piątek, 29 stycznia 2010
Septuagesimae

Panie Boże, Sprawco wszelkiej światłości, chociaż jestem pogrążony w ciemnościach grzechu, jednak mam stanąć przed Twoim Ludem, który przez krew Nowego Przymierza przelaną na Golgocie, został powołany do światłości. Proszę Cię, daj mi swojego Ducha i spraw, aby przez moją kaznodziejską słabość objawiła się Twoja chwała. Ratuj mnie przed ciemnością lenistwa, a słuchaczy przed ciemnością zapomnienia. Amen.

 

1 Kor 9,24–27

Czy nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście nagrodę zdobyli. A każdy zawodnik od wszystkiego się wstrzymuje, tamci wprawdzie, aby znikomy zdobyć wieniec, my zaś nieznikomy. Ja tedy tak biegnę, nie jakby na oślep, tak walczę na pięści, nie jakbym w próżnię uderzał; ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony.

 

 

Dołożyć wszelkich starań

 

Rozpoczęło się przedpoście. Co prawda nie jest to jeszcze Wielki Post, jednak nazwa niedzieli siedemdziesiątnica już nawiązuje do okresu pasyjnego. Dzisiejsza niedziela rozpoczyna siedemdziesięciodniowy okres poprzedzający Zmartwychwstanie Pana.

Młodszemu pokoleniu ewangelików dzisiejszy tekst kazalny może wydawać się nieco archaiczny, nie tyle ze względu na to, że ap. Paweł odwołał się do starożytnych zawodów sportowych, ile ze względu na słowa: „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, ...”. Ap. Paweł mówi o czymś, co ma związek z postem i wstrzemięźliwością, która współcześnie nie jest traktowana poważnie. Kultura masowa, wypierająca z naszej świadomości potrzebę wysiłku, skupienia, wstrzemięźliwości, jest skuteczna do tego stopnia, że nawet chrześcijanie mało kiedy pojmują, że wstrzemięźliwe życie, jest też wyrazem na-śladowania Chrystusa.

Tymczasem naśladowanie wymaga różnorodnych starań. Dochowanie wierności Chrystusowi nie jest tym samym, co lojalność wobec przełożonego. Nie polega tylko na zachowywaniu wiary, ale obejmuje wszystkie elementy codziennego życia, w którym jako chrześcijanie mamy do osiągnięcia konkretny cel, a mianowicie pełnię zbawienia.

Dlatego codzienność powinna cechować się aktywnością. Nie wolno nam stanąć w miejscu, ponieważ wtedy przegramy swoje życie. Jako chrześcijanie, uczniowie Jezusa Chrystusa, a więc jako powołani do świętości, biegnijmy wytrwale, abyśmy nie stracili Bożej łaski!

 

1. Nie ma taniej łaski.

Ap. Paweł nie napisał co prawda dzieła, poświęconego naśladowaniu Chrystusa, pomimo tego w dzisiejszym tekście przedstawia swoje życiowe motto, którym kierował się jako uczeń i apostoł Zbawiciela.

Przede wszystkim trzeba dążyć do zdobycia nagrodę. Nie chodzi o to, aby wysforować się przed innych, a potem gardzić przegranymi. Właśnie taki sposób myślenia Apostoł starał się przezwyciężyć, swoim listem do chrześcijan w Koryncie, gdzie nastąpiły liczne podziały i gradacja zboru na mocniejszych i słabszych, lepszych i gorszych. Używając obrazu zaczerpniętego ze sportu, Paweł nie podtrzymuje tej logiki, ale wszystkich Koryntian zachęca do wysiłku, dając im określoną motywację, którą jest nieznikomy wieniec chwały.

Nie mając odpowiedniej motywacji, człowiek nie mobilizuje się, nie wykorzystuje we właściwy sposób darowanych mu dni życia i talentów. Dla Pawła jest oczywiste, że motywacją chrześcijanina powinno być zbawienie. Używając słów D. Bonheffera możemy powiedzieć, że nie ma taniej łaski i dlatego z kolei słowami Mojżesza powinniśmy codziennie modlić się: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy po-siedli mądre serca” (Ps 90,12).

Łaska Boża została bowiem drogo nabyta niewinną krwią i śmiercią Chrystusa. Naśladowca Zbawiciela nie powinien więc liczyć na łaskę Boga, ale dokładać wszelkich starań, aby wieniec chwały zdobyć przy maksymalnym wysiłku i mobilizacji. „Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie, który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, Lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; ...” (Flp 2,5–8).

Praktyczna postawa wielu chrześcijan, zmierzająca do tzw. optymalizacji wysiłku w naśladowaniu Chrystusa, nie zasługuje na pochwałę. Wielu chciałoby wyważyć pomiędzy niezbędnym minimum za-angażowania się w naśladowanie Mistrza i Nauczyciela z Nazaretu, a korzystaniem z przychylności świata. Tymczasem chrześcijanin ma żyć intensywnie. To znaczy zawsze angażować się całą osobą, nie licząc się z konsekwencjami swojej postawy. Nie wolno mu wykorzystywać chrześcijańskiej wolności w zależności od ochoty, albo oczekiwanego zysku.

Być chrześcijaninem znaczy być nieustannie aktywnym i starać się być najlepszym!

Wszelkie próby moralności ekstensywnej, mającej zapewnić maksimum efektów, dodajmy zbawczych efektów, przy minimum nakładów, są chybione. Skoro nasza wiara opiera się na pewności, że Bóg jest miłością, to stawanie w miejscu i unikanie konfrontacji z problemami świata i życia nie przystoi naśladowcom Chrystusa, który w problemy świata zaangażował się bez reszty, całą osobowością i życiem. Umiłował bowiem do końca.

Mówiąc jeszcze inaczej, każdego dnia stawiajmy sobie przed oczy cel życia, którym jest Boży wieniec życia wiecznego, obiecany wszystkim, którzy wytrwają w wierze.

Naśladowca Zbawiciela powinien zatem wkładać maksimum wysiłku w swoje życie. Chrześcijańskie życie jest życiem z pasją! A chrześcijańska pasja życia nie bierze się z umiłowania życia samego w sobie, ale z umiłowania Zbawiciela.

Być jak Chrystus i żyć jak Chrystus!

Zaangażować się w problemy swojego środowiska bez reszty. Wy-rzec się siebie, aby darować szczęście i radość innym – oto mądra rada Pawła, apostoła Jezusa Chrystusa, którą daje wszystkim naśladującym Zbawiciela.

Przekonująca tym bardziej, że przecież nie biegniemy na oślep. Świat nie ma celu, który my mamy, ponieważ jesteśmy ochrzczeni. Mamy obiecaną nową Jerozolimę. Świątynię nie zbudowaną ludzkimi rękoma. Mieszkanie u Ojca w niebie. To nie jest nagroda, ale dar. Mając taki cel możemy z ufnością dawać siebie innym bez reszty, wiedząc, że Boża łaska została drogo nabyta.

Także walcząc, nigdy nie bijemy na oślep, to znaczy nie wiedząc, jaki skutek przyniesie nasze zaangażowanie. Świat uderza w próżnię, ideową próżnię. W świecie jest przecież wielu dobrych ludzi, szczerze oddanych dobru i szczęściu. My jednak mamy wielkie szczęście, bo dostrzegamy sens naszej walki. Mamy po prostu motyw, który jest trwalszy aniżeli świat. Jest Nim naśladowanie Chrystusa, wcielonego Boga, który zaangażował się w los człowieka.

Dlatego dokładajmy wszelkich starań, aby efekty naszego życia były trwałe, poprzez podobieństwo do pełnej poświęcenia działalności Jezusa Chrystusa. Niechaj nasze życie nie będzie tanim i łatwym prześlizgnięciem się po falach ludzkiej historii. Odciskajmy w niej trwałe ślady.

 

2. Wysoka cena naśladowania

Prawdziwa cena naśladowania Chrystusa wcale nie jest niska. Niektórym się wydaje, że w szkole Jezusa nie trzeba wiele płacić za naukę życia. Wprost przeciwnie. Ceną tej nauki jest umiejętność powstrzymywania się i umartwiania się, a zatem wstrzemięźliwość.

Zapytajmy więc o istotę wstrzemięźliwości. Na pewno otwiera człowieka na potrzeby bliźniego. Powstrzymując się od czegoś, możemy to darować innym. Umartwiając się w istocie rzeczy ujarzmiamy swoje „ja”, które zamyka nas na potrzeby bliźnich. Ludzkie „ja” jest bowiem ściśle związane z cielesnością. W niej ujawnia się najbardziej, aż do tak zwanego instynktu samozachowawczego, które w świecie wyrządziło już wiele zła. Umiejąc zapanować nad swoimi pożądliwościami i pragnieniami, człowiek zyskuje władzę nad egoizmem i staje się podobny do Jezusa Chrystusa; bardziej wolny, aby w tej wolności stać się niewolnikiem wszystkich ludzi.

Wstrzemięźliwość przygotowuje też do spotkania z Bogiem. Jest bowiem przestrzenią w ramach, której doskonali się modlitwa i możliwe jest studiowanie Słowa Bożego. Dzięki ujarzmianiu i poskramianiu cielesnych pożądliwości oraz pragnień człowiek staje przed Bogiem, gotów do słuchania i wykonywania.

Wstrzemięźliwość jest chrześcijańskim sposobem na wyważone i dobre życie. Swego rodzaju ćwiczeniem pobożności, aby przez lekkomyślność i źle pojętą chrześcijańską wolność nie minąć się z celem i nie przegrać wieńca chwały. „Ale umartwiam ciało moje i ujarzmiam, bym przypadkiem, będąc zwiastunem dla innych, sam nie był odrzucony”. Odrzucenie grozi wszak z dwóch powodów.

Po pierwsze wynika z braku życiodajnego kontaktu z Bogiem. Modlitwa, nabożeństwo, lektura Pisma Świętego – w nich człowiek zbliża się do Boga.

Po drugie człowiek staje się marnotrawnym synem niebieskiego Ojca wówczas, gdy zamyka się na bliźniego. Nie słucha go, nie podaje mu dłoni ani kromki chleba. Wstrzemięźliwość jest więc sposobem na prawdziwe bycie z człowiekiem.

Dokładajmy więc starań w naśladowanie Jezusa Chrystusa, aby nasze życie nie było odliczaniem dni, ale prawdziwą pasją, walką o dobro i szczęście dla świata i człowieka, autentycznym i pełnym szczerego zaangażowania naśladowaniem Chrystusa. Ćwiczmy się w pobożności. Taki trening to wytrwała, a nie okazjonalna i uzależniona od wielu czynników droga w niedzielę i święto do kościoła; to nieustająca modlitwa; to codzienna lektura Pisma Świętego; to wstrzemięźliwe nastawienie do życia.

Chrześcijańska kondycja naprawdę jest ważna! Można ją osiągnąć jedynie przez pilność i systematyczność. Pamiętajmy, że łaska darowana nam przez Boga w Jezusie Chrystusie ma wysoką cenę. Jest nią zbawczy czyn Chrystusa.

Pamiętajmy o nagrodzie! Przewyższa nasze wszystkie wyobrażenia! Amen.

 

 

 

Wiara ap. Pawła w perspektywie powołania przez wywyższonego Chrystusa - część 2
W tym miejscu dotykamy kolejnego, bardzo istotnego aspektu chrześcijańskiego doświadczenia, który także był udziałem ap. Pawła, a mianowicie pokuty. Człowiek, stojący sam na sam z chwałą świętego Boga, nie może pozostać przy życiu, a jednak Bóg daruje życie każdemu, kto po spotkaniu z Nim idzie drogą pokuty. Paweł również wszedł na taką drogę, a w opisie z Dziejów Apostolskich jej świadectwem jest wzmianka, że przez trzy dni ap. Paweł nic nie jadł i nie pił. Człowiek ślepy może przecież jeść i pić, chyba że sam tego nie chce. Poznawszy grzech, zobaczywszy samego siebie w właściwym świetle, to znaczy jako ciemność w świetle świętego Boga, objawiającego się w Jezusie Chrystusie, Paweł świadomie podejmuje drogę pokuty. W języku obrazów i symboli pokuta przedstawiana jest jako ciemność, ponieważ jest ciemnością ludzkiego doświadczenia. W pewnym sensie jest spogląda-niem w samego siebie, a więc w ciemność ludzkiego bytu i życia. Znakami pokuty są ponad-to: popiół, pokutny wór, zakładany jednak na osobności, a nie na oczach ludzi, odpowiednia postawa podczas modlitwy. Pokutę można też wyrazić z pomocą symbolu pustyni. Kto udaje się na pustynię, idzie tam zmierzyć się sam ze sobą, idzie ocenić własne życie i przewartościować je. Te wszystkie obrazy, symbole i gesty łączą dwie rzeczy. Po pierwsze w jakimś stopniu są związane z ludzkim umieraniem, z doświadczeniem śmierci, a po drugie wyrażają bezmiar ludzkiej małości w porównaniu z bezmiarem Bożej wielkości. Ciemność, której pod Damaszkiem doświadczył Paweł jest ciemnością pokuty, to znaczy aktu uznania się przez człowieka przed Bogiem za małego, grzesznego i śmiertelnego, który nie potrafi nic uczynić dla własnego zbawienia.
Wiara ap. Pawła w perspektywie powołania przez wywyższonego Chrystusa - część 1
Życiowa droga ap. Pawła jako chrześcijanina niewątpliwie rozpoczęła się pod Damaszkiem: „I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladujesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz;” (Dz 9,3n). Oceniając wydarzenie spod Damaszku, powiadamy, że to było nawrócenie. To prawda. Jednak nie zawsze zadajemy pytanie o charakter nawrócenia ap. Pawła. Tymczasem odpowiedź na nie jest bardzo ważna, ponieważ dzięki niej można właściwie zinterpretować niektóre literackie szczegóły opisu, np. jasność z nieba, a także zrozumieć późniejszą działalność Apostoła Narodów. Najpierw zauważmy coś, na co najczęściej nie zwracamy uwagi, a mianowicie, że sam Paweł, wydarzenia spod Damaszku, w żadnym ze swoich listów nie nazwał nawróceniem, chociaż odwoływał się do niego kilkakrotnie. Nawrócenie rozumiemy jako zawrócenie w drodze. Nagle ktoś porzuca grzech i odtąd pragnie żyć po Bożemu, naśladując Jezusa Chrystusa. Powraca do Boga. Czy w wypadku Pawła możemy mówić o tak pojętym nawróceniu? Przecież jako pobożny Żyd żył po Bożemu. W ocenie własnego postępowania na pewno nie dostrzegał grzechu. Jako faryzeusz wypełniał prawo, był gorliwym obrońcą własnej religii. Paweł nigdy nie odstąpił od Boga, oczywiście według ówczesnego, faryzejskiego pojęcia. Czy nawrócenie Apostoła Narodów mogło zatem mieć charakter moralny? To znaczy, że pod Damaszkiem Paweł pojął haniebność swojej gorliwości w prześladowaniu chrześcijan? Nawrócenie Pawła byłoby w tym wypadku przemianą etyczną, wskazującą na silną wolę Pawła. Wydaje się, że taka interpretacja, chociaż nie jest pozbawiona słuszności, jednak pozbawiona jest głębi wydarzenia spod Damaszku. Głębi Bożego działania. Inna interpretacja wspomnianego wydarzenia, każe widzieć w Pawle człowieka, nagle zmieniającego sztandar, pod którym służy i walczy. Gorliwy wyznawca prawa w pewnym momencie życia przechodzi, z całym swoim talentem i zaangażowaniem, pod sztandar Ewangelii. Mielibyśmy tutaj do czynienia tylko ze zmianą przedmiotu zainteresowania, ale sam Paweł pozostaje nadal tym samym człowiekiem. Dlaczegóż więc nastąpiła zmiana imienia z Saula na Pawła, skoro taka zmiana zawsze jest znakiem wewnętrznej przemiany człowieka, jak np. w wypadku patriarchy Jakuba?
czwartek, 28 stycznia 2010
Tematyka nabożeństw pasyjnych - 2010

Młodzieńcze ideały a krzyż Jezusa

Hasło roku: Młodzież

1. Sprawne ciało a moc Ukrzyżowanego

 

Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci.  (Rz 7,24)

Dosyć masz, gdy masz łaskę moja, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa. (2 Kor 12,9)

 

2. Wiedza a głupstwo krzyża

 

Skoro świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego mądrości, przeto upodobało się Bogu zbawić wierzących przez głupie zwiastowanie. (…) My zwiastujemy Chrystusa ukrzyżowanego (…), który jest mocą Bożą i  mądrością  (1 Kor 1,21-24)

 

 

3. Bogactwo a naśladowanie Ukrzyżowanego

 

Jeszcze jednego ci brak. Sprzedaj wszystko, co tylko masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a potem przyjdź i naśladuje mnie.  (Łk 18,22)

4. Hałas a cisza krzyża

 

Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię. (Mt 5,5,)

A od szóstej godziny do godziny dziewiątej ciemność zaległa całą ziemię. A około dziewiątej zawołał Jezus donośnym głosem: Eli, Eli, lama sabachtani. (Mt 27,45n)

 

 

5. Życie w świecie a pełnia życia w Ukrzyżowanym

 

Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie i niech weźmie krzyż swój, i niech idzie za mną. Bo kto by chciał życie swoje zachować, utraci je, a kto by utracił życie swoje dla mnie, odnajdzie je.  (Mt 16,24n)

Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus.  (Ga 2,20)

 

6. Szczęście a prześladowania ze względu na Ukrzyżowanego

 

Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! radujcie się i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie.  (Mt 5,11n)

 

 

 

 

 

 

Modlitwą tworzymy świat

Modlić się – dla każdego z nas to oznacza coś innego. Poza ramowymi definicjami modlitwy jako rozmowy z Bogiem albo trwania w Bożej obecności, doświadczenie każdego z nas podpowiada nam inną koncepcję modlitwy. Jak wielu jest ludzi, tak wiele jest modlitw, wszakże jedno łączy je wszystkie. I wcale nie jest to lęk przed śmiercią, skoro dla przykładu starożytni Hebrajczycy wierzyli Bogu, który nie miał władzy nad krainą umarłych. Modlitwa nie oswajała więc strachu przed śmiercią i nie zapewniała zwycięstwa nad krainą cienia śmierci.

Wszystkie modlitwy świata łączy coś innego, a mianowicie wiara w to, że dzięki nim mamy udział w świętości, przeobrażającej świat. W duchu chrześcijaństwa powiedzielibyśmy, że modlitwa jest aktem dziękczynienia i wdzięczności. Czy zachowując wierność tej tradycji możemy modlitwę uznać na twórczy akt? Czy chrześcijanin, modlitwą jedynie przyjmuje, a może jednak tworzy świat?

Modliciel, który mało dziękuje, a o wiele prosi, wciąż przywiązany jest do teraźniejszości swego bycia. Wydaje mu się ona nie dość dobra i dlatego chce ją ulepszać. Jednocześnie nie dostrzega szans, jakie otwiera przed nim przyszłość i nie ma ochoty przejść przez bramę przyszłości, aby na zewnątrz swego uwikłania spotkać samego siebie w zupełnie nowych sytuacjach, wspólnotach i zadaniach.

Z kolei dziękczynienie i wdzięczność jest afirmacją Boga i życia, i w tym sensie modliciel czci Boga, Dawcę życia. Jest więc umacnianiem platformy, na której człowiek tworzy życie na nowo, albo - posługując się obrazem Ewangelii - buduje na trwałym fundamencie. Gdy modliciel akceptuje swój obecny stan, jest pogodzony z przeszłością, nie ma pretensji do przodków, że jest taki a nie inny, żyje w harmonii z otaczającymi go ludźmi i przyrodą, raduje się stanem swego bycia i posiadania, może zwrócić się ku przyszłości i pomyśleć nad nową formą istnienia, w realizację której chciałby się w pełni zaangażować.

Jak pięknie wyraził to Teilhard de Chardin: „Stworzenie musi rodzić, jeśli chce być bardziej stworzone”. Człowiek ma udział w tworzeniu samego siebie, a to oznacza, że ma obowiązek wymyślać sobie życie wciąż na nowo, a nie przyjmować je jako fatalne skutki wielu przyczyn od niego niezależnych.

W pełnym tego słowa znaczeniu mamy być kowalami własnego losu, a nie fatalistami, poddanymi przypadkowi. Dlatego mamy się modlić, a to znaczy jednocześnie wyrażać i umacniać swoją wiarę w to, że światem rządzi Bóg, a więc miłość, inwencja, pomysł, a nie zło, przypadek i fatum. Najpierw jest inwencja i decyzja, a potem rzeczywistość przybiera określony kształt. Nasze bycie w świecie oznacza, że nie jesteśmy poddani prawom natury, ale możemy kreować rzeczywistość na miarę swoich inwencji oraz marzeń.

Modlicie, który dziękuje i wdzięczy się Bogu za życie, czuje się w świecie dużo swobodniej od każdego, kto najczęściej prosi. Taki człowiek znajduje się w obszarze twórczej wolności, która nie jest przypadkowym podbojem, ale wyrazem jego wewnętrznej pewności, że został powołany do osiągnięcia doskonałości.

Odpoczynek Boga w siódmym dniu sugeruje, że odtąd już ktoś inny musi kontynuować stwórczy gest. Można powiedzieć, że Bóg tak uczynił świat, jak morze kształtuje brzeg, wycofując falę. Taki jest też sens nadawania nazw wszystkim rzeczom, zadania powierzonego Adamowi przez Boga. Nadawanie nazw nie jest zwykłym klasyfikowaniem, czy wprowadzaniem do rejestru. Według hebrajskiego sposobu myślenia nazywanie oznacza bowiem kontynuowanie stworzenia. To uwidacznianie słowem tego, co po prostu jest, ale w sumie pozostaje niewidzialne, „jakby nie istniało”. Czym bowiem byłaby rzecz, która nie zostałaby nazwana, nie byłaby nazywana po imieniu?

„Nazwać to być”. I dlatego: „Modlić się to tworzyć”.

Motyw Ogrodu założonego po to, by go uprawiać, czyli pracować w nim, a nie tylko oglądać i pilnować, także wskazuje na taką koncepcję stworzenia, według której gest, niejako zawieszony przez Boga, od razu zostaje powierzony człowiekowi. I to nie tylko człowieczemu zarządzaniu, ale także inwencji. Zakłada to przecież idea pracy. Stworzenie nie zostaje ukończone wraz ze stwórczym gestem Boga. Powiedzielibyśmy raczej, że ono zostaje zapoczątkowane, wezwane. Aby coś się jeszcze stało, będzie musiał to określić ktoś inny. Kto? Modliciel, który w świecie nie czuje się więźniem, ale wolnym twórcą.

Modlitwami nie tylko wymyślam własne życie i nowe formy istnienia, w realizację których mogę zaangażować się dzięki wierze. Od jakiegoś czasu modlę się też o Kościół, który wytrwałą modlitwą chciałby tworzyć nową postać tego świata, ponieważ widzę coraz więcej chaotycznych decyzji i czynów, przez które prześwieca strach.

Proszę, wspólnie módlmy się o Kościół, który modlitwą chciałby tworzyć świat.

 

niedziela, 24 stycznia 2010
Ekumeniczne duszpasterstwo

 

Ekumeniczne duszpasterstwo czeka długa droga, zanim stanie się pełnoprawną cząstką działalności Kościołów. Na teologicznych fakultetach nie prowadzi się zajęć z tej formy duszpasterstwa, a cóż dopiero mówić o seminariach, w których nie dba się o ekumeniczną formację alumnów. W rozmowach ekumenicznych temat prawie w ogóle nie pojawia się, może z wyjątkiem duszpasterstwa małżeństw mieszanych. Władze Kościołów wolą bowiem spektakularne akcje ekumeniczne oraz poważne dyskusje nad problemami teologicznymi, aniżeli mozolną pracę duszpasterską. Fakt, że dzięki niej ludzie odzyskują wspólny dom, stają się jedną świątynią Ducha Świętego, budowlą z kamieni żywych serc, pozostaje drugorzędny. Pierwszorzędna jest obawa, że ekumeniczna działalność duszpasterska pomiędzy ludźmi może przynieść niespodziewane efekty, na które Kościoły są nieprzygotowane.

Dlatego duchownym z pierwszej linii duszpasterskiego frontu pozostaje działać na chwałę Chrystusa i ku szczęściu ludzi często wbrew nieoficjalnym i oficjalnym stanowiskom Kościołów. Aczkolwiek wypada też wypowiedzieć życzenie, że Kościoły wypracują wspólne zdanie na temat ekumenicznego duszpasterstwa oraz zaproponują duchownym konkretne rozwiązania praktyczne.

1. W pierwszym rzędzie należałoby oczekiwać od władz Kościołów, aby nie tylko dopuściły, ale wręcz zobligowały duchownych do ekumenicznej opieki duszpasterskiej nad małżeństwami mieszanymi wyznaniowo. Przede wszystkim mając na względzie dobro dzieci, żeby ich wyznanie nie było kartą przetargową przy rozwiązywaniu małżeńskich i rodzinnych konfliktów. Małżeństwa niosące na sobie dodatkowe brzemię wyznaniowej różnorodności powinny być otoczone szczególną troską duszpasterską przez duchownych obu stron, nie w trybie konkurencyjnym, ale w duchu miłości.

2. W ramach duszpasterstwa ekumenicznego powinna funkcjonować jakaś skrócona forma pragmatyki służbowej, obowiązująca duchownych wszystkich Kościołów, aby szczególnie wobec radości narodzin oraz smutku żałoby duchowni nie prowadzili gry w kotka i myszkę, ale ze szczególną troską o zachowanie ludzkiego szczęścia i ocalenie wiary, pełnili swoją duszpasterską służbę.

3. Nie wiedzieć czemu Kościoły wciąż konkurują pomiędzy sobą w zakresie służby kulturalno-oświatowej i socjalnej. Dlaczego parafie nie mogą wspólnie prowadzić domów kultury chrześcijańskiej, domów tolerancji, świetlic środowiskowych, przedszkoli, poradni duszpasterskich, domów doraźnej pomocy dla byłych więźniów albo matek z dziećmi, które zostały wyrzucone z domów? Zwłaszcza wspólna praca z dziećmi przyniosłaby owoce, daleko przerastające dzisiejsze oczekiwania.

4. Parafie powinny wspólnie działać przeciwko takim społecznym zagrożeniom, jak: alkoholizm, narkomania, stręczycielstwo czy bezrobocie na życzenie.

5. Szczególną wymowę mają wspólnie organizowane uroczystości doroczne, począwszy od dożynek a skończywszy na świętach państwowych. W działalność o takim charakterze mogłyby wpisać się również wiejskie festyny, bale, korowody i zwyczaje typowo ludowe, które pomagają mieszkańcom odnaleźć wspólną tożsamość etniczną i kulturową pomimo różnic wyznaniowych.

6. Chociaż z punktu widzenia teologii ewangelickiej nabożeństwa nie są bezpośrednim działaniem duszpasterskim, to jednak nabożeństwa ekumeniczne mają odpowiednią wagę duszpasterską. W działaniach, mających na celu odzyskanie przez ludzi wspólnego domu, nabożeństwa ekumeniczne pełnią rolę znaku, który przemawia sam przez siebie, ale również ze względu na zwiastowane wtedy Słowo. Należy jednak zastanowić się, czy nabożeństwa ekumeniczne, organizowane podczas tygodni modlitw o jedność chrześcijan, nie spełniły już swego zadania i dlatego zdecydować się na kroki bardziej odważne. Sądzę, że w każdej wsi i mieście, gdzie siedzibę mają różne parafie, w każdą niedzielę powinny odbywać się nabożeństwa ekumeniczne z udziałem duchownych tych parafii, przemiennie zwiastujących Ewangelię. Aby takie przedsięwzięcie mogło dojść do skutku, duchowni z Kościoła Rzymsko-Katolickiego musieliby jednak zrewidować swoje poglądy na temat grzechu opuszczenia mszy w kościele parafialnym.

7. Zakończę infantylnie, ponieważ nie potrafię nie wspomnieć o jeszcze jednej formie ekumenicznego duszpasterstwa. Otóż w rzeczywistości wszystko zaczyna się na plebanii, w sercu duszpasterza, gdy klęczy i w modlitwie wstawienniczej modli się o powierzone jego opiece dzieci Boga. Zacznijmy modlić się o wszystkich. W codziennej modlitwie módlmy się za wspólnotę parafialną, która żyje razem z naszą, a należy do innego Kościoła. Modląc się o nowe chrzty w swojej parafii, życzmy ich w innej. Prosząc, aby Anioł Śmierci omijał naszą wieś czy miasto, w modlitwie pomyślmy o wyznawcach innego Kościoła. Módlmy się ekumenicznie, w duchu nieobłudnej miłości i dziękujmy Bogu za wspólny dom, darowany nam w Jezusie Chrystusie przez krew, którą przelał na krzyżu Golgoty.

 

 

sobota, 23 stycznia 2010
Kazanie na Dzień nawrócenia ap. Pawła - 25 stycznia

Panie Boże, niebieski Ojcze, powołałeś mnie do doskonałości. Często jednak wybieram ku niej złą drogę i zamiast stawać się podobnym do Ciebie, staję się zarozumiały i pyszny. Pro-szę, pomóż mi stać się doskonałym przez miłość, ponieważ taki wzór dał Jezus Chrystus. Niechaj także moja służba kaznodziejska będzie wyrazem mej miłości do bliźnich, do których mnie posyłasz, abym przypadkiem, wzywając innych do doskonałości, sam nie został odrzu-cony. Amen.

 

Rz 1,16n

Albowiem nie wstydzę się ewangelii Chrystusowej, jest ona bowiem mocą Bożą ku zbawie-niu każdego, kto wierzy, najpierw Żyda, potem Greka, Bo usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione, z wiary w wiarę, jak napisano: A sprawiedliwy z wiary żyć będzie.

 

Nawrócony dla zwiastowania Ewangelii

W dniu, upamiętniającym nawrócenie wielkiego Apostoła Narodów, wsłuchajmy się w pu-bliczne wyznanie św. Pawła, w którym oświadcza, że nie wstydzi się ewangelii Chrystusowej. W jego ustach to wyznanie nabiera szczególnego charakteru, skoro wcześniej był zaciekłym prześladowcą uczniów Pańskich, a co do zachowywania przepisów Zakonu – jak sam o sobie napisał – gorliwym faryzeuszem.

Doceńmy doniosłość Pawiowych słów, w których wyznaje, że Ewangelia jest mocą Bożą ku zbawieniu każdego wierzącego. Wszak ap. Paweł osobiście doświadczył mocy Ewangelii. Pod Damaszkiem olśniła go światłość z nieba. Wyrwany przez Jezusa Chrystusa z mocy ciemności, stał się głosicielem Ewangelii.

 

Charakter nawrócenia

"I stało się w czasie drogi, że gdy się zbliżał do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba, A gdy padł na ziemię, usłyszał głos mówiący do niego: Saulu, Saulu, czemu mnie prześladu-jesz? I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz;". Popularne i powierzchowne oceny wydarzenia spod Damaszku utrzymują najczęściej, że to było nawró-cenie. To prawda. Nie często jednak, albo w ogóle, zadajemy pytanie o to, jaki charakter mia-ło nawrócenie Pawła? Pytanie jest bardzo ważne, ponieważ dzięki odpowiedzi można zrozu-mieć późniejszą działalność Pawła.

Wpierw zauważmy coś, na co najczęściej nie zwracamy uwagi, a mianowicie, że sam Paweł wydarzenia spod Damaszku nigdy, w żadnym ze swoich listów, nie nazwał nawróceniem, chociaż odwoływał się do niego kilkakrotnie.

Nawrócenie rozumiemy jako zawrócenie w drodze. Nagle ktoś porzuca grzech i odtąd pragnie żyć po Bożemu. Powraca do Boga. Czy w wypadku Pawła możemy mówić o tak pojętym nawróceniu? Przecież jako pobożny Żyd żył absolutnie po Bożemu. W ocenie własnego życia na pewno nie dostrzegał grzechu. Jako faryzeusz wypełniał Prawo, był gorliwym obrońcą własnej religii. Paweł nigdy nie odstąpił od Boga, oczywiście według ówczesnego pojęcia.

Czy nawrócenie ap. Pawła mogło zatem mieć jedynie charakter moralny? To znaczy, że pod Damaszkiem św. Paweł pojął haniebność swojej gorliwości w prześladowaniu chrześcijan? Nawrócenie Pawła byłoby w tym wypadku przemianą etyczną. Wydaje się, że taka interpreta-cja choć nie jest pozbawiona słuszności, jednak na pewno pozbawiona jest głębi wydarzenia spod Damaszku. Głębi Bożego działania.

Inna interpretacja, we wspomnianym wydarzeniu każe widzieć w Pawle człowieka, nagle zmieniającego sztandar, pod którym służy i walczy. Gorliwy wyznawca Prawa w pewnym momencie życia, z całym talentem i zaangażowaniem, przechodzi pod sztandar Ewangelii. Mielibyśmy tutaj do czynienia tylko ze zmianą przedmiotu zainteresowania, ale sam Paweł pozostawałby nadal tym samym człowiekiem. Dlaczegóż więc następuje zmiana imienia z Saula na Pawła, skoro taka zmiana zawsze jest znakiem wewnętrznej przemiany człowieka, jak np. w wypadku Jakuba?

Obie interpretacje wydają się więc niewystarczające! Odrzucając je, posłuchajmy jak sam Paweł opisuje wydarzenie pod Damaszkiem: „Ale gdy się upodobało Bogu, który mnie sobie obrał, zanim się urodziłem i powołał przez łaskę swoją, Żeby objawić mi Syna swego, abym go zwiastował między poganami” (Ga 1,15n). Czy słyszmy Pawłowy tok myślenia i przed-stawiania: „obrał”, „powołał”, „objawił mi”, a więc „nie ja poznałem swój grzech i nie ja zmieniłem sztandar”. W Liście do Galacjan Paweł wyraźnie mówi o dziele Boga. Wydarzenie spod Damaszku opisał jako objawienie mu Bożego Syna.

Posłuchajmy innego tekstu: „Bo Bóg, który rzekł: Z ciemności niech światłość zaświeci, roz-świecił serca nasze, aby zajaśniało poznanie chwały Bożej, która jest na obliczu Chrystuso-wym” (2 Kor 4,6). W tych słowach Pawła doprawdy nie trudno usłyszeć wyraźny związek z opisem wydarzenia pod Damaszkiem, a zwłaszcza z jasnością z nieba, która poraziła przy-szłego Apostoła. Bądź co bądź są to słowa samego Pawła, mamy wobec tego prawo rozumieć je jako interpretację wydarzenia spod Damaszku, dokonaną przez zainteresowanego.

Pod Damaszkiem miało miejsce objawienie Chrystusa. Bóg stworzenia zabłysnął w sercu Pawła i oświecił go, aby Paweł mógł poznać bogactwo Chrystusa. Dzięki temu to wszystko, co wcześniej Paweł uważał za swój skarb, uznał za śmiecie wobec doniosłości, jaka ma po-znanie Jezusa Chrystusa. Paweł wyznaje więc: „Ale wszystko to, co mi było zyskiem, uznałem ze względu na Chrystusa za szkodę. Lecz więcej jeszcze, wszystko uznaję za szkodę wobec doniosłości, jaką ma poznanie Jezusa Chrystusa, Pana mego, dla którego poniosłem wszelkie szkody i wszystko uznaję za śmiecie, żeby zyskać Chrystusa i znaleźć się w nim, nie mając własnej sprawiedliwości, opartej na zakonie, lecz tę, która się wywodzi z wiary w Chrystusa, sprawiedliwość z Boga, na podstawie wiary” (Flp 3,7-9).

Tajemnica Pawłowego nawrócenia to zatem coś o wiele więcej niż nawrócenie moralne, zmiana mentalności. To też coś więcej niż zmiana sztandaru. To rzeczywistość tak bogata w znaczenia i skutki, że musimy zbliżać się do niej z pokorą. Musimy uznać, że z tego wydarze-nia właściwie nie wiele pojmujemy, a jeśli potrafimy coś powiedzieć na jego temat, to chyba tylko tyle, że oto Pawłowi teologowi, znawcy Prawa i Ksiąg Starego Testamentu, zostaje przez Boga objawiony Chrystus. To znaczy, że Paweł oświecony Duchem Bożym pojmuje jasność Ewangelii, zaczyna dostrzegać bogactwo Bożej łaski danej człowiekowi nie ze względu na ludzkie uczynki i zasługi, ale ze względu na zbawczy czyn Bożego Syna.

Nawrócenie Pawła pod Damaszkiem jest więc w pełnym tego słowa znaczeniu metanoią, czy-li nowym sposobem myślenia, zmianą mentalności. Chociaż ma w sobie coś z nawrócenia moralnego, ponieważ nowy sposób myślenia prowadzi do odnowy etycznej, a także coś z zmiany sztandaru, jednak nie jest tylko jednym i tylko drugim, ale przede wszystkim jest spo-tkaniem z żywym Chrystusem, który grzesznemu człowiekowi objawia jasność swojej Ewan-gelii!

 

Wymienić wszystko na drogocenną perłę

Próbując wniknąć w tajemnicę Pawłowego nawrócenia można posłużyć się znaną przypowie-ścią Jezusa, a mianowicie o kupcu pereł, który znalazłszy drogocenną perłę, sprzedał wszyst-ko, co miał, aby ją kupić. Tak właśnie postąpił ap. Paweł. Można powiedzieć, że czyn kupca nie był rozsądny, ale pragnienie posiadania pięknej perły było silniejsze. U Pawła znajdujemy to samo pragnienie, aby posiadać skarb. Gdy więc Bóg objawił mu perłę, ewangelię zbawie-nia każdego, kto wierzy, Paweł bez wahania postąpił jak ów kupiec, skoro usprawiedliwienie Boże w niej bywa objawione.

Pod Damaszkiem Paweł nagle uzmysłowił sobie, że to wszystko, co było jego dotychczaso-wym skarbem, a więc sprawiedliwość z uczynków w niczym nie może równać się z sprawie-dliwością darowaną ze względu na Chrystusa. Do czasu nawrócenia Paweł zazdrośnie strzegł swojego skarbu. To tłumaczy też jego zaangażowanie w prześladowania chrześcijan, którzy swoją wiarą w darmowość usprawiedliwienia ugodzili jego najczulsze miejsce, jak gdyby chcieli ukraść mu jego skarb. Jednak dzięki Bożemu objawieniu, które miało miejsce pod Damaszkiem, Paweł pojął swój dramat, dramat niewiedzy, że występując w obronie Prawa, odrzucał Ewangelię – skarb prawdziwy.

Dopiero zdając sobie z tego sprawę, możemy właściwie ocenić późniejsze, pełne poświęce-nia, misyjne zaangażowanie Pawła. Gwałtowne przejście pod nowy sztandar nie wyniknęło z ludzkiej decyzji. Swoje źródło miało w poznaniu prawdziwej perły, o którą Paweł zawsze ubiegał, i której zazdrośnie strzegł. Paweł nie żył dotąd Ewangelią Bożej łaski, lecz prawem samousprawiedliwienia, zapominając, że jest grzesznym człowiekiem.

Pod Damaszkiem Paweł przeżył moc Ewangelii ku zbawieniu każdego wierzącego. Zrozu-miał, gdzie powinien szukać szczęścia i zbawienia. Bóg doprowadził Pawła do zupełnie no-wego widzenia rzeczy. Nie do gwałtownej przemiany moralnej, ale do oświecenia, które Pa-weł nazywa objawieniem, ponieważ w tej nowej perspektywie, jaką jest Chrystus i Jego Ewangelia, wszystko wydaje mu się inne.

Pamiętajmy o tym, oceniając własne życie, ewentualnie powracając pamięcią do jakiegoś wydarzenia z własnego życia, podobnego temu, które przeżył Paweł. Czy ujrzeliśmy wów-czas światło z nieba i usłyszeliśmy głos Chrystusa? Czy nie było to raczej wewnętrzne światło i wewnętrzny głos, który odezwał się w nas nie na drodze rozumu, ale dzięki słuchaniu Słowa Bożego, a więc przez kontakt z Bożą prawdą? Wydaje się, że i takie było przeżycie Pawła teologa pod Damaszkiem!

Warto o tym pamiętać także z innego powodu. Otóż przez różnej maści „domorosłych kazno-dziejów” coraz częściej jesteśmy atakowani wezwaniami do nawrócenia! Nawrócenia rozu-mianego moralnie. Faktycznie niektórym jest bardzo potrzebne. Większość z nas potrzebuje jednak objawienia chwały Chrystusa, a więc zrozumienia, że nie powinniśmy na niczym in-nym budować życia, tylko na sprawiedliwości danej nam przez Boga ze względu na Chrystu-sa. A to jest możliwe nie przez ludzkie decyzje, ale przez kontakt z żywym Słowem Boga, z Ewangelią.

Niechaj Pan Bóg oświeca nas chwałą Chrystusa! Niechaj daje nam poznanie bogactwa swej łaski i pomaga w uznaniu wszystkiego za śmiecie ze względu na Chrystusa Pana. Amen.

 

 

 

 

 

piątek, 15 stycznia 2010
2. niedziela po Epifanii

Panie Boże, Ojcze miłosierdzia, proszę Cię bądź miłościw mnie grzesznemu człowiekowi, leniwemu kaznodziei i duszpasterzowi z oziębłym sercem. Nie pamiętaj moich przewinień, ale dla łaski swojej udziel mi Chrystusowego Ducha, abym wypełniał wolę Twoją. Przede wszystkim dopomóż mi sprawiedliwie postępować i okazywać miłosierdzie. Niech serce moje będzie przybytkiem miłości i źródłem dobroci. Amen.

 

Rz 12,4-16

Jak bowiem w jednym ciele wiele mamy członków, a nie wszystkie członki tę samą czynność wykonują, tak my wszyscy jesteśmy jednym ciałem w Chrystusie, a z osobna jesteśmy człon-kami jedni drugich. A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto na-ucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szcze-rości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością. Miłość niech będzie nieobłudna. Brzydźcie się złem, trzymajcie się dobrego. Miło-ścią braterską jedni drugich miłujcie, wyprzedzajcie się wzajemnie w okazywaniu szacunku, w gorliwości nie ustawając, płomienni duchem, Panu służcie, w nadziei radośni, w ucisku cierpliwi, w modlitwie wytrwali; wspierajcie świętych w potrzebach, okazujcie gościnność. Błogosławcie tych, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie przeklinajcie. Weselcie się z weselącymi się, płaczcie z płaczącymi. Bądźcie wobec siebie jednakowo usposobieni; nie bądźcie wyniośli, lecz się do niskich skłaniajcie; nie uważajcie sami siebie za mądrych.

 

 

Przychodzimy jako dar

 

W Święto Epifanii stanęliśmy przed Dzieckiem z Betlejem, aby rozpoznać Boga, który nie tylko na nas patrzy, ale i mówi. Mówi bardzo wymownie, bo egzystencją umiłowanego człowieka. W Betlejem słowem Boga jest Syn błogosławionej panny Marii.

Betlejemskie Dziecię jest darem od Boga, który tak umiłował świat, że swojego Syna dał, aby wierzący mieli życie wieczne. Dlatego o Epifanii można powiedzieć, że jest Świętem Bożego daru. Wszystkie dary prawdziwe, a nie pozorowane, biorą swój początek z Betlejem i z epifa-nijnego przeżycia Boga wśród nas i dla nas.

Na czym polega prawdziwość daru? Na miłowaniu. Jedynie wówczas mamy do czynienia z darem, gdy płynie z miłości, a nie z wyrachowania. Pan i Mistrz uczy nas, abyśmy zapraszali na przyjęcia jedynie tych, o których wiemy, że nie będą mogli się zrewanżować (Łk 14,13n). Dlatego też mamy kochać nieprzyjaciół, którzy nie oddadzą nam miłości.

Prawdziwy dar jest więc tym, co mamy najwartościowsze. Nadwyżka nigdy nie jest darem w sensie właściwym. Miłość Boga polega na tym, że On pierwszy umiłował, gdy my byliśmy jeszcze Bożymi nieprzyjaciółmi (1 J 4,10). W jednorodzonym Synu darował samego siebie, abyśmy mieli życie.

Od Epifanii rozpoczyna się zatem zwycięski pochód daru przez świat i ludzką historię, jako formy życia i bycia człowiekiem na wzór Chrystusa, co znamionują już owe tajemnicze postaci ze Wschodu, które nie tylko przynoszą dary materialne, ale składając hołd, ofiarowują Jezusowi Chrystusowi same siebie.

Stąd pomiędzy Epifanią i późniejszym Świętem Chrztu Pańskiego a pasją Chrystusa i Jego zbawczą męką na krzyżu Golgoty istnieje ścisły związek, którego znaczenie mamy okazję każdego roku przeżywać podczas epifanijnych i pasyjnych niedziel.

W świetle epifanijnego i pasyjnego świadectwa widać, że prawdziwie ludzka egzystencja zawsze przybiera formę daru. Inaczej nie można być człowiekiem. Każdy z nas jest darem. Przychodzimy jako dar i przychodzimy z darami.

 

1. Odnaleźć Boży dar

W końcu każdy z nas staje się szczególnym darem Boga dla świata przez chrzestne namasz-czenie Duchem Świętym na kapłanów, którzy samych siebie kładą na ołtarzu Bożej miłości.

Od kolebki po śmierć jesteśmy darem. Gdyby było inaczej, nie byłoby chrześcijańskiego Ko-ścioła, który nie jest związkiem zawodowym, wolnym zrzeszeniem, ani partią polityczną. Nie powstał na skutek społecznej umowy, ale jest owocem Bożego daru zbawienia i społecznością wzajemnie darowującą dary.

Czas, w którym luzie przestają darowywać, a zaczynają traktować swoje parafie czy lokalne społeczności roszczeniowo, jest pierwszym dniem końca każdej chrześcijańskiej wspólnoty. Bo wspólnota Chrystusa na ziemi, ożywiona Duchem Chrystusa, ma być obrazem daru, który zstąpił z nieba dla zbawienia wszystkich ludzi. Bez wzajemnie dawanych sobie darów, Ko-ściół przestaje być społecznością, która świadczy o zbawiennym darze. Dlatego ap. Paweł pisze: „A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto naucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szczerości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością”.

Niestety, we współczesności Kościoła można dostrzec wiele znamion zbliżającego się końca….

Dalej nie będę rozwijał refleksji w taki sposób, że wymienione przez ap. Pawła dary miałbym odnosić do współczesnych potrzeb. Chcę raczej zachęcić nas do zmiany postępowania i uczy-nienia z siebie daru dla innych, aby nikt, kto ma z nami kontakt, nigdy nie miał wątpliwości, żeśmy Chrystusowi, a więc żeśmy darami od Boga dla świata. Pomocną będzie mi stara ro-syjska legenda, opowiadająca o czwartym królu, który wyruszył w drogę razem z trzema innymi.

„Ów czwarty król zabrał ze sobą jako prezent dla królewskiego Dzieciątka trzy błyszczące, szlachetne kamienie. Był najmłodszym spośród czterech, żadnemu zaś z nich nie płonęła w sercu tak głęboka tęsknota, jak właśnie jemu. Podczas drogi usłyszał nagle szlochanie dziec-ka. W kurzu zobaczył leżącego chłopczyka, bezbronnego, nagiego i krwawiącego z pięciu ran. Tak niezwykłe było to dziecko, tak delikatne i bezbronne, że serce młodego króla napeł-niło się litością. Podniósł je i zawrócił do wioski, którą właśnie zostawili za sobą. Tam nikt nie znał dziecka. Poszukał opiekunki i przekazał jej jeden ze szlachetnych kamieni, by w ten sposób zabezpieczyć życie dziecka.

Potem udał się w dalszą wędrówkę. Gwiazda wskazywała mu drogę. Bezbronne dziecko uczyniło go niezmiernie wrażliwym na nędzę świata. Przechodził przez miasto, w którym naprzeciw wyszedł orszak pogrzebowy. Umarł ojciec rodziny. Matka i dzieci miały być sprzedane do niewoli. Król przekazał im drugi drogocenny kamień.

Gdy tak wędrował, nie widział już gwiazdy. Dręczył się wątpliwościami, czy nie stał się nie-wierny swojemu powołaniu. Jednak wtedy raz jeszcze zajaśniała na niebie gwiazda. Wędro-wał za nią poprzez obcą krainę, w której szalała wojna. W pewnej wiosce żołnierze zgromadzili razem wszystkich mężczyzn, aby ich zabić. Wtedy król wykupił ich trzecim szlachetnym kamieniem. Ale odtąd nie dostrzegał już gwiazdy.

Ogołocony ze wszystkiego kroczył przez krainę i pomagał ubogim ludziom. Przybył do pewnego portu w chwili, gdy ojciec rodziny jako wioślarz na jednej z galer miał odpokutować za swoją winę. Król zaofiarował samego siebie i pracował przez wiele lat jako wioślarz na galerze. Wtedy w jego sercu ponownie wzeszła gwiazda. Wkrótce przemknęło go wewnętrzne światło i ogarnęła go spokojna pewność, że mimo wszystko jest na właściwej drodze.

Niewolnicy i panowie odczuwali to niezwykłe światło owego człowieka. Został wypuszczony na wolność. We śnie znowu zobaczył gwiazdę i usłyszał głos: „Pospiesz się! Pospiesz!” Wstał w środku nocy. Wówczas zajaśniała gwiazda i doprowadziła go do bram wielkiego miasta. Z tłumem ludzi został zapędzony na wzgórze, na którym stały trzy krzyże. Ponad środkowym krzyżem jaśniała gwiazda. Wtedy spotkało go spojrzenie Człowieka, który wisiał na tym krzyżu. Człowiek ten musiał odczuwać wszystkie cierpienia, wszystkie utrapienia świata, tak niezwykłe było jego spojrzenie. Ale też litość i bezgraniczną miłość. Jego ręce, przybite do krzyża gwoździami, były boleśnie wykrzywione. Z tych udręczonych rąk rozchodziły się promienie. Jak błysk przemknęła myśl: tutaj jest cel, do którego pielgrzymowałem przez całe życie. Ten Człowiek jest Królem ludzi i Zbawieniem świata, na którym oparłem swoją tęsk-notę, którego spotkałem we wszystkich utrudzonych i obciążonych”.

W każdym z nas istnieje coś, co mówi nam o tajemnicy Bożego Narodzenia. Często jednak nie widzimy promieniejącej gwiazdy jak należy albo wcale. Jest w nas wtedy ciemno. Wąt-pimy, czy znajdujemy się na właściwej drodze. Gdy jednak przyjmujemy życie w takiej po-staci, jaką Bóg dla nas przygotował, a także ludzi, którzy znajdują się na naszej drodze, kiedy jesteśmy pełni litości i współczucia, wtedy w naszych sercach radośnie świeci gwiazda, pro-wadząca nas do Chrystusa. Potrafimy wówczas odnajdywać Boże Dzieciątko w każdym ludz-kim obliczu, do którego się zwracamy i na spojrzenie którego odpowiadamy.

 

2. Rozdać dar czyli rozdać samego siebie

Idąc drogą życia rozdawajmy drogocenne kamienie naszych talentów, umiejętności, naszego uśmiechu, dobroci serca, po prostu naszego bycia.

Idąc tak przez życie stracimy gwiazdę, świecącą ponad naszymi głowami, gwiazdę pomyślności, wszak powiada się: „Ten urodził się pod szczęśliwą gwiazdą”, ale wówczas ona nagle zaświeci w naszych sercach i odtąd będzie naszym życiowym światłem. Rozdawajmy wszystko, aż nie będziemy mieli niczego, tylko samych siebie. Zyskamy wówczas skarb, któ-rego nie potrafimy opisać, choć nazywamy go szczęściem…

Takimi bądźmy jako małżonkowie, rodzice i dzieci Takimi bądźmy jako pracownicy. Takimi bądźmy jako ewangelicy, ponieważ świat czeka na nasze drogocenne kamienie...

Niech taką będzie każda parafia...

Ja także chcę posłusznie iść za gwiazdą swojego serca i chociaż wiedzie mnie w miejsca, o których przed laty nawet bym nie pomyślał, przecież właśnie dlatego idę, aby wreszcie stanąć przed Ukrzyżowanym, który jest moim zbawieniem i źródłem życiowego szczęścia.

Człowiek nigdy nie wie, gdzie prowadzi go gwiazda Dziecka z Betlejem. Mimo wszystko ważne jest to, żeby iść ufnie, niczym dziecko, z miłością dziecka, w szczerości dziecka i au-tentycznie, nie nakładając na siebie masek i nie udając kogoś, kim się nie jest. Ważne jest to, żeby we właściwym czasie i we właściwym miejscu ofiarować swój drogocenny kamień i pójść dalej z następnym. Amen.