niedziela, 16 listopada 2008
Mój ulubiony tekst biblijny


 

Jak matka pociesza syna, tak Ja będę was pocieszał.

                                               Iz 66,13

 

Byłoby trzeba wyrażać się poetycznie, aby w kilku zdaniach przedstawić ulubiony fragment Biblii, a może też uzasadnić wybór. Wszakże warto spróbować.

Wiele jest tekstów, bliskich memu sercu, począwszy od chrzestnego a skończywszy na tych, które tworzą hermeneutyczny obraz mojego ludzkiego świata. W nim jestem, żyję, kocham, służę, zmagam się o godność, spodziewam się szczęścia, dojrzewam do starości i modlę się: Przyjdź Panie Jezu. Zdecydowałem się jednak na słowa, które pomagają mi być farorzem.

Moje księżowanie nie jest przecież dodatkiem do smutnego i beznamiętnego życia, ani służbą, poza którą jestem kimś innym. Dziś jest cząstką mojej osoby, mojej egzystencji, mojego świata, mojego sposobu kochania i rozumienia, mojej modlitwy i mojego ustawicznego dojrzewania do pełni piękna, której znakiem jest brzydka śmierć. Tego, co jest służbą Słowu Bożemu nie da się oddzielić od tego, co jest kruchym naczyniem Słowa! Farorzem się jest także w porannej służbie własnemu dziecku, które wybiera się do szkoły, a nie tylko podczas usilnej modlitwy o pocieszenie dla tych, którzy mają się źle i są smutni.

Co to znaczy, że ja - Marek Uglorz - jestem farorzem? Odpowiedź na to pytanie, co jakiś czas formuję na nowo. Może tylko po to, żeby nie było nudno? Na pewno także dlatego, że chcę, aby było głębiej, piękniej, spokojniej i radośniej.

Dziś wiem, że Bóg jest dla wszystkich ludzi nieprawdopodobnie i nieracjonalnie miłosierny, ponieważ zrodził nas niczym mamusia. Jesteśmy z łona Bożej miłości i dlatego na każdy smutek, grzech i niedostatek ma dla nas tyle pocieszenia, ile tylko zmieściło się na krzyżu Chrystusa.

Jakże inaczej mógłbym ja? Zwłaszcza, że jestem farorzem! Jestem więc po to, aby pocieszać, a moja miłość ma przypominać Boże rahamim (miłosierdzie, które zrodziło się w Bogu do mnie, zanim wygramoliłem się na świat).

Czego o pocieszaniu by nie pomyśleć, poza wszelką wątpliwością jest to prawdziwie boska umiejętność, której nigdy nie posiądę. Jakże więc mogę ją doskonalić? Tutaj dochodzę do sedna! Dla mnie farorz (posługuję się śląskim określeniem, ponieważ źródła mojej samoświadomości są po pierwsze biblijne, a po drugie archetypiczne, ale zawsze po śląsku) jest kimś, kto - idąc przez świat i życie - pod jedną pachą mocno dzierży Biblię, a pod drugą portret kobiety.

Przecież poza Biblią najobfitszym w miłosierdzie źródłem pocieszenia jest kobieta. Z obrazu kobiety, jako matki i oblubienicy, poznaję piękno miłości i według niego modeluję służbę pocieszania. Ów obraz jest kodem ocalenia.

Jeśli zatem przez cały dzień mam pocieszać, o świcie nie mogę zapomnieć o Biblii i portrecie kobiety! 

Niech nas Pan Bóg pociesza, abyśmy innych pocieszać mogli.

Moja ulubiona pieśń

 Ad majorem Christi gloriam

 

Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła;

prorocka wieść doniosła, że i Isajego pnia

zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy,

gdy ciemność kryła świat.

ŚE 45,1

 

Ile mam ulubionych pieśni? Sam Bóg raczy wiedzieć. Skoro mam wskazać zaledwie jedną, muszę wybrać, kierując się nie tylko sercem. Serce podpowiada pieśń, której melodia wpadła mi przed laty w ucho i nie chce z niego wyjść, bądź taką, której słowa same przypominają się w szczególnych sytuacjach. Ale wówczas to wciąż nie byłaby ta wyjątkowa pieśń, która nie tylko pomaga żyć, ale też w jakiś sposób konstytuuje moją osobę i jest odpowiednia dla mojej duchowości, bo po dokładnym przemyśleniu jedynie taka okazuje się ulubioną.

Wybrałem więc szczególną kolędę, której w niektórych parafiach nawet się nie śpiewa. Dlaczego? Bo jest piękna? Bo ma ciekawą melodię? Bo jej słowa zaskakują? Bo wiąże się ze wspomnieniami z dzieciństwa? Zapewne dla tych wszystkich powodów, ale nie tylko. Byłbym głupi i naiwnie sam o sobie pisał, gdybym nie przyznał, że wszystkie pieśni, które nawiązują do przyrodniczych elementów ludzkiego świata i w świadectwie o zbawieniu wykorzystują roślinne symbole są mi szczególnie bliskie. Innym przykładem jest pieśń: Mów, Panie, do mnie (ŚE 684).

Ogrodnicze serce wrażliwe jest na świadectwo o cudownym kwiatku, który zakwitł w Bożym ogrodzie dla rozradowania ludzkich serc. Jednak nie to jest ów najważniejszy argument, który przeważył przy wyborze ulubionej pieśni. Nawet nie ten, że słowa o cudnym kwiatku, który jest odroślą od mesjańskiej gałązki Isajego, są śpiewane do pięknej celtyckiej melodii, na pewno nietypowej kolędowaniu w polskich kościołach i domach. Co wcale nie jest bez znaczenia dla uświadomienia sobie i polskiemu katolicyzmowi, jakim bogactwem kulturowym i religijnym mógłby się inspirować, gdyby zechciał otworzyć się na luterańską duchowość, najczęściej kojarzoną jedynie z racjonalizmem i tym upiorem współczesnej Europy, o ewangelickiej twarzy, którym w polskich szkołach straszą dzieci, a mianowicie sekularyzmem.

W kolędzie o cudownej różdżce z pnia Isajego poetycznie najpiękniejsze, ewangelicznie najtrwalsze i najbardziej po ludzku serdeczne jest to, że on zakwitł w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat. Byłoby trzeba mieć serce z kamienia, by się nie wzruszyć niedolą zachwycającego kwiatka, który pośrodku ostrej zimy zaświadczył o zbliżającej się wiośnie ludzkości. Byłoby też chyba być duchowym bandytą, żeby takiej pieśni odmawiać ewangelicznej wrażliwości i próbować sobie kpić z jej empatycznej delikatności.

Czy może mnie boleć i niepokoić, że tam, gdzie właśnie rodził się Mesjasz nikt nie cierpiał z powodu mrozu i śniegu?

Cieszę się i dziękuję Panu Bogu, że moi przodkowie, tu w środku europejskich mrozów i zimowych krajobrazów, za którymi osobiście nie przepadam, zinterpretowali nowotestamentowe świadectwo o Bożym poniżeniu w Jezusie Chrystusie dla zbawienia wszystkich ludzi, w taki sposób, aby każda mama i tata, we łzach wygrzebujący w zamarzniętej ziemi dziurę, aby w niej pochować swoje dziecko, zmarłe z głodu i mrozu, mogli usłyszeć, że w bólu nie są sami. Bo w niebie płacze Ojciec, któremu pośrodku ostrej zimy ludzkiego grzechu, przyszło patrzeć na śmierć umiłowanego Syna.

Niepokoi mnie coś innego. Być może za kilkadziesiąt lat, gdy skończy się ostatnie zlodowacenie, będziemy musieli rewidować śpiewniki, bo nasze dzieci już nic nie będą wiedziały o życiu pośrodku ostrej zimy. Będziemy zmieniać teksty pieśni, które powstawały przed wiekami, pośrodku ostrej zimy, dla rozgrzewania zmarzniętych serc.

Modlę się, żeby nie nadszedł taki czas, kiedy rozgrzane słońcem serca naszych dzieci nie będą nic wiedziały o płaczu w niebie. Bo wtedy naprawdę nadejdzie ostateczne zlodowacenie. Dlatego proszę, śpiewajmy z dziećmi w domach: „Cudowna różdżka wzrosła, gałązka bardzo mdła; prorocka wieść doniosła, że i Isajego pnia zakwitnął cudny kwiat w pośrodku ostrej zimy, gdy ciemność kryła świat".  

Ewolucjonizm - przezwyciężone trudności
Współczesne problemy, z którymi borykają się niektóre środowiska chrześcijan, nie akceptujące ewolucyjnego obrazu świata, mają wiele przyczyn. Wśród uzasadnionych społecznie i psychologicznie, bodaj najważniejszymi są jednak powody teologiczne. Zastanawiając się nad złożoną historią wzajemnych relacji pomiędzy teologią a naukami przyrodniczymi, odkrywamy, że wiele argumentów teologicznych, które przeciwnicy ewolucjonizmu wytaczają przeciwko udowodnionym i potwierdzonym przez poznawcze zdolności ludzkiego rozumu osiągnięciom nauk przyrodniczych, nie wywodzi się z judeochrześcijańskiej tradycji Starego i Nowego Testamentu. Najpoważniejsze argumenty, zdaniem oponentów przemawiające przeciwko ewolucyjnej wizji świata, niestety zdradzają, że u zarania chrześcijańskiej teologii poważny wpływ wywierała na nią helleńska filozofia. Bez trudu można też zauważyć, że część argumentów, służących chrześcijanom do obrony statycznej wizji świata, nie ma żadnego uzasadnienie teologicznego, nawet pomimo tego, że z pozoru taki rodowód wydaje się całkiem oczywisty. Są to raczej argumenty przyrodnicze, ale zbudowane na twierdzeniach, które z punktu widzenia współczesnej teologii na szczęście zostały już przezwyciężone.
Ewolucjonizm - problem fundamentalistów
Mogło się wydawać, że na skutek dyskusji prowadzonej przez teologię i nauki przyrodnicze w XIX i na początku XX wieku ewolucjonizm, jako sposób zrozumienia świata i metodologiczne założenie w rozwiązywaniu kolejnych zagadek wszechświata i życia, przestał być problemem chrześcijańskiej wiary i teologii. Tymczasem wiele symptomów wskazuje na to, że na przykład w współczesnym ewangelicyzmie na Śląsku, wciąż żywa jest opozycja, która, ewolucyjnemu obrazowi świata, przeciwstawia średniowieczny kreacjonizm, sięgający swoimi korzeniami w pogańską religijność i helleńską koncepcję czasu, jako powtarzającego się cyklu. Nie podejmując badań nad stanem wiary i pobożności polskiego luteranizmu końca XX wieku, precyzyjnie trudno określić, jakie są przyczyny okopywania się niektórych środowisk kościelnych przed współczesną teologią oraz osiągnięciami nauk empirycznych. Wydaje się jednak, że niezmiernie ważnym czynnikiem, budzącym nieufność wielu ewangelików do ewolucjonizmu jest populistyczne kaznodziejstwo oraz teologiczne inspiracje amerykańskiego fundamentalizmu, płynące ku nam poprzez różnorodne kontakty z wolnokościelnymi wspólnotami. Ambicją przedstawicieli fundamentalizmu pozostaje bowiem odrzucanie teorii naukowych w imię prywatnych zasad hermeneutyki biblijnej.
Ofiarowanie ciała - ciąg dalszy
3. Etyka krzyża Etyka krzyża przekonuje jedynie w perspektywie pytania o sens ludzkiego życia. Jezus Chrystus powiada, że człowiek żyje po to, aby wypełnić wolę Ojca, to znaczy w nieobłudnej miłości dawać samego siebie innym. Dzięki temu osiąga się cel ludzkiej egzystencji, a jest nim spocznienie w Bogu. W ten sposób człowiek dosłownie całym sobą wchodzi w komunię z wszechświatem. Chodzi więc o to, co jest często powtarzane z chrześcijańskich ambon, że ostatecznie człowiek spełnia się przez zaparcie samego siebie, wyniszczenie z miłości.
Ofiarowanie ciała (Transplantologia w perspektywie teologicznej)
Motto: Wzywam was tedy, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście składali ciała swoje jako ofiarę żywą, świętą, miłą Bogu, bo taka winna być duchowa służba wasza. Rz 12,1 Próbując odpowiedzieć na pytanie: na czym polega chrześcijańskie życie, najczęściej cytujemy Jezusa Chrystusa: „Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i weźmie swój krzyż i niech idzie za mną" (Mt 16,24). Z mocy chrzestnego powołania chrześcijanin jest zobowiązany do naśladowania Jezusa, a mówiąc inaczej powinien upodabniać się do Zbawiciela, który światu darował życie i zbawienie przez złożenie samego siebie w ofierze. Trzeba przyznać, że tym samym jako chrześcijanie proponujemy niespotykaną formę samorealizacji, a co za tym idzie, prezentujemy specyficzną wizję ludzkiego życia. Dlatego też refleksja nad tajemnicą chrześcijańskiej pobożności, jako imitatio Christi, może stać się punktem wyjścia w dyskusji na temat etycznych konsekwencji współczesnej transplantologii, pobudzjącym do myślenia i prowokującym do podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Naśladowanie Chrystusa jest podążaniem drogą życia według wzoru, który pozostawił Jezus z Nazaretu. Upodabnianie się do Zbawiciela polega przeto na podjęciu wezwania skierowanego do człowieka, aby zaparł się samego siebie, a wyniszczając się aż do śmierci, umożliwił Bogu manifestację dobra i miłości w świecie. Pytając zatem, jakie stanowisko wobec transplantologii powinni zajmować chrześcijanie, musimy najpierw rozjaśnić nieco tajemnicę życia i śmierci, jako rzeczywistości, w której człowiek przechodzi zbawczą metamorfozę na podobieństwo Jezusa Chrystusa.