wtorek, 21 lipca 2009
Kościół jako zalążek rozwoju - część 4
5. Światło krzyża W Nim wypełniła się bowiem Boża obietnica złożona Abrahamowi, że stanie się „ojcem wielu narodów”, co w perspektywie naszych przemyśleń oznacza przezwyciężenie wszelkich, międzyludzkich podziałów dzięki służbie owego zalążka rozwoju, jakim z Bożego wybrania stał się Abraham i jego potomkowie. W kontekście interesującego nas pytania o miejsce i rolę mniejszości, o ukrzyżowanym Chrystusie można mówić długo, co raz naświetlając inny aspekt. Spróbuję jednak w postaci kilku punktów, wydobyć te myśli, które łączą się z wcześniejszymi wnioskami, aby pokazać zasadniczą spójność biblijnego świadectwa, zarówno starotestamentowego jak i nowotestamentowego.
Kościół jako zalążek rozwoju - część 3
3. Służba Mojżesza Pod jego przewodnictwem, ta sama grupa etniczna, co prawda rozrośnięta już do rozmiarów społeczno-politycznego związku dwunastu plemion Izraela, po kilkuset latach egipskiego poddaństwa uzyskuje wolność i polityczną samodzielność. Z relacji o powołaniu Mojżesza wynika jasno, że ucisk i niewola izraelskiej mniejszości w Egipcie, była złem, któremu Bóg postanowił zdecydowanie się sprzeciwić: „Napatrzyłem się na niedolę ludu mojego w Egipcie i słyszałem krzyk ich z powodu naganiaczy jego; znam cierpienia jego. Zstąpiłem przeto, by go wyrwać z mocy Egiptu i wyprowadzić go z tego kraju do ziemi żyznej i rozległej” (2 Mż 3,7n). Inicjatywa znowu, podobnie jak w wypadku wyprowadzenia Abrahama i jego rodziny z ziemi ojców, należała wyłącznie do Boga, o czym powinny pamiętać wszystkie pokolenia Izraela: „I rzekł Mojżesz do ludu: Pamiętajcie o tym dniu, w którym wyszliście z Egiptu, z domu niewoli, bo przemożną ręką wyprowadził was Pan stamtąd” (2 Mż 13,3).
Kościół jako zalążek rozwoju - część 2
2. Powołanie Abrahama W tym celu warto zainteresować się biblijnym opowiadaniem o powołaniu Abrahama, który posłuszny Bożemu wezwaniu, rozpoczyna wielką – można by rzec – światową karierę obcego. Jednak poprawna interpretacja tułaczych losów „Ojca wiary” wszystkich narodów jest niemożliwa bez uwzględnienia najbliższego kontekstu, poprzedzającego w Starym Testamencie spisane dzieje Abrahama.
Kościół jako zalążek rozwoju - część 1
Na przełomie tysiącleci szeroko rozpowszechniła się w chrześcijańskim świecie myśl, często powtarzana przez rzymskiego patriarchę, Jana Pawła II, że drogą Kościoła jest człowiek. Tak bardzo delikatnej, pod względem duszpasterskim, próbie opisania tajemnicy Kościoła, która jednocześnie pełni rolę wskazania dla chrześcijaństwa trzeciego tysiąclecia, w przypływie sympatii chciałoby się przyznać rację. Tymczasem rodzi się refleksja i z nią związana obawa, że takie rozumienie Kościoła jest tylko reakcją na dotychczasowe, historycznie uwarunkowane doświadczenia katolicyzmu i brakuje jej teologicznego realizmu. Człowiek jest drogą Kościoła tylko na tyle, na ile jego rzeczywistą drogą jest Chrystus, powiadający: „Ja jestem droga i prawda, i żywot,...” (J 14,6). Warto jednak zwrócić uwagę, że w wypowiedzi Nauczyciela z Galilei obraz drogi został związany z prawdą i życiem. Co oznacza, że Chrystus jest drogą Kościoła przy zachowaniu ewangelicznej wrażliwości na prawdę, której świadkami mają być wszyscy chrześcijanie oraz realizowaniu fundamentalnej powinności Kościoła, aby był wspólnotą życia, a właściwie tkanką życia w obumierającej ludzkiej wspólnocie. Tutaj też pojawia się miejsce dla wcześniejszej myśli o człowieku jako drodze Kościoła.
poniedziałek, 13 lipca 2009
Biskup w Kościele

1. ”Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem” (J 15,16 ) – od tej świadomości roz-poczyna się wszystko, co w biskupiej służbie jest błogosławione, ożywcze i duszpaster-skie. Chociaż w naszej praktyce kościelnej dokonujemy wyboru biskupa, z powodów teo-logicznych jest mniej ważny od świadomego wybrania drogi służby przez tego, który ma prowadzić, uszczęśliwiać i ratować.

Ja was wybrałem  czyli dobrowolnie i bez żadnego przymusu stałem się waszym bisku-pem. Ja was wybrałem  czyli w samym środku mojej osoby  w sercu  usłyszałem Boże powołanie do tego, aby być waszym sługą jako biskup. Ja was wybrałem  czyli rozpozna-łem w sobie talenty ku temu, aby prowadzić. Nikt mnie nie zmusił. Nie jestem z tego powo-du nieszczęśliwy. Moja samoświadomość doprowadziła mnie do wyboru biskupiej służby  oto treść słów, które powinny nas głęboko wzruszać, ilekroć ciemności zdają się brać górę nad jasnymi strojami kościelnego urzędu: Ja was wybrałem!

W kształtowaniu takiego modelu biskupiej służby najważniejsza jest postawa miłosiernej wierności. Dobrowolny wybór tej służby powinien pod każdym względem przypominać postawę rodziców wobec dziecka, które nie wybierało rodziców, ale zawsze i wszędzie ma prawo oczekiwać ich wiernego miłosierdzia.

Z czym kojarzymy miłosierdzie? Z misericordias, czyli z odruchem serca. Zresztą słowną kalką tego słowa jest nasze miłosierdzie (miłość i osierdzie czyli serce). Czy miłosierdzie  lokowane przez nas w sercu  nie rywalizuje z łaską? Łaska czyli hebrajskie hesed  to odruch serca, rodem z pola bitwy. Łaska jest związana z męską wrażliwością i życiowymi doświadczeniami. Jakże daleko jej do kobiecej delikatności, matki płaczącej z powodu zabitego syna i męża. A miłosierdzie? Ono w St. Testamencie nazywa się rahamim (od rzeczownika rehem  matczyne łono).

Rehem posiada też znaczenie przenośne, ponieważ łono matki w środowisku akkadyjskim i hebrajskim uważano za siedlisko rodzicielskich uczuć. Sensu ogólniejszego nabiera słowo rehem dopiero w liczbie mnogiej jako rahamim. Etymologicznie oznacza ono wnętrzności, a ponieważ Semici uważali wnętrzności za miejsce, gdzie lokalizują się uczucia, przeto pojęcie rahamim staje się terminem oznaczającym miłosierdzie: „Czy Efraim jest mi tak drogim synem lub dziecięciem rozkosznym, że ilekroć o nim mówię, muszę go wiernie wspominać? Dlatego moje wnętrze wzrusza się nad nim; zaiste muszę się nad nim zlitować  mówi Pan” (Jr 31,20).

Bóg jest naszym rodzicielem  oto teologiczna i egzystencjalna podstawa dla rozpoznania, czym w istocie jest Boże miłosierdzie! Ponieważ jesteśmy z Jego łona nie musimy się bać: „A przecież to Ja sam uczyłem Efraima chodzić, brałem ich na swoje ramiona, lecz oni nie wiedzieli, że to Ja ich leczyłem, przyciągałem ich więzami ludzkimi, powrozami miłości, i byłem dla nich jak ten, który podnosi niemowlę do swojego policzka, i nachylałem się do nich, aby ich nakarmić” (Oz 11,3n); „Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona?” (Iz 49,15).

Czy możliwa jest biskupia służba, której symbolem byłoby kobiece łono? Ona jest nie tyl-ko możliwa; ona jest konieczna, żebyśmy nie musieli bać się o przyszłość następnych po-koleń, być może wiele wiedzących, jednak nie myślących sercem, nie miłujących mądro-ścią i nie umiejących mądrości wydobywać z miłości.

2. Biskupi urząd afirmuje wiele słów i gestów Jezusa z Nazaretu, ale zwrócę uwagę tylko na jeszcze jeden fragment: „Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, lecz nazwałem was przyjaciółmi, bo wszystko, co słyszałem od Ojca mojego, oznaj-miłem wam” (J 15,15). Genialne słowa Mistrza z Galilei. Zastanawia mnie jednak, dlacze-go ich nie słyszymy, skoro w ogóle nie wykorzystujemy ich w budowaniu biblijnej du-chowości. Słuchacze Ewangelii już nie są sługami! Zadziwiające i wstrząsające? Ap. Pa-weł w Liście do Galacjan ma wiele do dodania ( Ga 4,1-7).

Skoro wszyscy jesteśmy przyjaciółmi Jezusa, jest dla mnie oczywiste, że biskup ma być przyjacielem tych, do których mówi w imieniu Jezusa Chrystusa! Przyjacielem, a nie zwierzchnikiem! W Kościele to słowo brzmi jak słowo zgorszenia. Zwierzchnikiem może być jedynie Chrystus. Tylko On jest ARXE całego stworzenia i Kościoła i tylko On jest kamieniem wieńczącym.

Chcieć być zwierzchnikiem w Kościele, jest uzurpacją równą byciu Ojcem Świętym.

Biskup ma być przyjacielem, na którym można polegać tak podczas spowiedzi, jak w naj-trudniejszej chwili życia, gdy przyjaciel musi stać się ratownikiem. W ratowaniu przyja-ciół, biskupia służba objawia swoją powagę i głębię, nad którą w naszym Kościele lekko-myślnie przechodzimy do porządku dziennego. Bycie biskupem oznacza bowiem ratowa-nie z niewoli i przeprowadzanie do krainy wolności i życia. Dlatego biskup, idący na prze-dzie, jest tym, który ma dalej widzieć, aby przyjaciół strzec przed niebezpieczeństwami i wybierać najodpowiedniejszą drogę, co podpowiada nam grecki źródłosłów słowa biskup.

3. Widzący dalej nie jest wizjonerem, zaklinaczem przyszłości ani magiem w wąskim znaczeniu tego słowa. Przede wszystkim jest prorokiem, czyli kimś, kto nie posługuje się cielesnymi oczami, ale słowem Boga i w codzienności swojej służby czyni z tego słowa pasterską laskę oraz kij, które mają pocieszać Boży lud! Biskup jest więc zwierzchnikiem wtórnie, zawsze i wyłącznie jako ktoś, kto dzięki charyzmatowi widzenia dalej, idzie na przedzie. Jako widzący dalej, biskup może posługiwać się jedynie słowem Boga. Jedynie ze słowa wyrasta biskupi autorytet, a już na pewno nie z władzy, sprawowanej dla samej siebie i dla satysfakcji panowania.

Podstawowym zadaniem biskupa jest interpretowanie rzeczywistości, w której żyje lud Boży, słowem Boga, które jest żywe i skuteczne nie tylko w tworzeniu świata, ale także w wypełnianiu. Dzięki swojej teologicznej i egzegetycznej pracy biskup zyskuje właściwą perspektywę drogi i broń do walki z mocami ciemności, aby swoich przyjaciół bezpiecznie przeprowadzić do krainy szczęścia.

4. Fakt, że biskup ma iść przodem, oznacza nie tylko konieczność pracy teologicznej, ale również gotowość do bycia przywódcą, który swoje dłonie w geście błogosławienia ma nieustannie wyciągnięte nad ludem. A że wzniesione dłonie są obrazem modlitwy dzięk-czynnej, zaś wyciągnięte nad głowami przywodzą na myśl modlitwę wstawienniczą, wyni-ka stąd, że biskup ma trwać przed majestatem JHWH w modlitwie za lud. Przewodzenie zaczyna się modlitwą i na niej kończy. Prawdziwym wojownikiem jest modliciel, a już na pewno nie człowiek dumny z władzy.

Będąc widzącym dalej, modlicielem i wojownikiem, biskup prowadzi, czyli wyznacza drogę tym, którzy oglądają się wstecz, inspiruje zmęczonych i podnosi na duchu znudzo-nych. Przede wszystkim daje do myślenia, pokazując świat wciąż z innej perspektywy. Słowami, biskup ma tworzyć ekran, na którym lud Boży może oglądać świat. Jedynie świat widziany przez słowa jest przestrzenią oswojoną, napełnioną światłem, w którym słychać nadchodzącego Oblubieńca ludzkich dusz. To znaczy, że służbą i modlitwą biskup ma budzić wszystkich, którzy posnęli i nie pamiętają, aby zawczasu napełnić swoje serca radością ze zbliżającej się chwili wejścia na weselną ucztę.

5. Aczkolwiek swoją szczerością, stylem przewodzenia i autentycznością bycia, biskup jak prorocy, Jezus z Galilei, Szczepan i wielu anonimowych męczenników, często sprowa-dza na siebie złorzeczenie. Stąd może warto powrócić do wstępnej refleksji, dotyczącej wyborów?

Wybory, na dodatek demokratyczne i wynikające z popularności wśród typujących księży, czy to nie zbyt wiele miodu na biskupie serce? Kiedyś przecież ten miód skapie… Popu-larność mija szybciej, aniżeli problemy i wyzwania, przed którymi stoi każdy biskup! Czy wraz z malejącą popularnością ma przemijać biskupi autorytet?

Chrystusie, spraw, aby widzący dalej; przewodnik; ten, który wybrał swój lud i zwrócił się ku niemu w postawie bezwarunkowego miłosierdzia; ten, którego wnętrzności mają się wzruszać nad niedolą ludu, miał odwagę iść pod prąd, być sługą Słowa, które tworzy no-wą postać świata a nie konserwuje starą i miłował do końca.

Modlitwa o biskupa jest nie tylko dewocją. Jeśli ryt ustanowienia biskupa polega na nało-żeniu rąk i jest związany z epiklezą, doprawdy dzieje się wówczas więcej, aniżeli zatwier-dzenie demokratycznych wyborów! Nie ma biskupiego autorytetu bez braterskich i błogo-sławiących dłoni na jego głowie! Są mu potrzebne dnia pierwszego i ostatniego. Nie ma tez biskupiej służby bez modlitwy Kościoła o Ducha Bożego. Bez niej biskup jest sam!

Czy Kościołowi potrzebny jest samotny biskup?

Czy księża oczekują samotnego biskupa?

”Nie wy mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem”.

 

Cosi o mnie, czyli o Uglorzowi Markowi

 

Chwała Pón Bóczkowi, żech się narodził w Cieszynie, w pieknym konteczku ślońskij krainy. Po mieczu, czyli po Manfridzie, jeżech prusokiem. Po kądzieli, czyli po Annie, rodzonej Gansel, jeżech cesarokiem.

Aspoń ni miołech wyboru i musiołech se chaupe wystowić kansi kole granicy na Wiśle. Jakisi 5 km od moi chaupy stoi kamień wedle cesty, na kierym som kilometry do Wiednia, a nie do Warszawy.

 

NO CÓŻ: WIELU DO SIEBIE ZRAŻAM!

MIĘDZY INNYMI TYM, ŻE ZA ŚLĄZAKA SIĘ UWAŻAM.

WSZAKŻE NAZWISKO PODPOWIADA  TAKA MA SŁOWIAŃSKA KREW,

ŻE TYLKO NA ŚLĄSKU SŁYSZĘ WSZYSTKICH STWORZEŃ ŚPIEW.

Od zawsze mieszkałem na farach. Pierwsze cztery lata życia spędziłem w Jaworzu, gdzie Tato był wikariuszem. Potem zamieszkaliśmy w ST. Bielsku, bo został tam proboszczem.

Starobielska fara była miejscem mojego dziecinnego snu radości i beztroski:

 

Amnezja

POZOSTAŁO ZALEDWIE KILKA ZAPACHÓW.

W NOZDRZACH BARDZIEJ?

MOŻE W SERCU?

AMNEZJA...

 

Z TRUDEM WIDZĘ,

ZAMKNIĘTYMI OCZAMI UŚMIECH TATY;

PAMIĘTAM  DŁONIE MAMY RADOŚĆ SIAŁY.

AMNEZJA...

 

NA STOLIKU DRUTY Z WŁÓCZKĄ,

ZA ŚCIANĄ RZĘDY KSIĄŻEK,

DOM PEŁEN ZNAKÓW MIŁOŚCI.

AMNEZJA...

 

RESZTA GDZIEŚ SIĘ PODZIAŁA.

FOTOGRAFIE PAMIĘTAJĄ WIĘCEJ,

I TYLKO MIŁOŚĆ POZOSTAŁA.

 

AMNEZJA?

MIŁOŚĆ PAMIĘTA!

 

Jestem mężczyzną. W moich żyłach płynie krew życia, dlatego wiem, że najpiękniejsza jest kobieta. W oczach kobiety można odnaleźć niebo. W jej delikatności i piękności doświadczyć niezwykłej miłości Boga.

W pięknie kobiety przychodzi do mnie piękny Stworzyciel i dlatego wiem, że mężczyzna pod jedną pachą zawsze powinien mocno dzierżeć portret kobiety:

 

Wpleciony

Wtulony w Twe włosy,

drżę podniecony.

Wszędzie świata odgłosy,

jam w Ciebie wpleciony.

 

Jedno tylko słyszę:

oddech przyśpieszony.

Pocałunkiem na ustach wypiszę,

żem Tobą zachwycony.

 

Chociaż zapierałem się jak tur, że księdzem nie będę, nic z tego nie wyszło. Co prawda skończyłem techniczną szkołę ogrodniczą w Białej, jednak od 19 lat zmagam się z biblijnym obrazem JHWH, aby go opisywać w tekstach i malować słowami kazań, katechez i wykładów:

 

Sobotni wieczór

Od dwudziestu godzin święci się sabat 

święty odpoczynek.

Za cztery godziny powitam niedzielę 

radość zmartwychwstania.

 

Ślęczę w gabinecie i myślę:

 Kim jestem?

 Jak mam być?

 Czy wolno mi odpocząć?

 Może powinienem zaharować się dla „nowej ziemi”?

Sługa Słowa  a chęci nie mam do niczego.

Radość stracona...

Serce puste...

Myśli płoche i zalęknione...

 

W sabat walczę o resztki wiary.

Zaufam i wstanę zmartwychwstały!

Jutro na ambonie znowu będę uśmiechnięty.

 

Na szczęście pozostaje mi – żeby nie zwariować, albo co gorsze nie zachwycić się sobą – miłość do stworzenia.

Doprawdy nie podziwiam jedynie piękna kobiet. Zachwycają mnie też kwiaty i drzewa. Tęsknię za zapachem ziemi po pierwszym ciepłym, wiosennym deszczu. Od dzieciństwa hoduję rasowe kury i gołębie, których mam zdecydowanie za wiele. Aczkolwiek, gdy liczę kurze nogi na placu i gołębie w wolierach, chwytam się za głowę, gdy jednak zaczynam liczyć ich głowy, pewniej staję na nogach: W końcu to jest dwa razy mniej!!!

Bez przyrody moja duchowość byłaby jakaś miejska, zbyt ponowoczesna, septyczna i może mało wrażliwa?

 

Jesienne liście

Wczoraj zielone, dziś wyzłocone;

Jesienne liście  letniego słońca zaklęty czar.

Roztańczone w rytmie zuchwałego wiatru,

Piękne dziś ostatni raz.

 

Otulony srebrem porannych przymrozków,

Poczerwieniał nimi świat wokół nas.

Rozbudzonych namiętności płomień,

Ginie pod strumieniami łez.

 

Jesienne liście  kolorami ziemi,

Zimowej śmierci czynią znak.

Milczeniem roztańczonego przemijania,

Zapraszają na ostatni bal.

 

Moim mistrzem jest śląski romantyk z Łubowic pod Raciborzem, Józef von Eichendorf. Jego serce też biło po Śląsku, chociaż usta gadały po niemiecku. Ale tak to już jest w naszej śląskiej ojczyźnie, że język nie jest najważniejszy. Łączy nas pewien rodzaj wrażliwości, który obcy jest Polakowi, Niemcowi, czy Czechowi. Chociaż – nawiasem mówiąc – coraz częściej dostrzegam, że cesarokom kulturowo najbliżej do Morawian, zaś prusokom z Górnego Śląska do Czechów.

Dlatego zakończę wierszem Eichendorfa, który dedykuję wszystkim czytelnikom:

Strony rodzinne

Pamiętasz tam, na wzgórzu, zamek ów?

Łkał nocą róg, jak gdyby wołał ciebie,

I sarna szła na łów,

I szumiał las i srebrniał sierp na niebie 

Tak cicho... Abyś mógł usłyszeć siebie

I boleść swych dziecięcych snów.

 

Pamiętasz ogród?  Wiosną, świtem, wczas,

Tam dziewczę w chłodnej rosie ścieżek chodzi

Samotność siejąc w nas...

I jak kto pieśnią swą tęsknotę budzi,

Tak w śpiewie kwiatów, drzew, nas wiecznie łudzi

Nasz dawny, przepłakany los.

 

Korony drzew, niech brzmi wasz szumny jęk!

Ucieczka na nic  wszędy wspomnień sploty.

Jak wierny pies ten dźwięk...

Dosięgną cię ojczystej pieśni groty,

A w niej zaklęty ból nasz szczerozłoty.

Twój los jak mój: tęsknota, lęk.

 

Tłum. Ks. Jerzy Szymik

 

Ostańcie z Pón Bóczkiem!