wtorek, 09 marca 2010
Laetare

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia i Boże pociechy, dziękuję Ci, że pocieszasz mnie Chrystusem w wszelkim utrapieniu moim, dzięki czemu mogę innych pocieszać taką samą pociechą, jakiej doświadczam od Ciebie. Wszak liczne są cierpienia Chrystusowe w zborze, w którym ustanowiłeś mnie zwiastunem Ewangelii. Wierzę, że dzięki nim obficie spływa spływa na nas wszelka pociecha. Dlatego proszę Cię, dobry Ojcze, pobłogosław moją służbę pocieszania Chrystusem, zwiastowanym w Ewangelii. Amen.

2 Kor 1,3-7

Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, abyśmy tych, którzy są w jakimkolwiek utrapieniu, pocieszać mogli taką pociechą, jaką nas samych Bóg pociesza. Bo, jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha. Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia; jeśli zaś pocieszenie, jest to ku waszemu pocieszeniu, którego doświadczacie, gdy w cierpliwości znosicie te same cierpienia, które i my znosimy; A nadzieja nasza co do was jest mocna, gdyż wiemy, iż jako w cierpieniach udział macie, tak i w pociesze.

 

Sens utrapień

„Teraz raduję się z cierpień, które za was znoszę i dopełniam na ciele moim niedostatku udręk Chrystusowych za jego ciało, którym jest Kościół” (Kol 1,24) – wyznaje ap. Paweł, moim zdaniem ku zdziwieniu całego świata.

Cierpienie jest fenomenem życia. Stanowi jedno z najbardziej powszechnych ludzkich doświadczeń.

Znamienne jest to, że istnieją wielkie różnice w stosunku do cierpienia. Zachód, wykorzystując rozwinięte technologie, próbuje obronić się przed cierpieniem, nie zawsze zastanawiając się nad następstwami. Dla przeciętnego Europejczyka cierpienie jest złem absolutnym, stojącym w jednym rzędzie z śmiercią przeciwko życiu. Dla wielu ludzi cierpienie nie jest jednak nieszczęściem samym w sobie, a raczej fatalnym doświadczeniem, z powodu którego można zmarnować życie. Aby wykorzystać każdy dzień życia, trzeba więc wyeliminować z niego cierpienie.

Pozornie jest to logiczne, tyle tylko, że wówczas cierpienie zostaje oderwane od natury. Tymczasem ono należy do świata. Cierpi nie tylko człowiek, ale cierpi całe stworzenie, cierpi kosmos. Jedyną drogą ucieczki przed cierpieniem byłoby więc wydostanie się ze świata i rzeczywiście w podobny sposób sądzi myśli wielu ludzi. Jednak w arcykapłańskiej modlitwie, Jezus prosił Ojca o coś zgoła innego: „Nie proszę, abyś ich wziął ze świata, lecz abyś ich zachował od złego. Jak mnie posłałeś na świat, tak i Ja posłałem ich na świat” (J 17,15.18). Uczeń Jezusa Chrystusa musi pozostać w świecie i dlatego cierpienie ma dla niego jakąś wartość i sens, którego pochopnie nie powinien się wyrzekać.

Według ap. Pawła, sensem cierpienia jest pocieszenie, analogicznie zresztą do sensu śmierci, którym jest życie. Mówiąc inaczej, poprzez utrapienia w świat wkracza słowo pociechy.

1. Cierpiący Chrystus pociechą dla świata

Świat rozpaczliwie szuka pociechy. Powoli zdajemy sobie sprawę z tego, że nie umiemy należycie wykorzystać wiedzy i dlatego stajemy się ofiarami własnych pomysłów i dzieł. Cywilizacja, która mogłaby nas uszczęśliwić, przyniosła nowe zagrożenia, a z nimi nowe utrapienia. Powoli stajemy się ludźmi strachu. Panika, którą wywołuje dziennikarska wiadomość o groźnym wirusie, której naukowo jeszcze nie potwierdzono, jest symptomem.

Czy nie warto zastanowić się nad tym teraz, gdy w pamięci mamy szczególne cierpienie Jezusa Chrystusa, w którym tkwi tajemnica pociechy? Zadziwiające jest to, że szukając pociechy i uciekając przed cierpieniem, najczęściej znajdujemy ją właśnie tam, gdzie inni muszą cierpieć! Przykłady? Uciechy domów publicznych – to najczęściej cierpienia pozbawionych czci i wolności kobiet. Uciechy wielkich pieniędzy – to najczęściej cierpienia tysięcy anonimowych pracowników. Uciecha małżonka, związana z jakąś pasją – to jakże często utrapienie małżonki.

Może więc warto szukać pociechy tam, gdzie inni nie muszą cierpieć? Może warto inaczej spojrzeć na życie i zbliżającą się śmierć? Może warto niektórym aspektom codziennego życia, którym popularnie odmawiamy pozytywnej wartości, przyznać większe prawo do szczęścia? Może warto inaczej spojrzeć nawet na cierpienie i w nim znaleźć jakiś zarodek pociechy?

Ktoś powie: bzdura! Przecież w utrapieniu ludzkiego życia na ziemi nie ma żadnej pociechy. Ta związana jest raczej z przyszłym światem. Owszem, w logice świata to jest bzdura. W optyce krzyża Jezusa Chrystusa rzecz ma się jednak inaczej. Zresztą do innej oceny rzeczywistości zachęca nas sam ap. Paweł: „Bo jak liczne są cierpienia Chrystusowe wśród nas, tak też i przez Chrystusa obficie spływa na nas pociecha!”. Skąd się to Pawłowi wzięło? Paweł, jak mało który uczeń Jezusa, zrozumiał paradoksy Golgoty.

Kimże jest ukrzyżowany Chrystus? Nie było trzeba zmuszać Go do przyjęcia krzyża. Na Golgocie nie wyrywał się żołnierzom. Nie modlił się o zemstę, ale o wybaczenie dla oprawców. Może Jezus był psychicznie chory? Może był masochistą? Modlitwa w Getsemane, gdzie Jezus miał jeszcze nadzieję, że cierpienie może Go ominąć, zaprzecza tym podejrzeniom. Jezus dostrzegał w cierpieniu coś, czego uczniowie przed zmartwychwstaniem nie potrafili zrozumieć.

Piotr oburzony, że Jezus mówi o cierpieniu i przewiduje swoją śmierć, nie pojmuje sensu słów umiłowanego Nauczyciela: „Jeśli ziarnko pszeniczne, które wpadło do ziemi, nie obumrze, pojedynczym ziarnem zostaje, lecz jeśli obumrze, obfity owoc wydaje” (J 12,24). Tymczasem Jezus zdaje sobie sprawę z tego, że Jego cierpienia eksplodują życiem i pociechą dla świata. Jeśliby Jezus chciał umrzeć jedynie dla samej idei męczeństwa, byłby szalonym, religijnym guru, podobnym do tego, który przed laty w amerykańskiej dżungli ze swoimi wielbicielami popełnił samobójstwo.

Jezus umarł, aby wielu mogło powstać do życia. Jego cierpienia są pociechą dla zrozpaczonych ludzi, którzy nie wiedzą, co począć z własnym cierpieniem i śmiercią. Wszystkie nasze niemoce wziął na siebie, aby całą historię ludzkiego utrapienia zamknąć jednym modlitewnym zawołaniem z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”

Bóg nie opuścił utrapionego Jezusa Chrystusa, jak nie opuszcza cierpiącego nieszczęśnika. To raczej doświadczenie cierpienia, ukrzyżowanemu Chrystusowi kazało zapytać Boga o nieobecność. Bóg, niczym rolnik rzucający ziarno w ziemię, wrzucił Jezusa w otchłań śmierci, aby obumierając mógł stać się pierworodnym pośród umarłych.

Cierpienie Jezusa nie było jedynie sztuką dla męczeńskiej sztuki. Było raczej ciężką służbą pocieszenia świata: „Albowiem Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i oddać swe życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Na pytanie Jezusa, dlaczego Bóg opuszcza cierpiącego, otrzymujemy odpowiedź w cudzie wielkanocnego poranku. W utrapieniu Bóg nikogo nie opuszcza. A jeśli je dopuszcza, to dlatego, żeby mogła zrodzić się pociecha. Nie myślmy, że utrapienie jest przekleństwem: „Błogosławiony niech będzie Bóg i Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, który pociesza nas we wszelkim utrapieniu naszym, ... ”.

2. Z utrapienia uczyńmy pociechę

Cóż więc powiemy na własne utrapienia? Przyszłość świata jest coraz mniej pewna. Może przynieść wiele doświadczeń. Już dziś ludzie pytają: czy warto sadzić nowe jabłonie? Tym pytaniem ujawniają ten sam stan ducha, jaki był w Jezusie Chrystusie, myślącym o zbliżającym się cierpieniu: „Teraz dusza moja jest zatrwożona, i cóż powiem? Ojcze, wybaw mnie teraz od tej godziny? Przecież dlatego przyszedłem na tę godzinę” (J 12,27).

Czy dobrze rozumiemy odpowiedź, której Jezus udzielił sam sobie na swoje wątpliwości? Urodziliśmy się na ziemi, aby jednak zasadzić te jabłonie!!! Żadne utrapienia, które nas spotykają, nie powinny nas odwodzić od inwestowania w życie, ponieważ nasza nadzieja jest w Bogu, Ojcu miłosierdzia, który pociesza nas we wszelkich utrapieniach. Nie sądźmy, że uciekniemy przed utrapieniami. Jeśli rzeczywiście będziemy przed nimi uciekać, wtedy cierpień przysporzymy innym. Doświadczając utrapień, szukajmy pociechy w tym, co w cierpieniu Chrystusa uczynił dla nas miłosierny Bóg.

Naśladowanie Jezusa jest także naśladowaniem Jego stosunku do cierpienia, dzięki któremu zyskaliśmy pociechę. Niech podobnie dzieje się w naszym życiu. Niech nasze cierpienia staną się źródłem pociechy dla bliźnich, o czym przypomina Paweł: „Jeśli tedy utrapienie nas spotyka, jest to dla waszego pocieszenia i zbawienia”.

Ktoś może zapytać: W jaki sposób moje utrapienie może stać się pociechą dla bliźniego? Odpowiedź tkwi w definicji cierpienia! Wszystko zależy od tego, w jaki sposób traktujemy utrapienie. Cierpieć – to w pierwszym rzędzie znaczy umrzeć samemu sobie, aby powstać do nowego życia, którym jest życie dla bliźniego! Obrazem takiego zrozumienia cierpienia jest oczywiście ziarnko wrzucone w ziemię, aby obumierając mogło wydać wielokrotny owoc. Przez cierpienie umniejszania siebie, a zwłaszcza własnego „ja”, które realizuje się na różne sposoby, można stać się faktycznym źródłem pociechy dla innych. Wyrzekając się na przykład części własnych planów albo życiowych pasji, możemy uszczęśliwić małżonka, zwracając na niego większą uwagę. A myśląc bardziej ogólnie, pamiętajmy o tym, że wyrzeczenie się egoistycznej uciechy zawsze stwarza szansę pocieszenia drugiego człowieka. Bo cierpieć między innymi znaczy: pokornie przyjąć utrapienie, aby stać się źródłem pociechy dla innych.

Cierpienie jest jednak większą i głębszą tajemnicą. Ono polega również na usłyszeniu wołania bliźniego i podaniu mu dłoni, mimo tego, że lepiej byłoby się od niego odwrócić. Cierpienie jest znoszeniem upokorzeń i prześladowań z powodu sprawiedliwości oraz dla imienia Zbawiciela. Cierpienie jest w końcu związane z chorobami i starzeniem się, czyli najczęściej z powolnym procesem ubywania życia. Aby poradzić sobie z tym ogromem cierpienia, musimy jak Jezus Chrystusem poczuć się obumierającym ziarnkiem, które przez swoją śmierć wydaje obfity owoc.

Uczniem Jezusa może być jedynie ten, kto z miłości do Mistrza traci życie, aby je zachować do życia wiecznego: „Bo kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją” (Mk 8,35).

Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy pragnie, abyśmy w cierpieniu odnaleźli Jego miłość i dobroć, a także sens własnego życia. Zwyciężenie cierpienia wcale nie musi oznaczać powrotu do stanu przed cierpieniem. Często jest się szczęśliwym i ma się większe poczucie sensu życia właśnie w cierpieniu. Zwyciężenie cierpienia przede wszystkim polega na tym, że pomimo cierpienia w codziennym życiu jest się aktywnym i twórczym, szczęśliwym i dającym szansę innym. To znaczy, będącym źródłem pociechy dla siebie i bliźniego! Amen.

 

 

 

 

Kościół nie może być jaskinią zbójców

Według świadectwa czterech Ewangelii, na terenie jerozolimskiej świątyni Jezus uczynił symboliczny gest w prorockim stylu, przepędził mianowicie handlarzy z dziedzińca pogan, zaś wekslarzom powywracał stoły, powołując się na fragment proroka Jeremiasza: „Dom mój będzie nazwany domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców” (Mt 21,13, por. Jr 7,11). Pytanie o wymiary wydarzenia pozostawmy bez odpowiedzi, przede wszystkim dlatego, że dla teologicznych wniosków, rodzących się po lekturze ewangelicznych relacji, nie ma większego znaczenia, czy Jezus „posprzątał” cały dziedziniec, czy zachował się demonstracyjnie wobec małej grupy świadków.

Najważniejsze jest coś innego, a mianowicie, że zdaniem Jezusa świątynia, która nie jest domem modlitwy, z konieczności staje się jaskinią zbójców, czyli miejscem handlu. Nie chcę jednak pisać o budynkach i świętych przestrzeniach, ale o najważniejszej świątyni, zbudowanej z ludzkich serc, czyli o świątyni ludu Bożego.

Do czego więc zmierzam? Do postawienia pytania: Czy jesteśmy pewni, że nigdy nie nadużyliśmy „świątyni”, której cząstką jesteśmy? Albo inaczej: Czy nigdy nie próbowaliśmy dobić z Bogiem dobrego interesu? Okazuje się bowiem, że w świątyni, której kamieniem węgielnym jest Jezus Chrystus, powinniśmy uczestniczyć w liturgii Bożego daru, szczególnie drogiej luterańskiemu sercu. Tymczasem wielu z nas celebruje szczególny rytuał religijnego handlu, polegającego na wykorzystywaniu Boga dla własnych celów.

Oba obrazy odnoszą się oczywiście do dwóch typów religijności. Pierwszy jest radosny i dziękczynny, drugi złowieszczy, zasępiony i pełen niespełnionych oczekiwań. Pierwszy jest przyjmowaniem Bożego daru i afirmowaniem codzienności, drugi natomiast nieustannym poszukiwaniem alibi. W konsekwencji pierwszy wyprowadza ludzi na światłość, w relację prawdy i przestrzeń życia, jako spotkania z drugim człowiekiem, natomiast drugi przypomina ucieczkę zbójców do jaskini, czyli kryjówki, w której źli ludzie próbują ukryć złe postępowanie i uniknąć sprawiedliwości.

Pobożność jako alibi nie jest moim pomysłem. Widać ją wszędzie, także w naszym Kościele. Czy nie przyszło nam do głowy, żeby pójść do kościoła, aby poczuć się w porządku wobec Boga? Albo, żeby wieczorną modlitwę, gdy po całym dniu „padamy na nos”, wykorzystać do budowania religijnego wizerunku? Obawiam się, że tzw. pobożne zachowania bardzo często służą nam jedynie do usprawiedliwienia przed Bogiem i bliźnim złego postępowania i fatalnych decyzji.

Tymczasem jesteśmy cząstką Bożej świątyni nie po to, aby czuć się bezkarnie, albo na wszelki wypadek zabezpieczać własne życie, nawet w wymiarze przekraczającym doczesność. Każdy, kto jest cząstką Bożej świątyni, musi czuć się zobowiązanym do nowego życia, czyli do postępowania w światłości i czynienia prawdy. Dlatego powinien rozpoznać, czym w jego egzystencji są woły, owce i gołębie. Wewnątrz człowieczego serca i ludzkiej wspólnoty, woły są symbolem panującej nad nami witalności i zmysłowości. Owce z kolei oznaczają naszą zgodę na zniewolenie. Wreszcie gołębie są symbolem gonitwy myśli, które nie dają nam chwili spokoju i wciąż gnają nas po świecie. W efekcie zamiast być „Bożą świątynią” stajemy się targowiskiem próżności, częstokroć nawet w religijnym wymiarze. Jezus Chrystus na to się nie godzi i przychodzi, aby nas oczyścić, ponieważ mamy być domem modlitwy.

Czy możemy z czystym sumieniem powiedzieć o sobie, że jesteśmy domem modlitwy? Nasz Kościół jest Bożą świątynią, czy jaskinią zbójców, kryjówką dla złych ludzi, którzy szukają religijnego alibi dla złego postępowania? Z Bogiem nie można kupczyć, jak na targu. Skoro jesteśmy cząstką Bożej świątyni, nie wystarczy nam w niedzielę pójść na nabożeństwo i dziennie zmówić kilka modlitw. Dlaczego? Ponieważ żywy kamień Bożej świątyni ma się nawrócić! Ma zmienić swoje nastawienie do życia, a nie oczekiwać po Bogu usprawiedliwienia z powodu kilku pozornie pobożnych zachowań.

Kościół nie może być jaskinią zbójców. Gdzie dziś kwitnie rytuał handlu, jutro niech rozkwita dziękczynienie za bezgraniczny dar życia i zbawienia. Dlatego nie może być między nami zgody na jakąkolwiek zasługę i zapłatę. Obojętnie, czy to jest dobry czyn, czy pozytywna decyzja, jeśli są rodzajem pobożnej etykietki, służącym do budowania religijnej pychy i „zbawczej chciwości”, w Bożej świątyni nie ma dla nich miejsca.

Podobnie nie może być zgody na wykorzystywanie Bożej świątyni dla zdobywania honorów, zaszczytów i tytułów. Nikczemne i podłe jest robienie tzw. kariery we wspólnocie, która nie tylko powinna mieć świadomość życia z Bożej miłości, ile przede wszystkim ma być znakiem, czyli epifanią Bożego daru w świecie, powszechnie przekonanym, że wszystko zależy od chciwości i przebiegłości człowieka.

Nie może być wreszcie zgody na wykorzystywanie Boga dla osiągania świętego spokoju. Ani uczestniczenie we wspaniałych uroczystościach, ani częste modlitwy, ani wytrwała lektura Pisma Świętego nie powinna usypiać naszej czujności ani uspakajać sumień. Jesteśmy Bożą świątynią, aby żyć w świetle dnia, a nie ukrywać się w jaskini zbójców, licząc zyski i straty religijnych eskapad.

 

 

Faryzeizacja Kościoła

Mamy coraz większy problem, który – czy tego chcemy, czy nie – dotyczy nas wszystkich, a polega na tym, że pod pozorami pobożności i religijności proponuje się faryzejski pro-dukt religijny, który jest ponury, odpychający i złowieszczo kładzie się cieniem krzyża na przyszłości Kościoła.

Polscy studenci prawa od kilkunastu lat uczą się o tzw. „falandyzacji prawa”, czyli o pewnej hermeneutyce prawnej, umożliwiającej bezprawne stosowanie prawa. W Kościele ma-my do czynienia z podobną „umiejętnością” ludzi religijnych, którą nazwałem „faryzeizacją Kościoła”. Rzecz mniej więcej polega na tym, że prawo służy do maskowania bardzo niepobożnych zachowań, które mają uchodzić za bardzo religijne.

Z pozoru wszystko wygląda idealnie, wszak prawo w Kościele ma służyć porządkowi i wzajemnej miłości. Mimo wszystko coś nie pasuje. Otóż w Kościele Ewangelii normą sta-ła się teologia prawa. W praktyce widać to po tym, że prawo zamiast wytyczać drogę ku przyszłości i życiu, stało się miotłą, skutecznie ją zacierającą. Jezusowa sentencja, tłumacząca Jego niezwykłe i pełne miłości zachowania: „Sabat jest ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla sabatu” (Mk 2,27), oznacza, że miarą prawa jest człowiek. I nic nie po-mogą tutaj pokrętne argumenty prawników, że słowa Jezusa odnoszą się tylko do jednego wymiaru ludzkiej rzeczywistości, ponieważ w idei sabatu skupia się cała duchowość Żydów i chrześcijan, wierzących, że ich sabatem jest Jezus Chrystus.

Prawdą jest, że byłoby trudno obronić tezę, iżby świętowanie sabatu było prawem, zawierającym w sobie wszystkie pozostałe, aczkolwiek jest zapowiedzią i urzeczywistnieniem ostatecznego spełnienia człowieka i dlatego uświadamia, że prawo nie istnieje dla samego siebie, ale ze względu na człowieka, który ma osiągnąć cel swojej egzystencji. W perspektywie słów Jezusa o sabacie, ustanowionym dla człowieka, dostrzegamy istotną różnicę pomiędzy zachowaniami pobożnymi i bezbożnymi albo nazywając inaczej religijnymi i niereligijnymi. Pobożne są mianowicie działania i decyzje, które posługują się prawem, aby człowieka wyzwolić z pęt struktur i zależności, podnieść i wyprostować, nadać mu godność i umożliwić radosne pójście przed siebie aż po kres, którym jest odpoczniecie. W przeciwieństwie do nich bezbożne jest to wszystko, co pod pozorem zachowywania prawa uderza w człowieka, łamie jego kręgosłup, ogranicza jego wolność i uniemożliwia wejście do odpocznienia.

Ludzie o faryzejskim usposobieniu wmawiają nam, że linią demarkacyjną pomiędzy pobożnością a bezbożnością jest stosunek do Boga, a tymczasem jest to jedynie chytry wybieg. Okazuje się bowiem, ze prawdziwą linią graniczną nie jest Bóg, ale człowiek. Faryzeizacja Kościoła dokonuje się zatem pod pobożnym płaszczykiem posłuszeństwa Bogu, jednak w rzeczywistości prawo nie służy wówczas do religijnego uwielbienia Boga. Pozostając celem samym w sobie, staje się narzędziem sprawowania bezbożnej władzy nad człowiekiem. Kto wówczas myśli o Bogu? Raczej nikt, ponieważ Jego miejsce zostaje oddane prawu. Tymczasem prawo pozostaje sobą i spełnia właściwe mu zadania, gdy służy człowiekowi. Wówczas też Bóg odbiera należną Mu chwałę. Prawdziwi czciciele Boga ubóstwiają bowiem człowieka, a nie prawo: „Zanim przyszła wiara, byliśmy wspólnie zamknięci i trzymani pod strażą zakonu, dopóki wiara nie została objawiona. Tak wiec zakon był naszym przewodnikiem do Chrystusa, abyśmy z wiary zostali usprawiedliwieni. A gdy przyszła wiara, już nie jesteśmy pod opieką przewodnika. Albowiem wszyscy jesteście synami Bożymi przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Bo wszyscy, którzy zostaliście w Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa” (Ga 3,23-27).

Zdecydowanie sprzeciwiam się dalszej „faryzeizacji Kościoła”, a wszystkich, którym przyszłość Kościoła leży na sercu, namawiam do działań ewangelicznych, pełnych delikatności i szczerej miłości do człowieka, na podobieństwo naszego Mistrza i Nauczyciela z Galilei, który uwalnia człowieka z martwej litery prawa i zawsze staje po jego stronie. Do-póki nie wyprowadzimy Kościoła z ksiąg, w których wiele mówi się o Kościele, dopóty będzie systematycznie i coraz dotkliwiej zamierał. Rozmowa o przyszłości Kościoła stanie się owocna dopiero wówczas, gdy Kościół uwolnimy z pęt ludzkich struktur i pozwolimy mu zająć centralne miejsce. Z Kościołem, uwięzionym pomiędzy paragrafami, można uczynić wszystko, w konsekwencji jeszcze gorzej będą traktowani ludzie w Kościele. Aż dojdzie do sytuacji, w której wszyscy nie tylko odniesiemy wrażenie, ale rzeczywiście umieścimy się w więzieniu świętych norm, prawnych struktur myślenia i pobożnych działań, które z Bogiem nie będą miały absolutnie nic wspólnego.

Wskazując człowiekowi i Kościołowi centralne miejsce, musimy opuścić teren religijnej i prawnej kazuistyki, czyli nasz współczesny Egipt, aby stanąć w przestrzeni najważniej-szych wartości, które rodzą się ze słowa Ewangelii. Kto bowiem nie czyni dobra, zawsze czyni zło! Pomiędzy nie ma czegoś, co byłoby bezpiecznym „buforem etycznego wyczekiwania”. Owszem w tym miejscu, jako efekt „faryzeizacji Kościoła”, pojawiła się „polityka Kościelna”, ale ona jest złem, grzechem największym. Grzechem czynionym za zasłoną legalizmu!