poniedziałek, 24 maja 2010
Zesłanie Ducha Świętego

Duchu Święty, całkowicie Tobie się oddaję. Prowadź mnie, kształtuj i czyń ze mną, co Ci się podoba, abym był dobrym sługą Chrystusa. Upodobałeś sobie prowadzić mnie dziwną drogą, lecz któż odgadnie Twoje zamiary? Proszę, pomóż mi zrozumieć problemy, których człowiek zmysłowy nigdy nie pojmie, ani ich nie przyjmie, bo są dla niego głupstwem. Obym nigdy nie zwiastował ludzkiej mądrości a do duchowych rzeczy zawsze przykładał duchową miarę. Amen.

 

J 20,19-22

 

A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego.

 

Duch Święty  dla wielu ludzi jest tylko pojęciem teologicznym, ułatwiającym wypowiedź o Bogu i historycznej postaci Jezusa z Galilei, wszak Bóg podobno jest, ale jakoś Go nie widać. W rzeczy samej Bóg jest duchem, a Jego obecność jest duchowa. Jednak, czy chrześcijańskie doświadczenie działania Ducha Świętego nie umożliwia nam głębszego zrozumienia Boga i życia, aniżeli jedynie teologiczna wypowiedź, że Bóg jest duchem?

Już samo nazewnictwo, którym posługuje się Biblia, ujawnia, że teologiczne przestrzenie, w których można zrozumieć i opisać Ducha Świętego, są wręcz fantastyczne i zapierają dech w piersiach.

Duch  "ruah" czyli rodzaj żeński - odnawia oblicze ziemi  - przynosi życie  - to jest jedna linia, związana ze stworzeniem.

Duch jest także sprawcą pocieszenia - przypomina i wprowadza w prawdę - to druga linia, która jest związana ze Słowem Boga.

Na pytanie o istotę Ducha Świętego możemy odpowiedzieć, że tworzy ludzki świat, to znaczy nadaje sens naszemu życiu na ziemi, odnawiając nas i ożywiając, a także pocieszając słowem Ewangelii.

Mówiąc jeszcze inaczej: Duch Święty jest Bożą sferą naszej egzystencji, a której żyjemy, często w ogóle nie uświadamiając sobie związków ze sacrum. Dzięki Duchowi wszystko na-biera plastyczności, dynamizmu. Dzięki Niemu można przeżywać życie inaczej, doświadcza-jąc wielobarwności życia w jednej chwili, będąc jednocześnie skoncentrowanym na konkret-nym zadaniu.

Dlatego o Duchu Świętym można też powiedzieć, że jest łonem, z którego rodzimy się każ-dego dnia do nowego życia. Kto nie rodzi się wciąż z Ducha Bożego, ten jest martwy. Wygląda na żywego, ale nie żyje i nie owocuje. Niczym pierwszego dnia wyszliśmy z płodowej wody, tak każdego dnia mamy rodzić się z Ducha, czyli z Boga, który jest źródłem życia i jego dawcą. Stąd chrzcząc, posługujemy się symbolem wody, abyśmy zobaczyli analogię rodzenia, o której Nikodemowi mówił nasz Pan.

Kto jest rodzony z Ducha Świętego, ten rodzi się w Królestwie Bożym - tu widać, że można powiedzieć o Duchu Świętym, jako sferze (Bożej przestrzeni) ludzkiej egzystencji. Kto jest rodzony z Ducha, ten doświadcza już owej pełni i wielkiego, zbawiennego finału Bożego działania, o którym powiadamy, że jest wypełnieniem się ostateczności: „A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam!”.

Wszystko dzieje się pierwszego dnia po sabacie, czyli w nowym czasie, w nowym eonie.

Nowy świat, bo zaczął się nowy tydzień, po sabacie przecież. Ten obraz chce nam unaocznić, że skończyło się stwórcze działanie Boga w sensie ścisłym, a nastał czas Bożej obecności. Chrystus, wkraczający w pierwszym dniu po sabacie w przestrzeń i czas naszego życia, to Bóg zbawiennej obecności. Dlatego pierwsze słowa, jakie słyszą wystraszeni uczniowie z ust zmartwychwstałego Chrystusa to pozdrowienie pokoju!

Do naszej teraźniejszej egzystencji przynależy lęk i niepewności. Nasze życie to w pewnym sensie nieustanna walka... . Tymczasem zmartwychwstały Chrystus tchnie na nas Ducha po-cieszenia i pokoju. Czas niepewności, lęku, smutku i wojny minął. Możemy radować się! Od-tąd nasze życie nabiera smaku i wartości.

Życie według ciała jest smętne i martwe. Życie według ducha jest radosne i owocujące! O tym nie wie nikt, kto nie modli się do Boga, aby zrodził go z Ducha Świętego do nowego ży-cia. Czy modlimy się do Ducha, aby przyszedł i odmienił nasze życie, niczym strumienie wyschniętą i spieczoną ziemię? „Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij też mnie, naucz mnie żyć w wolności, nieś mnie przez cały dzień i pomagaj mi wzbogacić ziemię swoimi darami”.

Duch jest dawcą życia i tworzy życie. Jak w starej postaci świata nie ma życia bez wody, tak Królestwo Boże jest tajemnicą odradzającej i odnawiającej życie działalności Ducha Święte-go. Aby ów związek zrozumieć, a także pojąć, jak wiele w naszej codzienności zależy od Ducha, którego tchnął na nas Chrystus, pozwólmy sobie na obraz w kilku odsłonach, zatytułowany Jak wiatr z mleczem. Idzie mianowicie o to, abyśmy wyobrazili sobie, że wiatr przedstawia Ducha a mlecz nas samych. Ów obraz może więc też nosić tytuł: Jak Duch z człowiekiem.

Wyobraźmy sobie wiosenną łąkę pełną mleczy. Widzimy, że łąka jest obsypana mleczem jak ziemia ludźmi. Mlecz nie jest specjalnie wymagającą rośliną i rośnie na każdej glebie. Jego korzenie tkwią głęboko i mocno w ziemi. Na pierwszy rzut oka wszystkie kwiaty wyglądają jednakowo. Ale jest tak samo, jak u ludzi: każdy jest niepowtarzalny, żaden odcisk palca nie zgadza się z miliardami innych. Wiatr rozwiał wszędzie mlecz jak Duch Boży ludzi. Trudno sobie wyobrazić, że mógł nas osiedlić na Madagaskarze, w środku Afryki, albo w jakimś obszarze głodu. Nikt nie potrafiłby wtedy odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego?”. Jest jednak ważne, że każdy z nas jest niepowtarzalny w swoich predyspozycjach, które dał nam Duch Boży. l te niepowtarzalne właściwości powinniśmy wnosić w świat, a nie stawać się tanią kopią jakiegoś idola. Sami siebie powinniśmy wnosić na „łąkę ludzkości”!

Szeroko otwarty kwiat. Mlecz zamyka się na noc. Jest zdany na słońce, jak cała ziemia. Kiedy ono świeci, mlecz rozwija swój kwiat jak małe słoneczko. Także my, ludzie, jesteśmy zależni od słońca: od przychylności ludzi i zaufania Bożej dobroci. (Promienie Bożego słońca przy-pominają inny symbol Ducha Świętego, płomienie ognia!) Wtedy można iść na całość. Narzekanie nic nie pomoże, bo bez względu na to, gdzie człowiek pracuje i za ile, Duch Boży postawił człowieka właśnie w tym miejscu i tam ma kwitnąć i odbijać światło Bożego słońca. Dopiero w tym przekazywaniu dobra dalej człowiek zaczyna odczuwać zadowolenie. W tym leży tajemnica życia: oddać siebie. Dopiero to stwarza nam grono przyjaciół i przynosi zado-wolenie.

Przekwitły mlecz. Szybciej, niż myślimy, przekwita mlecz, my wszyscy przekwitamy. Czy wtedy wszystko mija? Jeszcze trochę żółtej barwy w kwiecie przypomina nam dzień wczoraj-szy. Niebezpieczne jest spoglądanie w tył i upajanie się żółtością minionych dni. Kto chce pozostać żywy i ruchliwy, patrzy do przodu - w swojej sytuacji, takiej jaka jest - i otwiera się na nowe zmiany, które prowadzą do dojrzałości. Wtedy - prawie niedostrzegalnie - może się zdarzyć coś cudownego.

Dmuchawiec. Widzimy cud, że także w starości może wyrosnąć nowe. Staliśmy się „biali”, okrągła żółtość znikła. Jeżeli nie staniemy się jak dzieci... One nie dostrzegają zmarszczek i białych włosów. Wnuczęta żyją w serdecznym kontakcie z babcią i dziadkiem. Przyciągają się magicznie... W dojrzałości życia uczymy się uwalniania - tak jak te małe spadochrony z kosztownym nasionkiem na dmuchawcu są gotowe do odlotu. Wiatr może je przenieść na odległość kilometrów. W Ewangelii słyszeliśmy: „Chrystus tchnął na nich” oraz: „Ja was posyłam”. Jak nasionka mlecza, gdy dmuchniemy lecą w różne strony świata, tak podobnie leci naprzód wszystko, co wysyłamy w świat. Każda dobra myśl, każda modlitwa, każde życzliwe słowo, każdy pomocny czyn działają dalej na świecie i zapuszczają gdzieś korzenie na łące ludzkości. To, co zostało posiane przez wiatr, żyje jeszcze gdzieś, chociaż my może już od dawna nie żyjemy. Duch Boży wieje tam, gdzie chce.

Pusty owocostan. Wszystko już poleciało. Pusty owocostan wkrótce zwiędnie. A przecież wciąż jest piękny. Linie na nim są małym cudem, jak linie twarzy starego człowieka. Gdy w życiu doszliśmy do miejsca, gdzie stoimy z pustymi rękami, musi nam wystarczyć świadomość, że gdzieś rośnie to, co posialiśmy, wschodzi i przynosi owoce. Pod koniec życia ratuje nas zaufanie do dobroci Boga.

Zwykły mlecz może udzielić nam odpowiedzi na pytanie o sens życia i pomóc zrozumieć tajemnicę Ducha Bożego, który wieje tam, gdzie chce. Czy ten obraz jest dobry? Ktoś może pomyślał, że jest tylko sztuczką kaznodziejską. Może tak jest? A może wcale nie? Zapytajmy, po czym uczniowie poznali Mistrza, gdy przyszedł do nich po zmartwychwstaniu i tchnął na nich Ducha?

Poznali Go po ranach!

Niech ta prawda zapuści w nas głębokie korzenie!

Módlmy się zatem:„Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij nas, naucz nas żyć w wolności, nieś nas przez życie i pomagaj nam ubogacać ziemię”. Amen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 20 maja 2010
Czy powódź mieści się w Bożym planie?
Przed kilkoma tygodniami, jeden z Kolegów elektroniczną pocztą zadał mi pytanie: „Drogi Księże Marku, przepraszam, że zawracam głowę, ale ostatnio studenci zadali mi temat, z którym nie bardzo wiem, co począć: "Boży plan a wolność człowieka". Chodzi o to, czy Pan Bóg przewidział wszystkie nasze ruchy - czyli wie, kiedy będzie dobrze, a kiedy upadniemy, bo taki jest Jego plan i my go nie zmienimy. Czy też jest tak, że Bóg ma plan dla świata i dla każdego z nas, ale że ten plan nie dotyczy szczegółów, to znaczy, że jako wolni ludzie, którzy dokonują negatywnych wyborów, możemy Bogu ten plan przekręcić albo zburzyć. I On potem na nowo musi plan wobec nas układać. Czy Ksiądz mógłby mi jakoś pomóc w tym zakresie” Patrząc dziś, co dzieje się za oknem i wiedząc dzięki telewizji o tragicznej sytuacji wielu ludzi w całej środkowej Europie szczególnie mi bliskiej ze względu na moje śląskie pochodzenie), pomyślałem o odpowiedzi, którą wówczas odesłałem, że w jakiejś mierze jest na miejscu. Mam nadzieję, że stanie się też przyczynkiem do teologicznej refleksji.
Czy Bóg radzi sobie z wodą?
Na południu Polski leje każdego dnia od 1 maja, a i kwiecień do suchych miesięcy nie należał. Od niedzieli na Śląsku i w Małopolsce zmagamy się z prawdziwym potopem. W Ligocie, gdzie mieszkam, spadło już 300 l wody na m2. Pola, ogrody i domy są zalane i zniszczone. Teraz woda popłynie dalej. Czy w spadających z nieba strugach deszczu widać jakiś skrawek nieba? Czy Bóg radzi sobie z wodą? Wygląda bowiem na to, że strażacy i ludzie, w których pozostały resztki wiary, pomimo że tracą dorobek życia, radzą sobie z nią dużo lepiej! Pomimo wyznania Psalmisty Pańskiego: „Ty dokonujesz dzieł zbawienia na ziemi. Tyś mocą swoją rozdzielił morza, zmiażdżyłeś głowy potworów na wodach. Tyś rozbił głowę Lewiatana, oddałeś go na żer zwierzętom pustyni” (Ps 74,12-14) bądź świadectwa ewangelisty o Jezusie, uciszającym burzę: „Tedy przystąpili do niego i zbudzili go, mówiąc: Mistrzu, Mistrzu, giniemy. A on obudziwszy się, zgromił wiatr i wzburzone fale, a one uspokoiły się i nastała cisza ” (Łk 8,24), wygląda bowiem na to, że Bóg wcale nie radzi sobie z wodą.
niedziela, 09 maja 2010
Biskupia wolność

Kolejny Eklezjolik piszę, poruszony nagłą śmiercią duchownego, śp. bpa Mieczysława Cieślara, który oprócz tego, że był proboszczem łódzkiej parafii, prowadził także warszawską diecezję i pracował na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Zestawienie kościelnych i akademickich obowiązków śp. bpa M. Cieślara, stało się impulsem do napisania tekstu, przede wszystkim poświęconego pamięci zmarłego, w którym jednocześnie stawiam kilka pytań, dotyczących przyszłości Kościoła.

Złożyło się bowiem, że diecezja warszawska pozostaje już dziś bez biskupa, zaś w najbliższych miesiącach kolejna diecezja, a mianowicie pomorsko-wielkopolska, na skutek przejścia tamtejszego biskupa na emeryturę, również będzie musiała wyłonić następcę. Minie kilka kolejnych lat, a pozostałe diecezje będę stawiane w podobnej sytuacji. Wydaje mi się, że w Kościele mamy czas, który warto wykorzystać dla refleksji nad administracyjną strukturą Kościoła i praktycznymi znamionami pełnienia biskupiej służby.

Czy Kościół, liczący kilkadziesiąt tysięcy wiernych, musi być podzielony na sześć diecezji, z których niektóre pod względem osobowym są mniejsze od kilku liczniejszych parafii? Jestem pewien, że nie i to z wielu powodów. Między innymi dysponujemy stanowczo zbyt skromnymi finansami, aby utrzymywać sześć biskupich kancelarii oraz sześciu biskupów diecezjalnych, do których trzeba doliczyć biuro konsystorza i biskupa Kościoła. Proszę serdecznie wszystkich, którym na sercu leży dobro Kościoła, aby nie odrzucali moich sugestii „z założenia”, tylko dlatego, że znajdują się w takiej życiowej sytuacji bądź sprawują jakiś urząd i kościelną funkcję, które straciłyby na znaczeniu, albo ze względu na realizowaną dziś wizję władzy, ale uczynią je przedmiotem swoich przemyśleń i modlitw.

Po pierwsze uważam, że w obecnej sytuacji wystarczyłyby trzy diecezje, ukształtowane pod względem historycznym, które jednocześnie umożliwiałyby uwolnienie biskupów diecezjalnych od bardzo niedobrego uwikłania w pełnienie funkcji parafialnych. Mogłaby powstać Diecezja Śląska, obejmująca Dolny i Górny Śląsk, na północy Diecezja Pomorsko-Mazurska i Diecezja Centralna. Tej byłoby najtrudniej znaleźć nazwę, w każdym bądź razie obejmowałaby ziemie etnicznie polskie, od zachodu po wschód i południowy wschód.

Po drugie, co zasygnalizowałem wyżej, biskupi diecezjalni powinni bezwzględnie rezygnować z pełnienia funkcji parafialnych, aby zyskać czas na angażowania się w duchowe życie swoich diecezji i możliwości kaznodziejskiego, katechetycznego, duszpasterskiego i teologicznego oddziaływania. W pierwszym rzędzie zyskaliby wolność, niezbędną do sprawowania zadań nadzorczych tak w przestrzeni nauki i wiary, jak w administrowaniu diecezjami. Po wtóre mogliby stać się prawdziwymi przewodnikami, czyli animatorami i tymi, którzy dają do myślenia. Co nie znaczy, że teraz nimi nie są. Jednak na pewno nie w takim zakresie, w jakim tego po nich oczekujemy. Nawet gdyby w dalszym ciągu pozostało sześć diecezji, ów warunek powinien być stawiany każdemu nowo wybranemu biskupowi diecezjalnemu. Biskupi mają bowiem żyć w wolności i dawać świadectwo zaufania Chrystusowi. W każdym bądź razie, gdybyśmy ograniczyli liczbę diecezji, stworzylibyśmy struktury silniejsze finansowo, zdolne do utrzymywania biskupów i samodzielnych kancelarii diecezjalnych.

Po trzecie, aby dalej nie mnożyć w Kościele biskupów czynnych i będących w stanie spoczynku, bądź czasowo nie pełniących zadań duszpasterskich i administracyjnych, należy dążyć do stworzenia takiego modelu władzy, zapewniającej jedność Kościoła i sprawne funkcjonowanie całej wspólnoty, w którym obowiązki biskupa Kościoła pełniłby jeden z biskupów diecezjalnych, wybieralny na trzyletnie bądź pięcioletnie kadencje. Także z powodów teologicznych obecny model, w którym mamy biskupa Kościoła bez diecezji, jest kuriozalny. Oznacza bowiem, że praktycznie cały Kościół jest jedną diecezją, której przewodzi biskup Kościoła. Jednak wówczas, jak rozumieć mniejsze jednostki administracyjne, na czele których stoją biskupi diecezjalni? Można sobie wyobrazić, że w przyszłości zostanie wykonany ruch właśnie w tę stronę, aby zrezygnować w biskupów diecezjalnych oraz diecezji, a jedną diecezję podzielić na dekanaty, jednak każda próba centralizacji władzy w Kościele, bez względu na powody, będzie naszą wspólnotę jedynie osłabiała. Im bowiem władza jest odleglejsza, tym odpowiedzialność za parafię i cały Kościół staje się mniejsza, a impulsy do zmian oraz inspiracje do rozwoju duchowego życia wyraźnie słabsze. A jedność Kościoła w żadnym wypadku nie zasadza na silnej władzy centralnej, a na jedności nauki i czci, oddawanej Bogu.

Po czwarte każda zmiana obecnego kształtu władzy i administracyjnego funkcjonowania Kościoła, zapewniająca biskupom, a jednocześnie wszystkim księżom, większą wolność w pełnieniu służby na chwałę Chrystusa i wypełnianiu zadań, wynikających z ordynacyjnej przysięgi, będzie skutkowała wewnętrznym ożywieniem Kościoła, a na zewnątrz upodmiotowieniem nas w polskim społeczeństwie oraz zdolnością do uczestniczenia w zjawiskach i procesach kulturowych.

 

Księża są ludźmi miłości a nie sukcesu

W dniach, gdy trumna z doczesnymi szczątkami kolegi, śp. ks. płk. Adama Pilcha, stoi na marach, nie chcę pisać – jak obiecałem ostatnim razem – o teologicznym dorobku luterańskiego duchowieństwa. O służbie moich kolegów, i swojej także, nie chcę i nie mam od-wagi pisać krytycznie. Przede wszystkim dzisiejszy tekst poświęcam pamięci tragicznie zmarłego proboszcza warszawskiej parafii Wniebowstąpienia Pańskiego i jednocześnie wojskowego duszpasterza, dlatego nie pozostaje mi nic innego, tylko przypomnieć pytanie, które Zmartwychwstały Chrystus zadał Piotrowi: „Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci?” (J 21,15). Pytanie Mistrza oznacza, że po swoich sługach oczekuje miłości.

Będąc drogą do spełnienia tajemnicy człowieczeństwa, miłość niesie jednak z sobą ogromne ryzyko. Kto miłuje, musi bowiem ryzykować własnym życiem. Miłość wymaga odwagi, polegającej na wyjściu z samego siebie, oddaniu się bliźniemu i zaufaniu. Miłość musi przezwyciężyć lęk przed drugim człowiekiem i konsekwencjami własnej aktywności. Przecież zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek obdarowany miłością nie odwzajemni jej, a nasze działania, pomimo najlepszych chęci, w efekcie mogą przynieść więcej szkody, aniżeli pożytku. Miłość oznacza więc, że sukces oddala się od człowieka.

Jest pewne, że z wszystkiego co znamy miłość najbardziej przypomina śmierć. Miłując i umierając człowiek wychodzi z samego siebie, powierza się i oddaje swoje istnienie drugiemu. W obydwu wypadkach przechodzi więc do nowego sposobu bytowania. Pragnąc za wszelką cenę odnieść życiowy sukces, człowiek w istocie uparcie trzyma się starego życia i nie może znieść myśli, że mógłby się nim podzielić. Miłując, odwrotnie odnosi sukces na miarę wieczności, ponieważ spełnia sens swojego człowieczeństwa.

Paradoks ludzkiej egzystencji, która spełnia się poprzez obumieranie i wyniszczenie, aby w ten sposób osiągnąć pełnię, byłby całkowicie niezrozumiały, gdyby nie światło Ewangelii, zwiastującej ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Chrystusa, urzeczywistniającej się w życiu człowieka poprzez spożywanie ciała i krwi Chrystusa. W ten sposób Sakrament Dziękczynienia za zbawiająca miłość Boga staje się źródłem ufności, że ten, kto miłuje, nie straci swojego życia, lecz ocali je i osiągnie prawdziwą satysfakcję. Sakrament Wieczerzy Pańskiej jest więc znakiem, że ludzkie poświęcenie ma sens, ponieważ w ostatecznym rozrachunku miłość zawsze jest silniejsza niż śmierć.

Tę prawdę można przedstawić za pomocą obrazu spalającej się świecy. Otóż proces spalania polega na tym, że energia spalającej się materii zamienia się w światło i ciepło. Spalająca się świeca oświeca i ogrzewa. Spalający się człowiek też ma oświecać i ogrzewać. Oświecać dobrem i prawdą, ogrzewać świat miłością. I tak się dzieje aż do dnia śmierci, gdy płomień gaśnie. Ten obraz oznacza zatem, że ludzkie życie ma sens, któremu śmierć nie jest w stanie w żaden sposób zaprzeczyć.

Póki trwa życie człowiek musi się spalać, by świecić i grzać. W końcu nadchodzi chwila, gdy musi zgasnąć, ponieważ jego życiowa energia prędzej czy później ostatecznie zamienia się w światło i ciepło. Czy wtedy człowiek przestaje istnieć? Ostatecznie staje się wówczas tym, w co przez całe życie się zamieniał. W śmierci łączy się z światłem i cie-płem wszystkich, którzy przed nim zasnęli w Panu. Staje się częścią Chrystusa, światłości i ciepła całego wszechświata.

Sukces w żadnym wypadku nie jest więc miarą człowieczeństwa! Ludzkie życie ma swój sens nie tylko wówczas, gdy jest znaczone osiągnięciami, ale również wtedy, gdy nie ma w nim blasku sukcesu; gdy w ocenie świata pozostaje niewydarzone i pozornie niepotrzebne. Nie ma ludzi niepotrzebnych. Sensu życia nie sposób dowieść. Życie po prostu się dzieje i trzeba je przyjmować od Boga w całkowitym zaufaniu, że dzięki miłości ma sens, pomimo porażek i śmierci. Źródłem tego zaufania jest właśnie Sakrament Ołtarza przypominający, że ocalenie zawsze pochodzi od Boga, który: „...ożywia umarłych i który to, czego nie ma, powołuje do bytu” (Rz 4,17).

Motywem mojej służby, a także moich kolegów, nie może być pragnienie sukcesu, zarejestrowanego w katalogach i protokołach. I niech nikt nie oczekuje po nas, że będziemy w taki sposób służyć i organizować życie Kościoła, aby nadawać mu miarę sukcesu. To, co wydaje się stracone i nieudane, w ocenie Boga może okazać się naszym największym do-konaniem. Wielkanocne zwycięstwo Jezusa Chrystusa zostało przecież odniesione na samym dnie tego, co według ludzkich ocen jest totalną klęską. A to oznacza, że jako słudzy Chrystusa, musimy nieustannie powracać do wielkanocnego Sakramentu Dziękczynienia za zbawienie, aby w nim odnawiać swoje siły i zaufanie.

Księża nie żyją dla sukcesu na miarę ludzkich oczekiwań, choć z taką pokusą muszą walczyć od początku swojej służby i nie zawsze z nią wygrywają. Miarą wszystkich działań w Kościele i jego rzeczywistej siły jest zaufanie Panu i szukanie Jego obecności, a to najczęściej wcale nie idzie w parze z sukcesem. Najważniejszy jest bowiem człowiek i jego serce. Najważniejsze jest zaufanie do Boga i pewność drogi, na której odnajduje się człowieka w jego zatroskanym, niespokojnym i smutnym życiu!

Pięknym przykładem, pełnionej w ten sposób służby, jest życie tragicznie zmarłego śp. ks. płk. Adama Pilcha. Był księdzem, który nie dbał o sukces. Był sługą, który podążał drogą miłości, na której co rusz znajdował człowieka…. Cicho czekał na swój dzień. Dzień sukcesu, odniesionego w Chrystusie. Nie przypuszczaliśmy, że nastanie 10 kwietnia 2010 r.

Ks. Adamie, złożyłeś świadectwo życia , że: „Dobrze jest czekać w milczeniu na zbawienie Pana” (Tr 3,26).

 

Modlitwa o radość i szczęście - refleksja z diakonią w tle (J 2, 1-12)
Warto zwrócić uwagę na to, że według świadectwa IV ewangelii kanonicznej Jezus z Nazaretu rozpoczął swoją publiczną działalność cudem a nie nauczaniem. Prócz tego – i to jest jeszcze ciekawsze a często niestety nie zauważane – czyni ów znak w miejscu radości, podczas gdy my i świat, działalność Jezusa jesteśmy gotowi łączyć raczej z cierpieniem aniżeli z radością. Piękny komentarz do cudu z Kany Galilejskiej daje Dostojewski w Braciach Karamazow: „Nie cierpienie, lecz radość ludzką odwiedził Chrystus, po raz pierwszy czyniąc cud, radości ludziom przysporzył. (...) Kto kocha ludzi, ten kocha również radość. (...) I wiedziało inne wielkie serce wielkiej istoty, będącej z Nim razem, serce Jego Matki, że zstąpił na ziemię nie tylko gwoli swej straszliwej i wielkiej ofiary, że do serca Jego znajdzie dostęp również prosta, niewymyślna radość”.