kolejna diecezja, a mianowicie pomorsko-wielkopolska, na skutek przejścia tamtejszego biskupa na emeryturę, również będzie musiała wyłonić następcę. Minie kilka kolejnych lat, a pozostałe diecezje będę stawiane w podobnej sytuacji. Wydaje mi się, że w Kościele mamy czas, który warto wykorzystać dla refleksji nad administracyjną strukturą Kościoła i praktycznymi znamionami pełnienia biskupiej służby.

Czy Kościół, liczący kilkadziesiąt tysięcy wiernych, musi być podzielony na sześć diecezji, z których niektóre pod względem osobowym są mniejsze od kilku liczniejszych parafii? Jestem pewien, że nie i to z wielu powodów. Między innymi dysponujemy stanowczo zbyt skromnymi finansami, aby utrzymywać sześć biskupich kancelarii oraz sześciu biskupów diecezjalnych, do których trzeba doliczyć biuro konsystorza i biskupa Kościoła. Proszę serdecznie wszystkich, którym na sercu leży dobro Kościoła, aby nie odrzucali moich sugestii „z założenia”, tylko dlatego, że znajdują się w takiej życiowej sytuacji bądź sprawują jakiś urząd i kościelną funkcję, które straciłyby na znaczeniu, albo ze względu na realizowaną dziś wizję władzy, ale uczynią je przedmiotem swoich przemyśleń i modlitw.

Po pierwsze uważam, że w obecnej sytuacji wystarczyłyby trzy diecezje, ukształtowane pod względem historycznym, które jednocześnie umożliwiałyby uwolnienie biskupów diecezjalnych od bardzo niedobrego uwikłania w pełnienie funkcji parafialnych. Mogłaby powstać Diecezja Śląska, obejmująca Dolny i Górny Śląsk, na północy Diecezja Pomorsko-Mazurska i Diecezja Centralna. Tej byłoby najtrudniej znaleźć nazwę, w każdym bądź razie obejmowałaby ziemie etnicznie polskie, od zachodu po wschód i południowy wschód.

Po drugie, co zasygnalizowałem wyżej, biskupi diecezjalni powinni bezwzględnie rezygnować z pełnienia funkcji parafialnych, aby zyskać czas na angażowania się w duchowe życie swoich diecezji i możliwości kaznodziejskiego, katechetycznego, duszpasterskiego i teologicznego oddziaływania. W pierwszym rzędzie zyskaliby wolność, niezbędną do sprawowania zadań nadzorczych tak w przestrzeni nauki i wiary, jak w administrowaniu diecezjami. Po wtóre mogliby stać się prawdziwymi przewodnikami, czyli animatorami i tymi, którzy dają do myślenia. Co nie znaczy, że teraz nimi nie są. Jednak na pewno nie w takim zakresie, w jakim tego po nich oczekujemy. Nawet gdyby w dalszym ciągu pozostało sześć diecezji, ów warunek powinien być stawiany każdemu nowo wybranemu biskupowi diecezjalnemu. Biskupi mają bowiem żyć w wolności i dawać świadectwo zaufania Chrystusowi. W każdym bądź razie, gdybyśmy ograniczyli liczbę diecezji, stworzylibyśmy struktury silniejsze finansowo, zdolne do utrzymywania biskupów i samodzielnych kancelarii diecezjalnych.

Po trzecie, aby dalej nie mnożyć w Kościele biskupów czynnych i będących w stanie spoczynku, bądź czasowo nie pełniących zadań duszpasterskich i administracyjnych, należy dążyć do stworzenia takiego modelu władzy, zapewniającej jedność Kościoła i sprawne funkcjonowanie całej wspólnoty, w którym obowiązki biskupa Kościoła pełniłby jeden z biskupów diecezjalnych, wybieralny na trzyletnie bądź pięcioletnie kadencje. Także z powodów teologicznych obecny model, w którym mamy biskupa Kościoła bez diecezji, jest kuriozalny. Oznacza bowiem, że praktycznie cały Kościół jest jedną diecezją, której przewodzi biskup Kościoła. Jednak wówczas, jak rozumieć mniejsze jednostki administracyjne, na czele których stoją biskupi diecezjalni? Można sobie wyobrazić, że w przyszłości zostanie wykonany ruch właśnie w tę stronę, aby zrezygnować w biskupów diecezjalnych oraz diecezji, a jedną diecezję podzielić na dekanaty, jednak każda próba centralizacji władzy w Kościele, bez względu na powody, będzie naszą wspólnotę jedynie osłabiała. Im bowiem władza jest odleglejsza, tym odpowiedzialność za parafię i cały Kościół staje się mniejsza, a impulsy do zmian oraz inspiracje do rozwoju duchowego życia wyraźnie słabsze. A jedność Kościoła w żadnym wypadku nie zasadza na silnej władzy centralnej, a na jedności nauki i czci, oddawanej Bogu.

Po czwarte każda zmiana obecnego kształtu władzy i administracyjnego funkcjonowania Kościoła, zapewniająca biskupom, a jednocześnie wszystkim księżom, większą wolność w pełnieniu służby na chwałę Chrystusa i wypełnianiu zadań, wynikających z ordynacyjnej przysięgi, będzie skutkowała wewnętrznym ożywieniem Kościoła, a na zewnątrz upodmiotowieniem nas w polskim społeczeństwie oraz zdolnością do uczestniczenia w zjawiskach i procesach kulturowych.

 

Księża są ludźmi miłości a nie sukcesu

W dniach, gdy trumna z doczesnymi szczątkami kolegi, śp. ks. płk. Adama Pilcha, stoi na marach, nie chcę pisać – jak obiecałem ostatnim razem – o teologicznym dorobku luterańskiego duchowieństwa. O służbie moich kolegów, i swojej także, nie chcę i nie mam od-wagi pisać krytycznie. Przede wszystkim dzisiejszy tekst poświęcam pamięci tragicznie zmarłego proboszcza warszawskiej parafii Wniebowstąpienia Pańskiego i jednocześnie wojskowego duszpasterza, dlatego nie pozostaje mi nic innego, tylko przypomnieć pytanie, które Zmartwychwstały Chrystus zadał Piotrowi: „Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci?” (J 21,15). Pytanie Mistrza oznacza, że po swoich sługach oczekuje miłości.

Będąc drogą do spełnienia tajemnicy człowieczeństwa, miłość niesie jednak z sobą ogromne ryzyko. Kto miłuje, musi bowiem ryzykować własnym życiem. Miłość wymaga odwagi, polegającej na wyjściu z samego siebie, oddaniu się bliźniemu i zaufaniu. Miłość musi przezwyciężyć lęk przed drugim człowiekiem i konsekwencjami własnej aktywności. Przecież zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek obdarowany miłością nie odwzajemni jej, a nasze działania, pomimo najlepszych chęci, w efekcie mogą przynieść więcej szkody, aniżeli pożytku. Miłość oznacza więc, że sukces oddala się od człowieka.

Jest pewne, że z wszystkiego co znamy miłość najbardziej przypomina śmierć. Miłując i umierając człowiek wychodzi z samego siebie, powierza się i oddaje swoje istnienie drugiemu. W obydwu wypadkach przechodzi więc do nowego sposobu bytowania. Pragnąc za wszelką cenę odnieść życiowy sukces, człowiek w istocie uparcie trzyma się starego życia i nie może znieść myśli, że mógłby się nim podzielić. Miłując, odwrotnie odnosi sukces na miarę wieczności, ponieważ spełnia sens swojego człowieczeństwa.

Paradoks ludzkiej egzystencji, która spełnia się poprzez obumieranie i wyniszczenie, aby w ten sposób osiągnąć pełnię, byłby całkowicie niezrozumiały, gdyby nie światło Ewangelii, zwiastującej ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, urzeczywistniającej się w życiu człowieka poprzez spożywanie ciała i krwi Chrystusa. W ten sposób Sakrament Dziękczynienia za zbawiająca miłość Boga staje się źródłem ufności, że ten, kto miłuje, nie straci swojego życia, lecz ocali je i osiągnie prawdziwą satysfakcję. Sakrament Wieczerzy Pańskiej jest więc znakiem, że ludzkie poświęcenie ma sens, ponieważ w ostatecznym rozrachunku miłość zawsze jest silniejsza niż śmierć.

Tę prawdę można przedstawić za pomocą obrazu spalającej się świecy. Otóż proces spalania polega na tym, że energia spalającej się materii zamienia się w światło i ciepło. Spalająca się świeca oświeca i ogrzewa. Spalający się człowiek też ma oświecać i ogrzewać. Oświecać dobrem i prawdą, ogrzewać świat miłością. I tak się dzieje aż do dnia śmierci, gdy płomień gaśnie. Ten obraz oznacza zatem, że ludzkie życie ma sens, któremu śmierć nie jest w stanie w żaden sposób zaprzeczyć.

Póki trwa życie człowiek musi się spalać, by świecić i grzać. W końcu nadchodzi chwila, gdy musi zgasnąć, ponieważ jego życiowa energia prędzej czy później ostatecznie zamienia się w światło i ciepło. Czy wtedy człowiek przestaje istnieć? Ostatecznie staje się wówczas tym, w co przez całe życie się zamieniał. W śmierci łączy się z światłem i cie-płem wszystkich, którzy przed nim zasnęli w Panu. Staje się częścią Chrystusa, światłości i ciepła całego wszechświata.

Sukces w żadnym wypadku nie jest więc miarą człowieczeństwa! Ludzkie życie ma swój sens nie tylko wówczas, gdy jest znaczone osiągnięciami, ale również wtedy, gdy nie ma w nim blasku sukcesu; gdy w ocenie świata pozostaje niewydarzone i pozornie niepotrzebne. Nie ma ludzi niepotrzebnych. Sensu życia nie sposób dowieść. Życie po prostu się dzieje i trzeba je przyjmować od Boga w całkowitym zaufaniu, że dzięki miłości ma sens, pomimo porażek i śmierci. Źródłem tego zaufania jest właśnie Sakrament Ołtarza przypominający, że ocalenie zawsze pochodzi od Boga, który: „...ożywia umarłych i który to, czego nie ma, powołuje do bytu” (Rz 4,17).

Motywem mojej służby, a także moich kolegów, nie może być pragnienie sukcesu, zarejestrowanego w katalogach i protokołach. I niech nikt nie oczekuje po nas, że będziemy w taki sposób służyć i organizować życie Kościoła, aby nadawać mu miarę sukcesu. To, co wydaje się stracone i nieudane, w ocenie Boga może okazać się naszym największym do-konaniem. Wielkanocne zwycięstwo Jezusa Chrystusa zostało przecież odniesione na samym dnie tego, co według ludzkich ocen jest totalną klęską. A to oznacza, że jako słudzy Chrystusa, musimy nieustannie powracać do wielkanocnego Sakramentu Dziękczynienia za zbawienie, aby w nim odnawiać swoje siły i zaufanie.

Księża nie żyją dla sukcesu na miarę ludzkich oczekiwań, choć z taką pokusą muszą walczyć od początku swojej służby i nie zawsze z nią wygrywają. Miarą wszystkich działań w Kościele i jego rzeczywistej siły jest zaufanie Panu i szukanie Jego obecności, a to najczęściej wcale nie idzie w parze z sukcesem. Najważniejszy jest bowiem człowiek i jego serce. Najważniejsze jest zaufanie do Boga i pewność drogi, na której odnajduje się człowieka w jego zatroskanym, niespokojnym i smutnym życiu!

Pięknym przykładem, pełnionej w ten sposób służby, jest życie tragicznie zmarłego śp. ks. płk. Adama Pilcha. Był księdzem, który nie dbał o sukces. Był sługą, który podążał drogą miłości, na której co rusz znajdował człowieka…. Cicho czekał na swój dzień. Dzień sukcesu, odniesionego w Chrystusie. Nie przypuszczaliśmy, że nastanie 10 kwietnia 2010 r.

Ks. Adamie, złożyłeś świadectwo życia , że: „Dobrze jest czekać w milczeniu na zbawienie Pana” (Tr 3,26).

 

Modlitwa o radość i szczęście - refleksja z diakonią w tle (J 2, 1-12)
Warto zwrócić uwagę na to, że według świadectwa IV ewangelii kanonicznej Jezus z Nazaretu rozpoczął swoją publiczną działalność cudem a nie nauczaniem. Prócz tego – i to jest jeszcze ciekawsze a często niestety nie zauważane – czyni ów znak w miejscu radości, podczas gdy my i świat, działalność Jezusa jesteśmy gotowi łączyć raczej z cierpieniem aniżeli z radością. Piękny komentarz do cudu z Kany Galilejskiej daje Dostojewski w Braciach Karamazow: „Nie cierpienie, lecz radość ludzką odwiedził Chrystus, po raz pierwszy czyniąc cud, radości ludziom przysporzył. (...) Kto kocha ludzi, ten kocha również radość. (...) I wiedziało inne wielkie serce wielkiej istoty, będącej z Nim razem, serce Jego Matki, że zstąpił na ziemię nie tylko gwoli swej straszliwej i wielkiej ofiary, że do serca Jego znajdzie dostęp również prosta, niewymyślna radość”.
sobota, 10 kwietnia 2010
Quasimodogeniti

Panie Boże, Ty jesteś wszystkim, dlatego możesz żądać od nas wszystkiego. Dla Królestwa Bożego powinniśmy oddać siebie w całości, ponieważ nic innego nie mamy. Ojcze, naucz mnie odwagi w poświęcaniu tego, co ziemskie, dla chwały i radości Twojego Królestwa. Niech również moje zwiastowanie będzie skuteczną zachętą do podjęcia przez słuchaczy stanowczej decyzji ofiarowania siebie Chrystusowi. Daj mi swojego Ducha, Ducha pokory i pożądania Królestwa Niebios. Amen.

 

J 20,19-29

 

A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którymkolwiek grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są zatrzymane. A Tomasz, jeden z dwunastu, zwany Bliźniakiem, nie był z nimi, gdy przyszedł Jezus. Powiedzieli mu tedy inni uczniowie: Widzieliśmy Pana. On zaś im rzekł: Jeśli nie ujrzę na rękach jego znaku gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej w bok jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach znowu byli w domu uczniowie jego i Tomasz z nimi. I przyszedł Jezus, gdy drzwi były zamknięte, i stanął pośród nich, i rzekł: Pokój wam! Potem rzekł do Tomasza: Daj tu palec swój i oglądaj ręce moje, i daj tu rękę swoją, i włóż w bok mój, a nie bądź bez wiary, lecz wierz. Odpowiedział Tomasz i rzekł mu: Pan mój i Bóg mój. Rzekł mu Jezus: Że mnie ujrzałeś, uwierzyłeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

 

Pan mój i Bóg mój

 

Dotykamy jądra Ewangelii. Jest nim wyznanie Tomasza po spotkaniu zmartwychwstałego Chrystusa: „Pan mój i Bóg mój”.

Apostoła Tomasza często uważamy za sceptyka i racjonalistę, który dał się przekonać dopiero po oglądnięciu ran zadanych Jezusowi podczas krzyżowania. Słowa Jezusa: „Że mnie ujrzałeś uwierzyłeś: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” są więc często rozumiane w taki sposób, jakby Jezus ganił Tomasza za jego niewiarę.

A może trzeba na to opowiadanie spojrzeć inaczej? Może trzeba dowartościować wiarę Tomasza? Wszak według relacji czwartego ewangelisty, po zmartwychwstaniu w gronie Dwunastu jedynie Tomasz wyznał swą wiarę w boskość Jezusa! Inni zobaczywszy Pana i Jego rany uradowali się. Jezus Chrystus wkroczył w ich społeczność z pozdrowieniem: „Pokój wam”, aby darować im nadzieję i radość, ale tylko Tomasz zdobył się na wyznanie wiary, najważniejsze wyznanie w Ewangelii Jana.

Tomasz miał szczęście, ponieważ mógł osobiście spotkać się ze zmartwychwstałym Jezusem. Ze słów, zapisanych w 1. Liście do Koryntian, że na końcu Chrystus objawił się Pawłowi, poronionemu płodowi, wynika iż nasze spotkania ze Zmartwychwstałym są innej natury, aniżeli te pierwsze. Jednak i one powinny prowadzić nas do wyznania wiary, podobnego Tomaszowemu zawołaniu: „Pan mój i Bóg mój”. Stąd właśnie w tekście ewangelii znajdują się słowa: „Że mnie ujrzałeś uwierzyłeś: błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Choć nie możemy zobaczyć ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa, jednak musimy wierzyć w Jego boskość. Wiara Tomasza, ani nasza nie jest przez to umniejszona, ponieważ każda wiara jest przez Chrystusa pożądana i każde wyznanie oczekiwane.

Dlatego jako nowonarodzone niemowlęta, zrodzone przez Boga do duchowego życia wiary w ósmym dniu, to znaczy w dniu symbolizującym wieczne Królestwo Boga, za przykładem Tomasza wyznawajmy: „Pan mój i Bóg mój”.

 

1. Wyznający Kościół

Z tekstu biblijnego wynika, że uczniowie w obawie przed Żydami byli zebrani w jakimś ustronnym miejscu. Bali się, ponieważ obawiali się niebezpieczeństwa. W każdej chwili mogło ich spotkać to samo, co Mistrza i Nauczyciela. Ludzkie dokonanie Wielkiego Piątku są wśród nich wciąż żywe i budzą lęk. Zamknięte drzwi mają więc ochraniać uczniów Jezusa przed zewnętrznymi niebezpieczeństwami.

Chociaż od niewiast wiedzą już, że Jezusa nie ma w grobie, jednak ta wieść jeszcze bardziej ich przeraża. Teraz bowiem ze strony arcykapłanów i faryzeuszy mogą ich spotkać represje za próbę oszustwa. Wieść o pustym grobie Jezusa bardziej ich paraliżuje aniżeli przemienia. Dlaczego? Jaką różnicę możemy zauważyć pomiędzy sytuacją opisaną w tekście a późniejszym odważnym wystąpieniem apostołów w imieniu Zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa?

„...stanął pośrodku i rzekł do nich: ... Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego”. Odmiana nastąpiła wówczas gdy Zmartwychwstały stanął pomiędzy nimi z pozdrowieniem pokoju. Choć już przed tym pierwszym osobistym spotkaniem z Zmartwychwstałym Chrystusem przypominali Kościół, wszak wiedzieli o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu, jednak byli zajęci sobą. Odcięci zamkniętymi drzwiami od zewnętrznego świata, w niczym nie przypominali grona uczniów, którzy przed pojmaniem Jezusa wszędzie mu towarzyszyli. Jak przedtem, jak i teraz otaczając ich niewdzięczni i źli ludzie, ale teraz są sami. Przypominają samych siebie z łodzi podczas burzy na jeziorze Genezaret. Boją się o siebie. Wtedy jednak byli z Jezusem, Teraz Go nie mają.

W takie grono uczniów wkracza zmartwychwstały Jezus Chrystus. Nieograniczony zewnętrznym światem materii wchodzi do zamkniętego pomieszczenia z wielkanocną Ewangelią, powiadając: „Pokój wam”. Spotkanie, które dziś przypomniał nam Duch Święty, odmienia zatem uczniów. Słysząc o zwycięstwie nad złem i ludzką nienawiścią, cierpieniem i śmiercią, wszak mogą zobaczyć rany ukrzyżowanego Jezusa, nabierają pewności i odwagi, której moglibyśmy im pozazdrościć.

Wraz z tą Ewangelią, wielkanocnym zwiastowaniem zwycięstwa dobra i życia, otrzymują Chrystusowego Ducha. W ten sposób rodzi się prawdziwy Kościół, który oprócz wiedzy o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa oraz bratniej miłości, potrzebuje jeszcze ożywiającego Ducha pocieszenia i odwagi. Ducha, który z grona zamkniętych i zajętych sobą świadków ukrzyżowania i zmartwychwstania ponownie czyni społeczność otwartą na świat i gotową udać się gościńcami całej ziemi, aby dotrzeć do każdego narodu i każdego człowieka. W ten sposób rodzi się społeczność zmartwychwstałego Chrystusa, wyznająca za przykładem Tomasza: „Pan mój i Bóg mój”. W ten sposób rodzi się wyznający Kościół.

Dzięki Pawłowi wiemy dobrze, komu jesteśmy winni Ewangelię: „Jestem dłużnikiem Greków i nie Greków, mądrych i niemądrych” pisze w 1 rozdziale Litu do Rzymian. Poruszeni rozważanym opowiadaniem, przypatrzmy się więc samym sobie i oceńmy, czy nie jesteśmy podobni do tego zamkniętego grona uczniów? Wiemy o ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, ale jesteśmy zajęci wyłącznie sobą. Z pietyzmem pielęgnujemy własną pobożność, ale dla tzw. świętego spokoju nie wychodzimy na zewnątrz. Bojąc się utraty znajomości, przyjaźni, stanowiska milczymy w sytuacjach, w których powinniśmy zwiastować radosną Ewangelię Wielkiej Nocy, wzywając ludzi do wiary w boskość Chrystusa i życia oraz postępowania w światłości zmartwychwstałego Zbawiciela.

Chociaż często powtarzamy, że Jezus żyje, jednak tym zmartwychwstałym życiem nie żyjemy, to znaczy brak nam odwagi i otwarcia się na innych. Jezus Chrystus nie może być obecny jedynie w naszych wspomnieniach. On chce być żywym w nas przez swego Ducha, a przez nas chce być takim w świecie, dlatego powiada: „Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam”.

 

2. Wyznająca wiara

Zmartwychwstały wkracza więc także w naszą parafialną społeczność, podobnie w domowe i rodzinne, aby zwiastować nam pokój Wielkiej Nocy. A pokojem jest nie tylko brak wojny. Pokój Zmartwychwstałego to szczęście, dobro i zdrowie, to radość bycia człowiekiem i wielka pasja życia oraz działania w mocy Jego Ducha. Wielkanocne pozdrowienie Jezusa: „Pokój wam” oznacza, że wszystko jest dobrze, że cierpienie i śmierć nie są w stanie nas zwyciężyć, o czym przekonał się już Tomasz, wyznający: „Pan mój i Bóg mój”, ponieważ ta wiara jest naszym zwycięstwem świata i jego mocy.

Przychodzący do nas Jezus Chrystus oczekuje zatem naszej wiary, a także świadomego wyznania w świecie, przed ludźmi, z którymi żyjemy, że Jezus jest Panem i Bogiem. Przez nasze zwiastowanie Wielkanocnej Ewangelii Zmartwychwstały chce wkraczać wciąż w nowe społeczności zajęte wyłącznie sobą i chce być żywym w martwych sercach grzeszników.

Wierzący powinien iść tam, gdzie według człowieka nie ma drogi. Jak Jezus wszedł w zamkniętą i bojącą się społeczność, tak i my powinniśmy wchodzić w grupy, które pozornie są poza możliwością dotarcia do nich. Wierzący bowiem ma nadzieję w sytuacjach, w których według człowieka nie ma żadnej nadziei. Uczniowie Jezusa dają się posłać pomimo tego, że za tym posłaniem nie kryje się żaden ludzki gwarant. Czego innego mogą oczekiwać od świata, jak nie zaryglowanych drzwi do wielu społeczności, a przede wszystkim do pojedynczego serca?

Podobnie wowinniśmy przychodzić do wątpiących ludzi, jak Jezus przyszedł przez zamknięte drzwi do Tomasza. Dzięki temu spotkaniu Tomasz mógl wyznać „Pan mój i Bóg mój”. Jakże osobiste jest to wyznanie Ujawnia się w nim cały dynamizm drogi, jaką odbył Tomasz do wątpliwości do wyznania. Ów dynamizm jest skutkiem spotkania ze Zmartwychwstałym i przemiany, która ma miejsce w człowieku w zetknięciu z życiodajną rzeczywistością Królestwa Bożego.

Zmartwychwstały szuka każdego człowieka i powiada: „Błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”. Zachęceni do wiary, czujmy się też zachęceni do wyznawania Chrystusa w świecie. Obdarzeni pokojem Wielkiej Nocy, czujmy się też powołani do zwiastowania pokoju ludziom niespokojnym, widzącym własny grzech, błądzącym i zamkniętym w sobie. Zwiastujmy światu, że w Jezusie Chrystusie, Zmartwychwstałym zwycięzcy nad złem i grzechem, Bóg odpuszcza każdemu jego grzech i wprowadza go na drogę światłości. Amen.

 

 

 

piątek, 02 kwietnia 2010
Wielkanoc

Panie Boże, kochany Ojcze, sprawco i dokończycielu wszelkiej dobrej i słusznej sprawy. Zechciej mnie oświecić światłem wiary, abym mądrze i roztropnie zwiastował Ewangelię Chrystusa. Spraw, aby przez moją służbę ludzie poznali skarb, którym jest Twój Syn, a nasz Pan, Jezus Chrystus. Niechaj moje serce będzie wolne od trosk o doczesne wartości, abym swoje umiejętności i siły zaangażował w sprawę Królestwa Bożego. Amen.

 

1 KOR 15,1–11

 

A przypominam wam, bracia, ewangelię, którą wam zwiastowałem, którą też przyjęliście i w której trwacie, I przez którą zbawieni jesteście, jeśli ją tylko zachowujecie tak, jak wam ją zwiastowałem, chyba że nadaremnie uwierzyliście. Najpierw bowiem podałem wam to, co i ja przejąłem, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism I że został pogrzebany, i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism, I że ukazał się Kefasowi, potem dwunastu; Potem ukazał się więcej niż pięciuset braciom naraz, z których większość dotychczas żyje, niektórzy zaś zasnęli; Potem ukazał się Jakubowi, następnie wszystkim apostołom; A w końcu po wszystkich ukazał się i mnie jako poronionemu płodowi. Ja bowiem jestem najmniejszym z apostołów i nie jestem godzien nazywać się apostołem, gdyż prześladowałem Kościół Boży. Ale z łaski Boga jestem tym, czym jestem, a łaska jego okazana mi nie była daremna, lecz daleko więcej niż oni wszyscy pracowałem, wszakże nie ja, lecz łaska Boża, która jest ze mną. Czy więc ja, czy oni, to samo opowiadamy, i tak uwierzyliście.

 

Nadzieja dla wszystkich

 

Żyjemy w świecie, w którym nastąpił spadek zaufania do wszystkiego i wszystkich, także do chrześcijan i dlatego ludzie szukają nowych źródeł nadziei. Czy odnajdą je w Ewangelii, w Bożym słowie o śmierci i zmartwychwstaniu, czyli zwycięstwie nad śmiercią i piekłem? Ewangelia jest słowem o życiu, które jest silniejsze od śmierci, o miłości silniejszej od złości, ponieważ Bóg mocą swego Ducha przywrócił do życia ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa!

Niechaj dzisiejszy poranek będzie czasem zwiastowania nadziei dla wszystkich ludzi!

 

1. W raju jest miejsce dla Kaina

A jedynym źródłem nadziei dla świata, stąpającego drogą Kaina, a więc świata winnego przed Bogiem, jest wielkanocny fakt, a mianowicie, że zmartwychwstały Chrystus wychodzi naprzeciw każdemu grzesznikowi, jako ten, który najpierw został ukrzyżowany i zstąpił do piekieł, o czym przypomina ap. Paweł: „Najpierw bowiem podałem wam to, co ja przejąłem, że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism, i że został pogrzebany...”. Poselstwo chrześcijańskiej nadziei wywodzi się więc z tajemnicy Bożej miłości, która wskrzesza Jezusa z umarłych, pomimo, że ludzie Go ukrzyżowali! Na krzyżu Golgoty Chrystus jest obecny w samym centrum tajemnicy ludzkiego zła, a jednak jest zwycięzcą przez dobro.

Jezus został ukrzyżowany pomiędzy dwoma grzesznikami, dzieląc ich los. Czy nie jest to największe zbliżenie Boga do mrocznego kręgu zła, ludzkich bezdroży, którymi maszeruje także współczesny Kain? Zapytajmy też o uczniów idących do Emaus, których postacie związane są z liturgią 2. Święta Zmartwychwstania Pańskiego. Dlaczego wycofują się zaraz po stwierdzeniu, że już trzy dni, jak się to wszystko stało a Jezus leży w grobie? Czy podobnie jak starotestamentowy Kain nie odczuwają odpowiedzialności?

Czy rzeczywiście człowiek, który ukrzyżował Jezusa Chrystusa, zabił swego brata, skazany jest jedynie na drogę ucieczki, drogę bez nadziei, na której wciąż powraca się w to samo miejsce, niczym świat przyrody, zataczający nieustanne cykle życia i śmierci? Wielkanocna Ewangelia świadczy o tym, że Chrystus, który umarł za nasze grzechy, zmartwychwstał i jako żywy Pan ukazał się wielu osobom, a tym samym przełamując beznadziejny krąg ludzkiego zła i lęku, wkracza pomiędzy nas i zawraca nas z drogi ucieczki.

Jesteśmy uratowani! W zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie Bóg uratował grzeszny ludzki ród! Uratował Piotra, który wcześniej się Go wyparł! Uratował Pawła, prześladowcę Kościoła! Uratował Kaina! Tym samym pokazał nam nową drogę życia, na której nam towarzyszy, drogę odpowiedzialności za brata, za sponiewieranego, cichego i pokornego sługę Bożego, za Kościół Boży w świecie, za Abla. Idąc tą drogą nie powracamy wciąż w te same miejsca, nie uciekamy przed bliźnim, ani nie boimy się brata, ale osiągamy cel: zbawienie i życie.

Człowiek kroczy bezdrożami egoizmu i dlatego jest ciągłym producentem cierpienia. A przecież, jak śpiewa śląski pieśniarz – T. Soyka: „Daleko raj, gdy na człowieka się zamykam”. Szaleństwo krzyża, na którym Bóg w Chrystusie przerywa łańcuch zła i egoizmu, wkraczając na bezdroża Kaina, bezdroża wiodące do Emaus, za nas stając się grzechem, jest najpiękniejszym słowem nadziei dla świata!

W tajemnicy Golgoty Jezus Chrystus jest bardzo blisko sfery Kaina. Paradoks, że właśnie w taki sposób wychodzi mu na spotkanie? Nie. Tylko wzrokiem, ogarniającym całość ludzkich dziejów można dostrzec, że krzyż staje się miejscem ponownego spotkania Abla z Kainem, niewinnego z winnym, wypierającego się z wypartym, prześladującego z prześladowanym, ocalonego z ocalającym. W raju jest miejsce dla Kaina!

Chrystus zstępujący do samego środka tajemnicy zła, wychodzi stamtąd zwycięsko jako zmartwychwstały Pan. Jego światło jest nadzieją dla świata pełnego Kainów, które oświeca mroczną tajemnicę nieprawości, aby wyzwalać i ocalać! To jest moc Chrystusowego zmartwychwstania, która z Pawła – prześladowcy Kościoła, idącego drogą Kaina – uczyniła Apostoła Narodów. To jest moc, która obdarza nas łaską za łaską, dzięki której jesteśmy tym, czym jesteśmy – ludźmi nadziei!

„A przypominam wam, bracia, ewangelię, którą wam zwiastowałem, którą też przyjęliście i w której trwacie”, że nasz Pan przeszedł katuszę Golgoty i ciemności piekła, aby w wielkanocny poranek wyjść z grobu i dać każdemu z nas nową nadzieję! Naszą nadzieją jest Zmartwychwstały Pan, wychodzący nam naprzeciw, który był umęczony i ukrzyżowany, ponieważ Jego serce bije dla nas z miłości. Jego nieskończona miłość, nawet do największego drania, ma też nieskończoną moc przeobrażania, pojednywania i ocalania! Jego miłość najwymowniej objawiona światu na krzyżu, przezwycięża zło i ratuje Kaina, zawraca grzesznika ze złej drogi.

Pusty grób ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa jest znakiem, że nie ma takiego miejsca we wszechświecie, które byłoby oddalone od Boga w takim stopniu, aby nie znajdowało się w zasięgu Jego zbawiającej łaski. Nikt i nic nie pozostaje poza jej wpływem. Boża łaska to łaska dla wszystkich. Dlatego pusty grób jest znakiem najprawdziwszej nadziei dla świata! Ona rodzi się z wiary, że z grobu wyszedł Chrystus, który był umarły, lecz oto żyje i ma klucze śmierci i piekła.

 

2. Ewangelia dla wszystkich ludzi

Oto treść zbawiennej Ewangelii, danej nam w wielkanocny poranek przez Boga – abyśmy wreszcie zwyciężyli własne niemoce, bo zwycięstwo, które zwyciężyło świat, to nasza wiara, która rodzi się ze spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem, przychodzącym do nas w słowie Ewangelii i zawracającym nas ze złej drogi.

Jeśli z niepokojem spoglądamy na świat i ze współczuciem myślimy o milionach zagubionych na nim istot, żyjących bez nadziei – nie wolno nam stać bezczynnie. Bądźmy Ewangelią i zwiastujmy Ewangelię wszystkim ludziom!

Z czymkolwiek ludzie wiążą swoją nadzieję, nic nie zastąpi świadectwa naszego przeobrażonego życia, w którym miłością obejmujemy każdego napotkanego człowieka i z nadzieją modlimy się za wszystkich ludzi. Nic nie zastąpi słowa o krzyżu i pustym grobie Jezusa Chrystusa, bo przecież mamy nadzieję, że zmartwychwstały Jezus Chrystus w swej miłości potrafi przemienić ludzkie „nie” na pragnienie zbawienia.

Czy właśnie krzyż Golgoty nie jest znakiem takiej nadziei, że nawet jeśli nie wszyscy ludzie wierzą Bogu, właśnie Bóg, dobry Ojciec, pełen serdecznej miłości, wierzy we wszystkich ludzi? Wierzy w Kaina?!

Kto ośmieli się sądzić, że Chrystusowi, który objawił się na to, aby zniweczyć dzieła diabelskie, udało się ten cel urzeczywistnić jedynie częściowo? Dla Boga nikt nie jest stracony! Wiedział o tym Paweł: „Mnie, najmniejszemu ze wszystkich świętych, została okazana ta łaska, abym zwiastował poganom niezgłębione bogactwo Chrystusa” (Ef 3,8). Tenże sam Paweł pisze jeszcze do Tymoteusza: „Gdyż trudzimy się i walczymy dlatego, że położyliśmy nadzieję w Bogu żywym, który jest zbawicielem wszystkich ludzi, zwłaszcza wierzących. To głoś i tego nauczaj” (1 Tm 4,10).

Zwłaszcza wierzących – dla Pawła nie oznacza wykluczenia wszystkich!

Zmartwychwstały Pan, żywy Bóg wstający z grobu – oto nadzieja dla grzeszników. Ta nadzieja nam mówi, że Jezus Chrystus uczynił i uczyni wszystko, aby zbuntowanego człowieka doprowadzić do pojednania z Bogiem. Nie zniechęca Go i nie rozczarowuje żaden upadek, ani grzech człowieka. Czyż tak się nie stało w życiu Pawła?

Czyż tak się nie stało w naszym życiu?

Dlatego przed nikim się nie zamykajmy, ale odwrotnie dla wszystkich się otwierajmy. Nikogo nie uważajmy za straconego dla Boga, ale w modlitwie walczmy o każdego, ponieważ zmartwychwstały Chrystus daje nadzieję dla wszystkich, pragnąc nas wykorzystać do dzieła pojednania.

Zachowujmy i dalej przekazujmy Ewangelię, chyba że nadaremnie uwierzyliśmy: „.... że Chrystus umarł za grzechy nasze według Pism. I że został pogrzebany i że dnia trzeciego został z martwych wzbudzony według Pism”. Amen.

 

 

Czuły Kościół

W Ewangeliach pełno jest świadectw niezwykłej czułości Jezusa. Jego czułość widoczna jest w licznych spotkaniach z ludźmi. Na przykład z jawnogrzesznicą, której pozwolił obmyć swoje nogi i dotknąć się na oczach zdumionych mężczyzn. Wyrazisty jest też przykład uzdrowienia głuchoniemego (Mk 7,31-37), który nie potrafił mówić i dlatego uznano otoczenie znało go za niezdolnego do mówienia. Tymczasem wiele na to wskazuje, że ów człowiek stracił zdolność mowy z lęku, że nie będzie serio traktowany. W dodatku był głuchy. Jego uszy zamknęły się na świat, nie mogąc znosić dłużej twardych, odrzucających słów. Jezus wziął go na bok, z dala od tłumów i zwrócił się całym sobą do przerażonego, zlękniętego człowieka: „A wziąwszy go na bok, od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, splunął i dotknął się jego języka, i spojrzał w niebo, westchnął i rzeki do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się!” (Mk 7,33n.).

Jezus potraktował tego człowieka w szczególny sposób, który powinien nam dać do myślenia. Delikatnie dotknął się wrażliwych uszu, które słyszą wiele bolesnych słów. Może to dotknięcie miało zatrzymać wszystko co uśmiercające, a otworzyć je na miłość i życie? Potem użył śliny, z pomocą której dotknął języka. Czyż nie można sobie wyobrazić tego aktu na podobieństwo pocałunku? Widocznie Jezus nie bał się tak intymnych do¬tknięć. Swoim językiem rozwiązał język człowieka nieme¬go. Potem spojrzał w niebo. Jego pełen miłości gest był jak otwarcie się nieba nad tym zamkniętym w sobie człowiekiem. Czułość Jezusa jest konsekwencją miłości. Jest obrazem subtelnej miłości Boga do ludzi i czułego oraz delikatnego stosunku Jezusa do tych, do których przyszedł.

Na koniec Jezus westchnął, ponieważ wczuł się w stan stojącego przed Nim człowieka. Uzdrowiciel i nauczyciel z Galilei jest postacią, która objawia empatię nieba wobec ziemi! Jezus współczuje. Jezus otwiera serce przed człowiekiem. W tej przestrzeni Bożego i ludzkiego współczucia, Jezus otwiera w głuchoniemy zasypane źródło życia: „Effatha!” - „Otwórz się” (Mk 7,33).

Gdy nad człowiekiem otwiera się niebo a w bliskości pozostaje współczujące serce, człowiek odzyskuje mowę i słuch. Może odtąd wyrażać swoje uczucia i pragnienia bez lęku, że jego słowa zostaną przeinaczone, że inni przylepią mu jakąś etykietkę, że zostanie osądzony. W przestrzeni współczującej miłości i czułości słowa są zdolne budować prawdziwe relacje między ludźmi i zdobywać ludzkie serca.

Jezus okazuje czułość zarówno mężczyznom jak i kobietom. Delikatnie dotyka kobiety, która od osiemnastu lat ma skrzywiony kręgosłup (Łk 13,10-17). Pozwala dotknąć się kobiecie, która od dwunastu lat cierpi na krwotok (Mk 5,25-34). Tego rodzaju kontakt był dla Żydów nieczysty. Nikt nie chciał dotykać chorych ludzi. Jezus nie miał żadnych obaw przed nieczystością.

Czułość Zbawiciela uświadamia nam, jak wiele w Nim jest kobiecego ciepła i macierzyńskiej radości dawania życia. Uzdrawiając ślepca, którego ujął za rękę i wyprowadził poza wieś, zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał, czy coś widzi? (Mk 8,23). Ślina jest delikatna i macierzyńska . Matki, kierując się instynktem, ślinią skaleczenia ma-łych dzieci, uspokajając je: „Już dobrze, nie bój się”. Poprzez dotknięcie śliną Jezus daje człowiekowi coś własnego i bardzo intymnego. Gdy niewidomy widzi wpierw tylko cie-nie, Jezus jeszcze raz kładzie mu ręce na oczy. Dzieli się nie tylko uzdrawiającą siłą Bożej obecności, ale i prawdziwie matczyną czułością. Jezus zachowuje się jak matka, która do-tyka i czule głaszcze swoje dziecko. Jak matka wie, że chory potrzebuje jeszcze więcej troski, aby wreszcie odważył się otworzyć oczy i zobaczyć świat oraz siebie takim, jakim jest naprawdę.

Może byłby już czas, żeby Kościół nauczył się czułości wobec poranionego człowieka, nauczył się słuchać i współczuć? Czy o wszystkim muszą decydować artykuły wiary, doktryny i dogmaty? Czy rzeczywiście one powinny ostatecznie rozstrzygać o tym, co jest ważne dla człowieka? Czy w praktycznych rozstrzygnięciach wobec ludzkich pomyłek, leków i krzyku, Kościół nie jest przerażająco arogancki?

Nadszedł ostateczny czas, żebyśmy wyciągnęli wnioski z Ewangelii i zaczęli po macierzyńsku traktować ludzi chorych, poranionych i wystraszonych. Delikatność i czułość Kościoła powinna być konsekwencją nowych relacji z człowiekiem i światem, nie opartych wyłącznie na regułach postępowania i ideologiach, ale na poruszeniu serca! Uczmy się od Jezusa, że powinniśmy bardziej ufać sercom aniżeli opiniom i sądom. Nie poddawajmy się własnym uprzedzeniom, które powstrzymują nas od współczującego i serdecznego traktowania człowieka.

Zwłaszcza teraz, poruszeni wielkanocną Ewangelią o uratowanym i odrodzonym życiu, dajmy się przekonać do tego, że jedno czułe słowo, wypowiedziane z miłością, może więcej od arogancji Kościelnych rozstrzygnięć i nieprzejednanych postanowień. Tym słowem jest imię zapłakanego człowieka, któremu posypało się całe życie: „Znamy Cię po imieniu. Naszym jesteś. Jesteś jednym z nas. Dalej pójdziemy razem i zwyciężymy”.

 

 

 

Modlitwa Jonasza - wielkosobotnia refleksja o Chrzcie (Jon 2)
Motto: „Bo po śmierci nie pamięta się o tobie, a w krainie umarłych któż cię wysławiać będzie?”. (Ps 6,6) Przygoda Jonasza jest niezwykła. Jakub walczy z Bogiem nad potokiem Jabbok, Bartymeusz woła o pomoc, siedząc przy zatłoczonym trakcie, Zacheusz, aby poznać Jezusa wdrapuje się na drzewo, tymczasem Jonasz modli się z wnętrza ryby. Ten obraz jest na tyle fantastyczny, że aż niewiarygodny. Przecież nie ma takiej ryby, która mogłaby połknąć człowieka, a ten mógłby żywy siedzieć w jej wnętrznościach przez trzy dni. Co począć z takim obrazem? Odrzucić, posądzając autora o zbyt wybujałą wyobraźnię? A może uznać za metaforę? Ale wówczas byłoby trzeba przyjąć, że słowa modlitwy są poezją, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistym wydarzeniem.
wtorek, 09 marca 2010
Laetare

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia i Boże pociechy, dziękuję Ci, że pocieszasz mnie Chrystusem w wszelkim utrapieniu moim, dzięki czemu mogę innych pocieszać taką samą pociechą, jakiej doświadczam od Ciebie. Wszak liczne są cierpienia Chrystusowe w zborze, w którym ustanowiłeś mnie zwiastunem Ewangelii. Wierzę, że dzięki nim obficie spływa spływa na nas wszelka pociecha. Dlatego proszę Cię, dobry Ojcze, pobłogosław moją służbę pocieszania Chrystusem, zwiastowanym w Ewangelii. Amen.

2 Kor 1,3-7

Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, abyśmy tych, którzy są w jakimkolwiek utrapieniu, pocieszać mogli taką pociechą, jaką nas samych Bóg pociesza. Bo, jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha. Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia; jeśli zaś pocieszenie, jest to ku waszemu pocieszeniu, którego doświadczacie, gdy w cierpliwości znosicie te same cierpienia, które i my znosimy; A nadzieja nasza co do was jest mocna, gdyż wiemy, iż jako w cierpieniach udział macie, tak i w pociesze.

 

Sens utrapień

„Teraz raduję się z cierpień, które za was znoszę i dopełniam na ciele moim niedostatku udręk Chrystusowych za jego ciało, którym jest Kościół” (Kol 1,24) – wyznaje ap. Paweł, moim zdaniem ku zdziwieniu całego świata.

Cierpienie jest fenomenem życia. Stanowi jedno z najbardziej powszechnych ludzkich doświadczeń.

Znamienne jest to, że istnieją wielkie różnice w stosunku do cierpienia. Zachód, wykorzystując rozwinięte technologie, próbuje obronić się przed cierpieniem, nie zawsze zastanawiając się nad następstwami. Dla przeciętnego Europejczyka cierpienie jest złem absolutnym, stojącym w jednym rzędzie z śmiercią przeciwko życiu. Dla wielu ludzi cierpienie nie jest jednak nieszczęściem samym w sobie, a raczej fatalnym doświadczeniem, z powodu którego można zmarnować życie. Aby wykorzystać każdy dzień życia, trzeba więc wyeliminować z niego cierpienie.

Pozornie jest to logiczne, tyle tylko, że wówczas cierpienie zostaje oderwane od natury. Tymczasem ono należy do świata. Cierpi nie tylko człowiek, ale cierpi całe stworzenie, cierpi kosmos. Jedyną drogą ucieczki przed cierpieniem byłoby więc wydostanie się ze świata i rzeczywiście w podobny sposób sądzi myśli wielu ludzi. Jednak w arcykapłańskiej modlitwie, Jezus prosił Ojca o coś zgoła innego: „Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego. Jak mnie posłałeś na świat, tak i Ja posłałem ich na świat” (J 17,15.18). Uczeń Jezusa Chrystusa musi pozostać w świecie i dlatego cierpienie ma dla niego jakąś wartość i sens, którego pochopnie nie powinien się wyrzekać.

Według ap. Pawła, sensem cierpienia jest pocieszenie, analogicznie zresztą do sensu śmierci, którym jest życie. Mówiąc inaczej, poprzez utrapienia w świat wkracza słowo pociechy.

1. Cierpiący Chrystus pociechą dla świata

Świat rozpaczliwie szuka pociechy. Powoli zdajemy sobie sprawę z tego, że nie umiemy należycie wykorzystać wiedzy i dlatego stajemy się ofiarami własnych pomysłów i dzieł. Cywilizacja, która mogłaby nas uszczęśliwić, przyniosła nowe zagrożenia, a z nimi nowe utrapienia. Powoli stajemy się ludźmi strachu. Panika, którą wywołuje dziennikarska wiadomość o groźnym wirusie, której naukowo jeszcze nie potwierdzono, jest symptomem.

Czy nie warto zastanowić się nad tym teraz, gdy w pamięci mamy szczególne cierpienie Jezusa Chrystusa, w którym tkwi tajemnica pociechy? Zadziwiające jest to, że szukając pociechy i uciekając przed cierpieniem, najczęściej znajdujemy ją właśnie tam, gdzie inni muszą cierpieć! Przykłady? Uciechy domów publicznych – to najczęściej cierpienia pozbawionych czci i wolności kobiet. Uciechy wielkich pieniędzy – to najczęściej cierpienia tysięcy anonimowych pracowników. Uciecha małżonka, związana z jakąś pasją – to jakże często utrapienie małżonki.

Może więc warto szukać pociechy tam, gdzie inni nie muszą cierpieć? Może warto inaczej spojrzeć na życie i zbliżającą się śmierć? Może warto niektórym aspektom codziennego życia, którym popularnie odmawiamy pozytywnej wartości, przyznać większe prawo do szczęścia? Może warto inaczej spojrzeć nawet na cierpienie i w nim znaleźć jakiś zarodek pociechy?

Ktoś powie: bzdura! Przecież w utrapieniu ludzkiego życia na ziemi nie ma żadnej pociechy. Ta związana jest raczej z przyszłym światem. Owszem, w logice świata to jest bzdura. W optyce krzyża Jezusa Chrystusa rzecz ma się jednak inaczej. Zresztą do innej oceny rzeczywistości zachęca nas sam ap. Paweł: „Bo jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha!”. Skąd się to Pawłowi wzięło? Paweł, jak mało który uczeń Jezusa, zrozumiał paradoksy Golgoty.

Kimże jest ukrzyżowany Chrystus? Nie było trzeba zmuszać Go do przyjęcia krzyża. Na Golgocie nie wyrywał się żołnierzom. Nie modlił się o zemstę, ale o wybaczenie dla oprawców. Może Jezus był psychicznie chory? Może był masochistą? Modlitwa w Getsemane, gdzie Jezus miał jeszcze nadzieję, że cierpienie może Go ominąć, zaprzecza tym podejrzeniom. Jezus dostrzegał w cierpieniu coś, czego uczniowie przed zmartwychwstaniem nie potrafili zrozumieć.

Piotr oburzony, że Jezus mówi o cierpieniu i przewiduje swoją śmierć, nie pojmuje sensu słów umiłowanego Nauczyciela: „Jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje, lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24). Tymczasem Jezus zdaje sobie sprawę z tego, że Jego cierpienia eksplodują życiem i pociechą dla świata. Jeśliby Jezus chciał umrzeć jedynie dla samej idei męczeństwa, byłby szalonym, religijnym guru, podobnym do tego, który przed laty w amerykańskiej dżungli ze swoimi wielbicielami popełnił samobójstwo.

Jezus umarł, aby wielu mogło powstać do życia. Jego cierpienia są pociechą dla zrozpaczonych ludzi, którzy nie wiedzą, co począć z własnym cierpieniem i śmiercią. Wszystkie nasze niemoce wziął na siebie, aby całą historię ludzkiego utrapienia zamknąć jednym modlitewnym zawołaniem z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”

Bóg nie opuścił utrapionego Jezusa Chrystusa, jak nie opuszcza cierpiącego nieszczęśnika. To raczej doświadczenie cierpienia, ukrzyżowanemu Chrystusowi kazało zapytać Boga o nieobecność. Bóg, niczym rolnik rzucający ziarno w ziemię, wrzucił Jezusa w otchłań śmierci, aby obumierając mógł stać się pierworodnym pośród umarłych.

Cierpienie Jezusa nie było jedynie sztuką dla męczeńskiej sztuki. Było raczej ciężką służbą pocieszenia świata: „Albowiem Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i oddać swe życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Na pytanie Jezusa, dlaczego Bóg opuszcza cierpiącego, otrzymujemy odpowiedź w cudzie wielkanocnego poranku. W utrapieniu Bóg nikogo nie opuszcza. A jeśli je dopuszcza, to dlatego, żeby mogła zrodzić się pociecha. Nie myślmy, że utrapienie jest przekleństwem: „Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, ... ”.

2. Z utrapienia uczyńmy pociechę

Cóż więc powiemy na własne utrapienia? Przyszłość świata jest coraz mniej pewna. Może przynieść wiele doświadczeń. Już dziś ludzie pytają: czy warto sadzić nowe jabłonie? Tym pytaniem ujawniają ten sam stan ducha, jaki był w Jezusie Chrystusie, myślącym o zbliżającym się cierpieniu: „Teraz dusza moja jest zatrwożona, i cóż powiem? Ojcze, wybaw mnie teraz od tej godziny? Przecież dlatego przyszedłem na tę godzinę” (J 12,27).

Czy dobrze rozumiemy odpowiedź, której Jezus udzielił sam sobie na swoje wątpliwości? Urodziliśmy się na ziemi, aby jednak zasadzić te jabłonie!!! Żadne utrapienia, które nas spotykają, nie powinny nas odwodzić od inwestowania w życie, ponieważ nasza nadzieja jest w Bogu, Ojcu miłosierdzia, który pociesza nas we wszelkich utrapieniach. Nie sądźmy, że uciekniemy przed utrapieniami. Jeśli rzeczywiście będziemy przed nimi uciekać, wtedy cierpień przysporzymy innym. Doświadczając utrapień, szukajmy pociechy w tym, co w cierpieniu Chrystusa uczynił dla nas miłosierny Bóg.

Naśladowanie Jezusa jest także naśladowaniem Jego stosunku do cierpienia, dzięki któremu zyskaliśmy pociechę. Niech podobnie dzieje się w naszym życiu. Niech nasze cierpienia staną się źródłem pociechy dla bliźnich, o czym przypomina Paweł: „Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia”.

Ktoś może zapytać: W jaki sposób moje utrapienie może stać się pociechą dla bliźniego? Odpowiedź tkwi w definicji cierpienia! Wszystko zależy od tego, w jaki sposób traktujemy utrapienie. Cierpieć – to w pierwszym rzędzie znaczy umrzeć samemu sobie, aby powstać do nowego życia, którym jest życie dla bliźniego! Obrazem takiego zrozumienia cierpienia jest oczywiście ziarnko wrzucone w ziemię, aby obumierając mogło wydać wielokrotny owoc. Przez cierpienie umniejszania siebie, a zwłaszcza własnego „ja”, które realizuje się na różne sposoby, można stać się faktycznym źródłem pociechy dla innych. Wyrzekając się na przykład części własnych planów albo życiowych pasji, możemy uszczęśliwić małżonka, zwracając na niego większą uwagę. A myśląc bardziej ogólnie, pamiętajmy o tym, że wyrzeczenie się egoistycznej uciechy zawsze stwarza szansę pocieszenia drugiego człowieka. Bo cierpieć między innymi znaczy: pokornie przyjąć utrapienie, aby stać się źródłem pociechy dla innych.

Cierpienie jest jednak większą i głębszą tajemnicą. Ono polega również na usłyszeniu wołania bliźniego i podaniu mu dłoni, mimo tego, że lepiej byłoby się od niego odwrócić. Cierpienie jest znoszeniem upokorzeń i prześladowań z powodu sprawiedliwości oraz dla imienia Zbawiciela. Cierpienie jest w końcu związane z chorobami i starzeniem się, czyli najczęściej z powolnym procesem ubywania życia. Aby poradzić sobie z tym ogromem cierpienia, musimy jak Jezus Chrystusem poczuć się obumierającym ziarnkiem, które przez swoją śmierć wydaje obfity owoc.

Uczniem Jezusa może być jedynie ten, kto z miłości do Mistrza traci życie, aby je zachować do życia wiecznego: „Bo kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją” (Mk 8,35).

Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy pragnie, abyśmy w cierpieniu odnaleźli Jego miłość i dobroć, a także sens własnego życia. Zwyciężenie cierpienia wcale nie musi oznaczać powrotu do stanu przed cierpieniem. Często jest się szczęśliwym i ma się większe poczucie sensu życia właśnie w cierpieniu. Zwyciężenie cierpienia przede wszystkim polega na tym, że pomimo cierpienia w codziennym życiu jest się aktywnym i twórczym, szczęśliwym i dającym szansę innym. To znaczy, będącym źródłem pociechy dla siebie i bliźniego! Amen.

 

 

 

 

Kościół nie może być jaskinią zbójców

Według świadectwa czterech Ewangelii, na terenie jerozolimskiej świątyni Jezus uczynił symboliczny gest w prorockim stylu, przepędził mianowicie handlarzy z dziedzińca pogan, zaś wekslarzom powywracał stoły, powołując się na fragment proroka Jeremiasza: „Dom mój będzie nazwany domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców” (Mt 21,13, por. Jr 7,11). Pytanie o wymiary wydarzenia pozostawmy bez odpowiedzi, przede wszystkim dlatego, że dla teologicznych wniosków, rodzących się po lekturze ewangelicznych relacji, nie ma większego znaczenia, czy Jezus „posprzątał” cały dziedziniec, czy zachował się demonstracyjnie wobec małej grupy świadków.

Najważniejsze jest coś innego, a mianowicie, że zdaniem Jezusa świątynia, która nie jest domem modlitwy, z konieczności staje się jaskinią zbójców, czyli miejscem handlu. Nie chcę jednak pisać o budynkach i świętych przestrzeniach, ale o najważniejszej świątyni, zbudowanej z ludzkich serc, czyli o świątyni ludu Bożego.

Do czego więc zmierzam? Do postawienia pytania: Czy jesteśmy pewni, że nigdy nie nadużyliśmy „świątyni”, której cząstką jesteśmy? Albo inaczej: Czy nigdy nie próbowaliśmy dobić z Bogiem dobrego interesu? Okazuje się bowiem, że w świątyni, której kamieniem węgielnym jest Jezus Chrystus, powinniśmy uczestniczyć w liturgii Bożego daru, szczególnie drogiej luterańskiemu sercu. Tymczasem wielu z nas celebruje szczególny rytuał religijnego handlu, polegającego na wykorzystywaniu Boga dla własnych celów.

Oba obrazy odnoszą się oczywiście do dwóch typów religijności. Pierwszy jest radosny i dziękczynny, drugi złowieszczy, zasępiony i pełen niespełnionych oczekiwań. Pierwszy jest przyjmowaniem Bożego daru i afirmowaniem codzienności, drugi natomiast nieustannym poszukiwaniem alibi. W konsekwencji pierwszy wyprowadza ludzi na światłość, w relację prawdy i przestrzeń życia, jako spotkania z drugim człowiekiem, natomiast drugi przypomina ucieczkę zbójców do jaskini, czyli kryjówki, w której źli ludzie próbują ukryć złe postępowanie i uniknąć sprawiedliwości.

Pobożność jako alibi nie jest moim pomysłem. Widać ją wszędzie, także w naszym Kościele. Czy nie przyszło nam do głowy, żeby pójść do kościoła, aby poczuć się w porządku wobec Boga? Albo, żeby wieczorną modlitwę, gdy po całym dniu „padamy na nos”, wykorzystać do budowania religijnego wizerunku? Obawiam się, że tzw. pobożne zachowania bardzo często służą nam jedynie do usprawiedliwienia przed Bogiem i bliźnim złego postępowania i fatalnych decyzji.

Tymczasem jesteśmy cząstką Bożej świątyni nie po to, aby czuć się bezkarnie, albo na wszelki wypadek zabezpieczać własne życie, nawet w wymiarze przekraczającym doczesność. Każdy, kto jest cząstką Bożej świątyni, musi czuć się zobowiązanym do nowego życia, czyli do postępowania w światłości i czynienia prawdy. Dlatego powinien rozpoznać, czym w jego egzystencji są woły, owce i gołębie. Wewnątrz człowieczego serca i ludzkiej wspólnoty, woły są symbolem panującej nad nami witalności i zmysłowości. Owce z kolei oznaczają naszą zgodę na zniewolenie. Wreszcie gołębie są symbolem gonitwy myśli, które nie dają nam chwili spokoju i wciąż gnają nas po świecie. W efekcie zamiast być „Bożą świątynią” stajemy się targowiskiem próżności, częstokroć nawet w religijnym wymiarze. Jezus Chrystus na to się nie godzi i przychodzi, aby nas oczyścić, ponieważ mamy być domem modlitwy.

Czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, że jesteśmy domem modlitwy? Nasz Kościół jest Bożą świątynią, czy jaskinią zbójców, kryjówką dla złych ludzi, którzy szukają religijnego alibi dla złego postępowania? Z Bogiem nie można kupczyć, jak na targu. Skoro jesteśmy cząstką Bożej świątyni, nie wystarczy nam w niedzielę pójść na nabożeństwo i dziennie zmówić kilka modlitw. Dlaczego? Ponieważ żywy kamień Bożej świątyni ma się nawrócić! Ma zmienić swoje nastawienie do życia, a nie oczekiwać po Bogu usprawiedliwienia z powodu kilku pozornie pobożnych zachowań.

Kościół nie może być jaskinią zbójców. Gdzie dziś kwitnie rytuał handlu, jutro niech rozkwita dziękczynienie za bezgraniczny dar życia i zbawienia. Dlatego nie może być między nami zgody na jakąkolwiek zasługę i zapłatę. Obojętnie, czy to jest dobry czyn, czy pozytywna decyzja, jeśli są rodzajem pobożnej etykietki, służącym do budowania religijnej pychy i „zbawczej chciwości”, w Bożej świątyni nie ma dla nich miejsca.

Podobnie nie może być zgody na wykorzystywanie Bożej świątyni dla zdobywania honorów, zaszczytów i tytułów. Nikczemne i podłe jest robienie tzw. kariery we wspólnocie, która nie tylko powinna mieć świadomość życia z Bożej miłości, ile przede wszystkim ma być znakiem, czyli epifanią Bożego daru w świecie, powszechnie przekonanym, że wszystko zależy od chciwości i przebiegłości człowieka.

Nie może być wreszcie zgody na wykorzystywanie Boga dla osiągania świętego spokoju. Ani uczestniczenie we wspaniałych uroczystościach, ani częste modlitwy, ani wytrwała lektura Pisma Świętego nie powinna usypiać naszej czujności ani uspakajać sumień. Jesteśmy Bożą świątynią, aby żyć w świetle dnia, a nie ukrywać się w jaskini zbójców, licząc zyski i straty religijnych eskapad.

 

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5