wtorek, 28 września 2010
18. niedziela po Trójcy Świętej

Wszechmogący Panie, miłosierny i łaskawy Ojcze, Ty jesteś Bogiem nowego początku. Niczego nie pozostawiasz starym, ale wszystko czynisz nowym w Jezusie Chrystusie, dziedzicu obietnicy danej Abrahamowi. Proszę, odnów moje serce i myśli, abym zwiastując Ewangelię o Twoim Królestwie, budził wiarę w sercach słuchaczy. Boże, obdaruj wszystkich nowym początkiem w Chrystusie, abyśmy dążyli do pokoju i ku wzajemnemu zbudowaniu. Amen.

 

Rz 14, 17–19

 

Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom. Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu.

 

Jesteśmy na służbie u Chrystusa

 

Tekst kazalny, który Duch Boży kładzie nam na serca będzie mało zrozumiały, jeśli pod uwagę nie weźmiemy najbliższego kontekstu. Wszak nie wiadomo, dlaczego ap. Paweł nagle zaczyna pisać o tym, że Królestwo Boże to nie pokarm ani napój. Jeśli więc chcemy ów tekst dobrze zrozumieć, aby stał się dla nas źródłem wiary i mądrości, musimy uwzględnić całą wypowiedź Apostoła Narodów, w której znalazł się także interesujący nas fragment.

 

Otóż ap. Paweł apeluje do rzymian, aby swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia i picia, nie dawali bliźnim powodów do zgorszenia. Pisze tak: ”Jeżeli zaś z powodu pokarmu trapi się twój brat, to już nie postępujesz zgodnie z miłością; nie zatracaj przez swój pokarm tego, za którego Chrystus umarł” i dalej: „Dla pokarmu nie niszcz dzieła Bożego. Wszystko wprawdzie jest czyste, ale staje się złem dla człowieka, który przez jedzenie daje zgorszenie” (Rz 14, 15.20).

 

Ap. Pawłowi rozchodzi się więc o to, abyśmy swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia, nie gorszyli słabych we wierze, dla których te problemy stanowią źródło poważnych wątpliwości. Dlatego we fragmencie, który jest podstawą kazania, argumentuje w ten sposób, że Królestwo Boże nie polega na zewnętrznych zwyczajach i ludzkich przekonaniach, ale na sprawiedliwości, pokoju i radości w Duchu Świętym.

 

Jesteśmy przecież na służbie u Chrystusa i biorąc z Niego przykład powinniśmy zawsze dążyć do pokoju i wzajemnego budowania.

 

1. Dążmy do tego, co służy ku pokojowi

Jeśli dzisiejszy tekst kazalny ma przemówić do nas pełnią swej mądrości, musimy uświadomić sobie, że związek pomiędzy pokarmem i napojem a Królestwem Bożym ma jeszcze szersze i głębsze podłoże, aniżeli tylko wspomniana przed chwilą troska o słabych we wierze.

 

Wszak w wielu religiach świata nadzieja na życie w śmierci związana była z obrazem jedzenia. Uroczysta uczta jest symbolem radości, żywotności i w końcu samego życia, zwłaszcza, że wspólne spożywanie w przyszłym świecie złączone jest z udzielaniem się człowiekowi przez samego Boga. W Ewangelii wg św. Jana czytamy: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie” (J 6,53).

 

Wyobrażanie sobie przyszłego świata, jako nieustającej uczty, wywodzi się z życiowego doświadczenia dawnych ludzi, którzy częściej byli głodni aniżeli syci, i z tego powodu umierali. Nadzieja przyszłego świata była przede wszystkim pragnieniem odmienienia losu i najedzenia się do syta. Dla przykładu starożytni Germanie wyobrażali sobie przyszłe życie jako nieustającą ucztę w wielkiej sali, zwanej Wallhalą, w której siedzącym przy wielkim stole wojownikom, usługiwały piękne dziewczyny – Wallkirie, przynoszące im przez całą wieczność jedzenie i piwo. W myśleniu starożytnych ludzi przyszłość była więc związana z pokarmem i napojem.

 

Współcześni ludzie nie łączą już nadziei na przyszłość z pokarmem i napojem. Dlaczego? Są syci i napojeni. Nie oczekują tego, czego im brakuje. Dziś do wyobraźni bardziej przemawia pragnienie zdrowia. Konsumpcyjny sposób życia i myślenia, a także wysokie wymagania, stawiane życiu, sprawiają, że nie czekamy na pokarm i napój w przyszłym świecie, ale żądamy go już teraz. I dlatego wielu współczesnych Europejczyków i Amerykanów nie oczekuje już niczego specjalnego wobec przyszłości Królestwa Bożego.

 

Na podstawie tych refleksji zrodziło się we mnie niepokojące pytanie: Czy przypadkiem nie jesteśmy pokoleniem, na którym wypełnia się ostrzeżenie Jezusa, że mając pełne brzuchy już teraz odbieramy swoją zapłatę i dlatego nie czekamy na Królestwo Boże? Wypaliła się w nas nadzieja na przyszłość i powoli tracimy nie tylko ją – nadzieję –, ale także radość życia!

 

Tymczasem, jak słyszymy w tekście kazalnym, Królestwo Boże to nie jest pokarm ani napój, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Ono już teraz znajduje się na ziemi, wszak nadeszło wraz z Jezusem z Galilei, Synem Najwyższego, przez którego święty Bóg objął władzę nad naszymi sercami i myślami. Ono jest więc w naszych sercach, jeśli tylko gości w nich sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym, a nasze myśli przepełnione są pragnieniem, aby pełnić je na chwałę Świętego.

 

Zapytajmy więc, czym jest sprawiedliwość? To znaczy, jaki obraz sprawiedliwości wyłania się z fragmentu Listu do Rzymian, w którym ap. Paweł upomniał braci w Rzymie, aby swoim bliźnim nie dawali powodu do zgorszenia. Podążając tokiem myślenia wielkiego Apostoła Narodów odkrywamy, że sprawiedliwością jest poszanowanie i nienaruszalność praw, które przysługują małym i słabym, a więc także tym, którzy są w mniejszości.

 

Nieuszanowanie praw, przysługujących wszystkim, którzy nie mogą stanąć w swojej obronie, to w gruncie rzeczy jest wykroczenie przeciw sprawiedliwości. Nonszalancka postawa mocnych jest powodem wewnętrznego niepokoju słabych i pozbawia ich radości życia, która przecież jest integralną częścią chrześcijańskiej pobożności.

 

Sprawiedliwością, o której ap. Paweł pisze, że stanowi istotę Królestwa Bożego, jest więc oddawanie bliźniemu tego, co się mu należy jako człowiekowi, stworzonemu przez tego samego Boga, Stwórcę, Zachowawcę i Żywiciela całej ludzkości. W myśl dzisiejszego tekstu kazalnego, sprawiedliwością jest także umiejętność wstrzemięźliwego życia. Albowiem wstrzemięźliwość polega na tym, że szanujemy przekonania i wyobrażenia naszych bliźnich, których wiara jest słabsza aniżeli nasza. Nie powinniśmy ich gorszyć, dając im powód do upadku.

 

Możemy powiedzieć, że sprawiedliwość sprowadza na ziemię pokój, a przecież najbardziej pożądanym przez wszystkich ludzi owocem pokoju jest radość. Dlatego wezwanie z ostatniego wiersza, abyśmy dążyli do pokoju, w istocie rzeczy jest inaczej sformułowanym ostrzeżeniem Jezusa z Nazaretu: „Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt 5, 20).

 

Królestwo Boże nie jest sprawą jedzenia i picia, a zatem nie opiera się na naszych przekonaniach i zewnętrznych tradycjach, o które gwałtownie upominali się faryzeusze. Ich zdaniem ludzka nadzieja opiera się na zachowywaniu tradycji i religijnych przepisów. Bardzo się mylili, ale jednocześnie ci spośród nich, którzy przeczuwali na czym polega prawdziwa pobożność z ust Jezusa słyszeli słowa: „... Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego” (Mk 12, 34).

 

Nauczmy się dziś, że nie mamy prawa żądać od wszystkich, aby podobnie do nas się zachowywali i mieli podobne przekonania. Nie mamy prawa oczekiwać, że inni będą podobnie do nas się odżywiali i ubierali; że będą się podobnie modlili i mieli podobną pobożność. Jeśli chcemy realizować polecenie Nauczyciela z Galilei aby najpierw szukać Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, nie narzucajmy swoich wyobrażeń innym. Wszak każdy z nas będzie sądzony ze swojego przekonania: „Lecz ten, kto ma wątpliwości, gdy je, będzie potępiony, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem; wszystko zaś, co nie wypływa z przekonania, jest grzechem” (Rz 14,23) – pisze ap. Paweł kilka wierszy dalej.

 

Królestwo Boże to nie zewnętrzne zwyczaje i tradycje, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. To między innymi znaczy, że ono nie ma charakteru ostatecznego i nie należy do nieokreślonej przyszłości, ale dzieje się już teraz poprzez nasze zaangażowanie się w służbę Chrystusa, gdy wypełniamy przykazanie miłości, dostrzegające chwałę Boga oraz prawo do innej szczęśliwości naszych bliźnich.

 

Królestwo Boże nie jest pasywnym czekaniem na przyszłość, ale twórczym i odpowiedzialnym działaniem. Jest wyjściem na przeciw drugiego człowieka bez uprzedzeń i z absolutną akceptacją jego zwyczajów, wyobrażeń oraz marzeń, których uczy własne dzieci. Pamiętajmy o tym, jako uczniowie Jezusa Chrystusa! Będąc Jego sługami mamy zawsze dążyć do pokoju, przedkładając prawo do wolności i radości bliźniego ponad własne przekonania i wyobrażenia. Niechaj pamiętają o tym również politycy, rządy i parlamenty wszystkich państw.

 

2. Dążmy do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu

Dążmy zawsze do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu. To prawda, że będąc wolnymi ludźmi, możemy mieć przekonania bardziej zbliżone do ewangelicznego wzoru, jaki pozostawił Jezus z Nazaretu. Na przykład wiemy, że wszystko jest czyste i dozwolone do jedzenia i picia, a jednak swoich przyzwyczajeń i zwyczajów, a tym bardziej religijnej tradycji nie wolno nam narzucać innym.

 

Pamiętajmy też, że obok nas żyją ludzie, którym nasza wolność w Chrystusie sprawia wielkie problemy moralne, prowadzące ich aż do zgorszenia. Nie będę długo wymieniał: – spożywanie krwi wobec Świadków Jehowy, – spożywanie mięsa wobec Adwentystów, – picie alkoholu wobec abstynentów. Jakże często w naszym postępowaniu można odszukać jedynie przekorę i oportunizm, aby innym zamanifestować swoją wolność. Czy wobec nich nie powinniśmy być wstrzemięźliwi, aby przez swoje jedzenie nie dawać im powodu do zgorszenia? „Dobrze jest nie jeść mięsa i nie pić wina ani nic takiego, co by twego brata przyprawiło o upadek” (Rz 14,21).

 

Ponieważ jako uczniowie i słudzy Chrystusa mamy dążyć do wzajemnego budowania a nie rujnowania, przeto nauczmy się wstrzemięźliwości i szanujmy prawo do inności naszych bliźnich, których wiara jest słabsza i nie poznali jeszcze, czym jest prawdziwa wolność w Jezusie Chrystusie. „Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom”.

 

Najlepiej zamanifestujemy światu obecność Królestwa Bożego, którego nie widać, ponieważ włada naszymi sercami i myślami, jeśli będziemy wiernymi sługami Chrystusa, zawsze dążącymi do pokoju i wzajemnego zbudowania! Jako chrześcijanie, swoim postępowaniem nie doprowadzajmy ludzi do tego, że na nic nie będą czekać, ale przywiązani do tego, co ziemskie i materialne, już teraz odbiorą swoją zapłatę, umierając w poczuciu przegranej szansy i nie spełnionego życia. Amen.

 

 

 

Strategia Wcielenia

Teilhard de Charidn we właściwy dla siebie sposób zawyrokował: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”. Tych słów nie powinniśmy rozumieć w taki sposób, że przyszłość będzie bezbożna, ponieważ miejsce wiary w Jezusa Chrystusa zajmie wiara w stworzenie, jako substytut Boga, i dlatego czeka nas powrót do religijności naturalnej, w której najważniejsza jest ziemia - bogini matka.

Słowa francuskiego teologa i antropologa mają nam uzmysłowić – notabene rozwijając i uaktualniając starochrześcijańskie intuicje teologiczne, które na długie wieki zostały odsunięte na margines chrześcijańskiej refleksji i modlitwy -, że Chrystus, jako Syn Boży, poprzez wcielenie w łonie błogosławionej Panny Marii, swoją zbawienną działalnością objął nie tylko człowieka, ale także resztę stworzenia i ludzką historię, a więc całą przestrzeń i czas. Mówiąc inaczej, miejscem wcielenia i objawienia Jezusa Chrystusa jest świat, a nie tylko człowieczeństwo. Można zatem założyć istnienie przynajmniej trzech kręgów objawienia chwały Chrystusa. Są nimi człowiek, Kościół i świat.

W tym momencie możemy już dość precyzyjnie pojąć, co rzeczywiście chciał wyrazić Teilhard de Chardin. Otóż chrześcijanie muszą szybko nauczyć się rozpoznawać obecność Chrystusa nie tylko w sobie i w Kościele, ale także poza Kościołem, to znaczy w Bożym stworzeniu. Tymczasem można odnieść wrażenie, że wielu chrześcijan żyje w taki sposób, jakby dzieje i los stworzenia w ogóle ich nie obchodziły. Najlepiej widać to w sferze duchowej. Chociaż żyją w XXI wieku, ich duchowość jest tego rodzaju, ze równie dobrze mogliby żyć w XVII czy w XII wieku.

Wbrew pozorom ta jednolitość stylu jest niepokojąca, a nawet tragiczna. Duchowość po-zbawiona odniesienia do teraźniejszości, jakby bezcielesna, w istocie rzeczy jest objawem całkowitej obojętności na problemy współczesnego świata. O takich chrześcijanach można powiedzieć, że próbują ukryć się przed czasem i przestrzenią, ponieważ boją się, że zostaną skrzywdzeni. Świat ich nie interesuje, a myślą wyłącznie o sobie. Owi pobożni sądzą, że odrzucając teraźniejszość są wierni Mistrzowi z Galilei, który wezwał ich do szukania Królestwa Bożego. Nie zauważają, że Królestwo Boże jest zanurzone w świecie i już w tym czasie i przestrzeni rozwija się aż po przyszłą pełnię. Nie pojmują, albo nie chcą pojąć, że wieczność wyraża swoją aktualność w wydarzeniach historycznych i dlatego zdrada teraźniejszości jest zdradą wieczności.

Ahistoryczne chrześcijaństwo jest po prostu fikcją. Ono nie istnieje. Gdyby było możliwe, Syn Boży nie byłby historycznym człowiekiem, który umarł w konkretnym czasie i miejscu, za panowania Poncjusza Piłata. Chrześcijaninem jest się przez świadome wcielenie, czyli przez świadome wejście w świat, jego dzieje i problemy. Pod tym względem chrześcijaństwo można uznać za konsekwentną Strategię Wcielenia.

Z Apokalipsy wg św. Jana wiemy, że lokalne Kościoły po okresach wspaniałego rozwoju, miewają często problemy z zachowaniem wierności Jezusowi Chrystusowi, w związku z czym ich świecznik zostaje przez Chrystusa zdmuchnięty i znikają z chrześcijańskiej mapy. Żaden lokalny bądź wyznaniowy Kościół nie może być pewien swojej trwałości i niewzruszoności. Czy, w związku z naszą refleksją, której punktem wyjścia są słowa: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”, można stworzyć jakieś współczesne kryterium wierności Chrystusowi, którego spełnianie zapewni Kościołowi trwanie i błogosławiącą obecność Chrystusa?

Wydaje mi się, że tak. Tym kryterium jest historyczność Kościoła, czyli Strategia Wcielenia. Świętość Kościoła, jego żywotność i wierność Chrystusowi możemy mierzyć zdolnością podejmowania problemów swojego czasu i wielkością wysiłku włożonego w ich rozwiązywanie. Jeżeli Kościół tego nie robi, nie zdaje testu wierności i nie spełnia kryterium wieczności. Świecznik takiego Kościoła nie świeci a jego dni są policzone.

Czy w tym miejscu mam napisać, że świecznik naszego Kościoła został przez Chrystusa zdmuchnięty? Niech każdy sam spróbuje ów problem rozwikłać. Ja stawiam jedynie pytania: Czy nasz Kościół realizuje konsekwentną Strategię Wcielenia? Czy jest zainteresowany problemami świata, którego jest cząstką, czy wyłącznie samym sobą? Czy zaangażowaliśmy się w problemy ekologiczne? A może demograficzne? Czy interesują nas szybkie zmiany w strukturze społecznej? Czy stoimy na straży sprawiedliwości? A jeśli w Europie zmienią się warunki klimatyczne, czy nie pochłonie nas migracyjna fala?

A może inaczej? Skoro wewnątrz Kościoła nie czynimy sprawiedliwości, czego przykładem niech będzie proces dyscyplinarny jednego z księży, trwający o wiele za długo, z pogwałceniem kościelnych przepisów, a los tego człowieka mało nas obchodzi, to na jakiej podstawie miałby świat po nas czekać zaangażowania w Strategię Wcielenia?

 

Rytuały umierania

Najważniejszym fragmentem spisanej Ewangelii jest historia śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Chrystusa pełni też rolę chrześcijańskiego archetypu, najważniejszego symbolu wiary. W centrum chrześcijańskiej wiary i rozumienia znajduje się zatem Jezus z Galilei, który jako Chrystus, Zbawiciel i Syn Boży, przechodzi przez ludzki świat i ludzkie życie, aby wreszcie wejść w krainę śmierci i przejść przez nią do odpocznienia w Bożej obecności.

I chociaż w luterańskim zwiastowaniu oraz duchowości podkreślamy decydującą rolę krzyża, mimo wszystko warto czasem zmienić perspektywę myślenia, aby odkryć nowe znaczenia starych symboli. Otóż prawosławna tradycja scalenia zbawiennego dzieła Jezusa Chrystusa, które rozpoczęło się na krzyżu, było kontynuowane w piekle, a zakończyło się zmartwychwstaniem, i nazywania go paschą, czyli przejściem, ma wartość nie tylko teologiczną. Ze względu na współczesną psychologię można w niej dostrzec także wielki potencjał duchowy. Okazuje się bowiem, że wbrew teologicznym przekonaniom niektórych nurtów tzw. teologii protestanckiej, człowiek potrzebuje pewnych doświadczeń duchowych, związanych z zamknięciem jednej fazy życia i rozpoczęciem kolejnej. Idzie mianowicie o doświadczenie przejścia, czyli mówiąc inaczej o rytuały umierania i powstawania do nowego życia.

Chociaż wszystkie Kościoły praktykują Chrzest, udzielany w imię trójjedynego Boga, który pojmują jako włączenie w śmierć Jezusa Chrystusa i przejście do życia, niestety najczęściej bywa pojmowany jedynie jako przyjęcie daru zbawienia. Inicjacyjny charakter tej czynności w wielu tradycjach zanikł, nie mówiąc już o świadomym przeżyciu własnej śmierci, dzięki czemu człowiek ma szansę przemyśleć tajemnicę życia i dokonać nie tylko duchowej transformacji.

Tymczasem doświadczenie inicjacji jest niezbędne do zrozumienia samego siebie i punktem wyjścia do radykalnej zmiany życiowego paradygmatu. Aby człowiek mógł zdrowo żyć i doświadczać szczęścia, musi dokonać transformacji swojej psychiki, to znaczy od-dzielić się od tego, co znajome, „domowe”, rodzinne, co daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Także w tym sensie możemy uznać ojcostwo Abrahama, ponieważ opuszczając namioty ojca radykalnie zerwał z „zadomowieniem” i zdecydował się na drogę, której celu nie znał. Właśnie to jest najważniejszym zadaniem rytuałów umierania, ponieważ aby zostać „kimś”, wpierw trzeba umrzeć. Dopiero przez śmierć starej postaci swojego człowieczeństwa każdy z nas ma szansę wejścia we właściwą rolę, która umożliwi mu zaistnienie na scenie świata i historii ludzkości.

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy trzeba sobie pozwolić na doświadczenie śmierci. To jest najważniejsza część inicjacji, czyli rozpoczęcia nowego etapu życia. Aby mógł się urodzić dojrzały człowiek, wpierw musi umrzeć mały chłopiec, jakim dotąd był. Doświadczenie śmierci oznacza oddzielenie od wszystkiego, co bliskie i znajome. Dopiero po takim przejściu można powrócić do społeczności jako dojrzały i twórczy uczestnik wielkiej tajemnicy życia.

Jaka w tym rola Kościoła, oczywiście poza ciągłym udzielaniem Chrztu i wytrwałym tłumaczeniem jego inicjacyjnego i fundamentalnego znaczenia dla dojrzałego i zdrowego życia? Kościoły przede wszystkim muszą pojąć, że prawdziwa inicjacja, czyli rytuał umierania, musi człowieka oderwać od czasu i przestrzeni. Znaczenie symbolu ma wieki wieków zachowuje bowiem świadectwo Ewangelii o zmartwychwstałym Chrystusie, który nie zależy ani od czasu, ani od przestrzeni. By móc się rozwijać, by stawać się twórczymi uczestnikami wielopokoleniowej sztafety życia, musimy odnajdywać dostęp do bezczasowości i zyskiwać wolność od ograniczeń przestrzeni. Tymczasem Kościoły same uwikłały się w ograniczenia czasu i przestrzeni nie pojmując pewnego wątku nowotestamentowego świadectwa, który w Jezusie Chrystusie upatruje wypełnienie sabatu, a więc doświadczenia Bożej obecności w przezwyciężeniu czasu i przestrzeni.

Dlaczego kościołów nie wolno nam nazywać świątyniami, co niestety często ma miejsce także wśród nas? Ponieważ jedyną świętą przestrzenią jest sam Chrystus, jako miejsce zamieszkania Boga wśród ludzi. Podobnie jest z czasem. Nie ma żadnego świętego czasu, ponieważ żyjemy w Chrystusie, co oznacza, że będąc w Nim żyjemy w dniu łaski i zbawienia. Tymczasem święte czasy i święte przestrzenie są formą religijnego zadomowienia, dającą poczucie bezpieczeństwa. Jak dalece mogą człowiekowi utrudniać transformację, czyli wyjście ze starej formy człowieczeństwa, widać zwłaszcza po islamie, który z wielką pieczołowitością pilnuje świętych czasów i przestrzeni.

Na tym przykładzie widać, jak dalece potrzebne jest człowiekowi przejście przez doświadczenie śmierci, aby uwolnił się od starych wyobrażeń Boga i samego siebie, a zyskał do-stęp do źródeł prawdziwego życia. Uważam, że duszpasterskie powinności Kościoła, a pozostałe w równym stopniu, powinny zająć się najważniejszą potrzebą każdego z nas, a mianowicie, abyśmy przez doświadczenie umierania zyskiwali dostęp do życia

 

Kościelne projekty

W rozlicznych wystąpieniach, począwszy od kazań a na referatach skończywszy, nieustannie słyszymy, że Kościół potrzebuje ciekawych projektów, które pokażą perspektywę drogi na najbliższe lata i dziesięciolecia. I słusznie. Sam należę do grona ludzi, doceniających wartość dobrze opracowanych projektów, z precyzyjnie wyznaczonymi celami. Niestety najczęściej słyszę wówczas chichot kusiciela, który znanymi sobie metodami odwraca nas od źródeł życia, bo nie w każdym projekcie można dostrzec Boga i troskę o triumf życia.

A jeśli to nie jest chichot zła, a ironia języka? Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że kusiciel po prostu posługuje się słowami, którym celowo nadaje nowe znaczenie! Może diabelskie kuszenie i odwodzenie od Boga polega na odwracaniu znaczenia słów, które powinny być epifanią Boga? Bo na przykład jak to jest z szumnymi, kościelnymi projek-tami? Czy bardzo często nie są jedynie zmyślnymi opakowaniami dla dawno wymyślonych produktów, które zdążyły się zestarzeć i zdeaktualizować? I zamiast solić ziemię i oświecać ludzkie osiedla, odmieniać ludzkie losy i siać słowa życia, które mogłyby przynosić nieoczekiwanie wysokie plony ludzkiego zbawienia, tworzymy słowne konstrukcje, dalekie od prawdziwej mądrości, oraz struktury organizacyjne i społeczne, będące więzieniem ludzkiego ducha.

O co chodzi? O problem, którego negatywne skutki chcę pokazać na przykładzie słowa projekt, pochodzącego z języka łacińskiego. Etymologia podpowiada, że projekt powinien umożliwiać wyrzucenie na zewnątrz (pro-getto – wyrzucam), czyli inaczej wydobycie na światło dzienne. Tymczasem powstaje wiele projektów, których celem jest nie uzewnętrznienie, ale uwewnętrznienie, wchłonięcie do środka i przechowanie w odpowiednim śro-dowisku.

Dobre projekty, a już zwłaszcza kościelne, powinny uwzględniać środek, centrum, czyli inaczej tożsamość, która jest punktem wyjścia i podstawą wszelkich działań, ale osiągać cele na zewnątrz. Chodzi mianowicie o wyjście poza własny krąg, utarte sposoby działania i schematyzm myślenia, aby tworzyć nowe tkanki życia, niezbędne ludzkiej społeczności do przeżycia i rozwoju. To Kościół jako społeczna awangarda i kulturowa elita ma tworzyć i realizować projekty, służące rozprzestrzenianiu się życia i dobra.

Poszukiwanie, niespodzianka, nieposkromiona wyobraźnia, odwaga tworzenia, wreszcie miłość jako efekt zauroczenia i fascynacji – to są najwłaściwsze owoce Ducha Świętego, którymi powinny echować się wszystkie kościelne projekty. Tymczasem wiele z nich (nie uważam, że wszystkie) tworzonych jest raczej po to, aby zamknąć, uwięzić, usztywnić, stworzyć społeczną matrycę, wedle której tworzy się zastępy tzw. chrześcijan, nie zdolnych do pozostawania dłużej sobą. Projekty, które zniewalają ducha i ograniczają wyobraźnię, nie są Boże, skoro Jezus z Galilei dążył raczej do tego, aby Jego uczniowie prz-pominali płomienie i byli zdolni zmieniać świat.

Stąd także ewangelizowanie nie może być wchłanianiem ludzkiej osoby, ani wyjaławia-niem kultury z życiodajnych archetypów, bo Kościół nie jest rodzajem społecznego jamochłonu, pozbawiającego świat jego właściwości. Wręcz odwrotnie, Kościół niczym Jezus z Galilei ludzką osobę i kulturę powinien ubogacać słowem Ewangelii. Dlatego musi tworzyć projekty, które na światło dzienne wydobywają to wszystko, co w człowieku jest piękne i dobre, a do tej pory było głęboko schowane z powodu lęku i braku pewności siebie.

Poza tym nasz Kościół ma niewyobrażalną szansę w sferze tożsamości narodowej, którą bezpowrotnie marnuje. Co 3 sierpnia wydarzyło się przed pałacem prezydenckim i ma związek ze smoleńską katastrofą, a czego najtragiczniejszą puentą jest wypowiedziane tam zdanie o katolickiej Polsce, którą chce zawłaszczyć grupa rozhisteryzowanych fanatyków, nie mających pojęcia o chrześcijaństwie, powinno nam unaocznić, że sprzeniewierzamy się swojemu powołaniu. W społeczeństwie, cechującym się typowo introwertyczną duchowo-ścią, co ma bezpośredni wpływ na sposób pojmowania tożsamości narodowej, żyjącym w lęku przed wszystkim, co inne i zewnętrzne, powinniśmy mówić o duchowości otwartej i ją odważnie pokazywać. Byłyby to działania ewangelizacyjne w pełnym tego słowa znaczeniu, zmierzające do uzdrowienia i otworzenia narodowej społeczności, której duch został uwięziony w duchowym i kulturowym getcie strachów na Lachy.

Zasadnicze pytanie dotyczy jednak obecnych i przyszłych projektów. Jakie będą? Czy po-dobnie będą nas zamykały w getcie ewangelickich lęków, czy umożliwią nam stworzenie nowych tkanek życia? Czy będziemy ludzi uzdrawiali i prostowali, a także uczyli, że chrześcijańskie życie jest wyjściem z siebie, z zadomowienia, a w związku z tym jest ciągłym poszukiwaniem nowego obrazu samego siebie, nieustanną pielgrzymką ku nieznanemu celowi, który osiągają ludzie odważni, z nieograniczoną wyobraźnią, rozkochani w wolności.