niedziela, 24 października 2010
Tematyka nabożeństw adwentowych - 2010

Duszpasterstwo betlejemskiej groty


1. Nie bójcie się

 

I anioł Pański stanął przy nich, a chwała Pańska zewsząd ich oświeciła; i ogarnęła ich bojaźń wielka. I rzekł do nich anioł: Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem wszystkiego ludu.

Łk 2,9n

 

2. Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki

 

A to będzie dla was znakiem: Znajdziecie niemowlątko owinięte w pieluszki i położone w żłobie.

Łk 2,12

 

3. Gwiazda wskazuje drogę

 

A oto gwiazda, którą ujrzeli na Wschodzie, wskazywała im drogę, a doszedłszy do miejsca, gdzie było dziecię, zatrzymała się. A ujrzawszy gwiazdę, niezmiernie się uradowali.

Mt 2,9n

 

4. Z Egiptu wezwałem syna mego

 

I przebywał tam aż do śmierci Heroda, aby się spełniło, co powiedział Pan przez proroka, mówiącego: Z Egiptu wezwałem syna mego.

Mt 2,15

 

 

 

Powyższa tematyka nabożeństw adwentowych jest propozycją, realizującą przyszłoroczne hasło roku: Duszpasterstwo, nie będąc tylko teoretycznymi rozważaniami nad znaczeniem duszpasterskiej służby Kościoła, ale praktycznym działaniem duszpasterskim, jakie może podjąć kaznodzieja wobec adwentowego zboru.

Duszpasterstwem betlejemskiej groty zaprośmy słuchaczy do podjęcia adwentowej drogi do wnętrza groty, którą jest serce.

1. Cykl rozpoczyna się słowem Ewangelii, skierowanym do człowieka pełnego lęków, spotęgowanych obecnością Chwały Pańskiej, a więc Bożej obecności. Wobec lęków, które paraliżują, człowiek jest bezsilny. Lęk sprawia, że człowiek nie potrafi wziąć życia we własne ręce ani podjąć drogi ku przyszłym dniom. Często jest po prostu sparaliżowany lękiem przed surowym Bogiem, który jedynie egzekwuje swoje prawa i obowiązki człowieka (np. przypowieść o talentach).

2. Aby odnaleźć spokój i odzyskać poczucie własnej wartości, człowiek musi odnaleźć w sobie dziecko. Właściwie nie tylko znaleźć, ale też odwinąć z pieluszek, aby ono mogło zacząć wzrastać i rozwijać się. Pieluszkami najczęściej są lęki i fałszywa miłość rodziców, którzy do tego stopnia dominują swoje dziecko, iż nie potrafi stać się dorosłym. Adwentowa pielgrzymka do betlejemskiej groty jest więc drogą do własnego wnętrza i samego siebie, aby zrodzić się do dorosłego i odpowiedzialnego życia.

3. Drogę przez ciemności ludzkiego serca oświetla gwiazda, która dba o to, aby człowiek nie zatracił się, ale odnalazł w sobie Zbawiciela, a jednocześnie dziecko w sobie i nie uległ presji zewnętrznego świata, który chce zawładnąć życiem dziecka w nas…. (Lb 24,17; Ap 2,28; 22,16).

4. Powrót z adwentowej pielgrzymki w głąb samego siebie niech będzie wyjściem na wolność. Opuszczeniem Egiptu, czyli krainy niewoli, pozbyciem się lęków, zachowań, tego wszystkiego, co paraliżuje i nie pozwala rozwijać potencjału samego siebie. Niech koniec adwentowego czasu i początek świętowania będzie odnalezieniem dziecka w sobie, które wezwane przez Boga z ciemności, rozpoczyna prawdziwe i wolne życie w światłości.

 

 

 

wtorek, 28 września 2010
18. niedziela po Trójcy Świętej

Wszechmogący Panie, miłosierny i łaskawy Ojcze, Ty jesteś Bogiem nowego początku. Niczego nie pozostawiasz starym, ale wszystko czynisz nowym w Jezusie Chrystusie, dziedzicu obietnicy danej Abrahamowi. Proszę, odnów moje serce i myśli, abym zwiastując Ewangelię o Twoim Królestwie, budził wiarę w sercach słuchaczy. Boże, obdaruj wszystkich nowym początkiem w Chrystusie, abyśmy dążyli do pokoju i ku wzajemnemu zbudowaniu. Amen.

 

Rz 14, 17–19

 

Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom. Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu.

 

Jesteśmy na służbie u Chrystusa

 

Tekst kazalny, który Duch Boży kładzie nam na serca będzie mało zrozumiały, jeśli pod uwagę nie weźmiemy najbliższego kontekstu. Wszak nie wiadomo, dlaczego ap. Paweł nagle zaczyna pisać o tym, że Królestwo Boże to nie pokarm ani napój. Jeśli więc chcemy ów tekst dobrze zrozumieć, aby stał się dla nas źródłem wiary i mądrości, musimy uwzględnić całą wypowiedź Apostoła Narodów, w której znalazł się także interesujący nas fragment.

 

Otóż ap. Paweł apeluje do rzymian, aby swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia i picia, nie dawali bliźnim powodów do zgorszenia. Pisze tak: ”Jeżeli zaś z powodu pokarmu trapi się twój brat, to już nie postępujesz zgodnie z miłością; nie zatracaj przez swój pokarm tego, za którego Chrystus umarł” i dalej: „Dla pokarmu nie niszcz dzieła Bożego. Wszystko wprawdzie jest czyste, ale staje się złem dla człowieka, który przez jedzenie daje zgorszenie” (Rz 14, 15.20).

 

Ap. Pawłowi rozchodzi się więc o to, abyśmy swoimi przekonaniami, dotyczącymi jedzenia, nie gorszyli słabych we wierze, dla których te problemy stanowią źródło poważnych wątpliwości. Dlatego we fragmencie, który jest podstawą kazania, argumentuje w ten sposób, że Królestwo Boże nie polega na zewnętrznych zwyczajach i ludzkich przekonaniach, ale na sprawiedliwości, pokoju i radości w Duchu Świętym.

 

Jesteśmy przecież na służbie u Chrystusa i biorąc z Niego przykład powinniśmy zawsze dążyć do pokoju i wzajemnego budowania.

 

1. Dążmy do tego, co służy ku pokojowi

Jeśli dzisiejszy tekst kazalny ma przemówić do nas pełnią swej mądrości, musimy uświadomić sobie, że związek pomiędzy pokarmem i napojem a Królestwem Bożym ma jeszcze szersze i głębsze podłoże, aniżeli tylko wspomniana przed chwilą troska o słabych we wierze.

 

Wszak w wielu religiach świata nadzieja na życie w śmierci związana była z obrazem jedzenia. Uroczysta uczta jest symbolem radości, żywotności i w końcu samego życia, zwłaszcza, że wspólne spożywanie w przyszłym świecie złączone jest z udzielaniem się człowiekowi przez samego Boga. W Ewangelii wg św. Jana czytamy: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie” (J 6,53).

 

Wyobrażanie sobie przyszłego świata, jako nieustającej uczty, wywodzi się z życiowego doświadczenia dawnych ludzi, którzy częściej byli głodni aniżeli syci, i z tego powodu umierali. Nadzieja przyszłego świata była przede wszystkim pragnieniem odmienienia losu i najedzenia się do syta. Dla przykładu starożytni Germanie wyobrażali sobie przyszłe życie jako nieustającą ucztę w wielkiej sali, zwanej Wallhalą, w której siedzącym przy wielkim stole wojownikom, usługiwały piękne dziewczyny – Wallkirie, przynoszące im przez całą wieczność jedzenie i piwo. W myśleniu starożytnych ludzi przyszłość była więc związana z pokarmem i napojem.

 

Współcześni ludzie nie łączą już nadziei na przyszłość z pokarmem i napojem. Dlaczego? Są syci i napojeni. Nie oczekują tego, czego im brakuje. Dziś do wyobraźni bardziej przemawia pragnienie zdrowia. Konsumpcyjny sposób życia i myślenia, a także wysokie wymagania, stawiane życiu, sprawiają, że nie czekamy na pokarm i napój w przyszłym świecie, ale żądamy go już teraz. I dlatego wielu współczesnych Europejczyków i Amerykanów nie oczekuje już niczego specjalnego wobec przyszłości Królestwa Bożego.

 

Na podstawie tych refleksji zrodziło się we mnie niepokojące pytanie: Czy przypadkiem nie jesteśmy pokoleniem, na którym wypełnia się ostrzeżenie Jezusa, że mając pełne brzuchy już teraz odbieramy swoją zapłatę i dlatego nie czekamy na Królestwo Boże? Wypaliła się w nas nadzieja na przyszłość i powoli tracimy nie tylko ją – nadzieję –, ale także radość życia!

 

Tymczasem, jak słyszymy w tekście kazalnym, Królestwo Boże to nie jest pokarm ani napój, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. Ono już teraz znajduje się na ziemi, wszak nadeszło wraz z Jezusem z Galilei, Synem Najwyższego, przez którego święty Bóg objął władzę nad naszymi sercami i myślami. Ono jest więc w naszych sercach, jeśli tylko gości w nich sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym, a nasze myśli przepełnione są pragnieniem, aby pełnić je na chwałę Świętego.

 

Zapytajmy więc, czym jest sprawiedliwość? To znaczy, jaki obraz sprawiedliwości wyłania się z fragmentu Listu do Rzymian, w którym ap. Paweł upomniał braci w Rzymie, aby swoim bliźnim nie dawali powodu do zgorszenia. Podążając tokiem myślenia wielkiego Apostoła Narodów odkrywamy, że sprawiedliwością jest poszanowanie i nienaruszalność praw, które przysługują małym i słabym, a więc także tym, którzy są w mniejszości.

 

Nieuszanowanie praw, przysługujących wszystkim, którzy nie mogą stanąć w swojej obronie, to w gruncie rzeczy jest wykroczenie przeciw sprawiedliwości. Nonszalancka postawa mocnych jest powodem wewnętrznego niepokoju słabych i pozbawia ich radości życia, która przecież jest integralną częścią chrześcijańskiej pobożności.

 

Sprawiedliwością, o której ap. Paweł pisze, że stanowi istotę Królestwa Bożego, jest więc oddawanie bliźniemu tego, co się mu należy jako człowiekowi, stworzonemu przez tego samego Boga, Stwórcę, Zachowawcę i Żywiciela całej ludzkości. W myśl dzisiejszego tekstu kazalnego, sprawiedliwością jest także umiejętność wstrzemięźliwego życia. Albowiem wstrzemięźliwość polega na tym, że szanujemy przekonania i wyobrażenia naszych bliźnich, których wiara jest słabsza aniżeli nasza. Nie powinniśmy ich gorszyć, dając im powód do upadku.

 

Możemy powiedzieć, że sprawiedliwość sprowadza na ziemię pokój, a przecież najbardziej pożądanym przez wszystkich ludzi owocem pokoju jest radość. Dlatego wezwanie z ostatniego wiersza, abyśmy dążyli do pokoju, w istocie rzeczy jest inaczej sformułowanym ostrzeżeniem Jezusa z Nazaretu: „Albowiem powiadam wam: Jeśli sprawiedliwość wasza wasza nie będzie obfitsza niż sprawiedliwość uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do Królestwa Niebios” (Mt 5, 20).

 

Królestwo Boże nie jest sprawą jedzenia i picia, a zatem nie opiera się na naszych przekonaniach i zewnętrznych tradycjach, o które gwałtownie upominali się faryzeusze. Ich zdaniem ludzka nadzieja opiera się na zachowywaniu tradycji i religijnych przepisów. Bardzo się mylili, ale jednocześnie ci spośród nich, którzy przeczuwali na czym polega prawdziwa pobożność z ust Jezusa słyszeli słowa: „... Niedaleki jesteś od Królestwa Bożego” (Mk 12, 34).

 

Nauczmy się dziś, że nie mamy prawa żądać od wszystkich, aby podobnie do nas się zachowywali i mieli podobne przekonania. Nie mamy prawa oczekiwać, że inni będą podobnie do nas się odżywiali i ubierali; że będą się podobnie modlili i mieli podobną pobożność. Jeśli chcemy realizować polecenie Nauczyciela z Galilei aby najpierw szukać Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, nie narzucajmy swoich wyobrażeń innym. Wszak każdy z nas będzie sądzony ze swojego przekonania: „Lecz ten, kto ma wątpliwości, gdy je, będzie potępiony, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem; wszystko zaś, co nie wypływa z przekonania, jest grzechem” (Rz 14,23) – pisze ap. Paweł kilka wierszy dalej.

 

Królestwo Boże to nie zewnętrzne zwyczaje i tradycje, ale sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym. To między innymi znaczy, że ono nie ma charakteru ostatecznego i nie należy do nieokreślonej przyszłości, ale dzieje się już teraz poprzez nasze zaangażowanie się w służbę Chrystusa, gdy wypełniamy przykazanie miłości, dostrzegające chwałę Boga oraz prawo do innej szczęśliwości naszych bliźnich.

 

Królestwo Boże nie jest pasywnym czekaniem na przyszłość, ale twórczym i odpowiedzialnym działaniem. Jest wyjściem na przeciw drugiego człowieka bez uprzedzeń i z absolutną akceptacją jego zwyczajów, wyobrażeń oraz marzeń, których uczy własne dzieci. Pamiętajmy o tym, jako uczniowie Jezusa Chrystusa! Będąc Jego sługami mamy zawsze dążyć do pokoju, przedkładając prawo do wolności i radości bliźniego ponad własne przekonania i wyobrażenia. Niechaj pamiętają o tym również politycy, rządy i parlamenty wszystkich państw.

 

2. Dążmy do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu

Dążmy zawsze do tego, co służy ku wzajemnemu zbudowaniu. To prawda, że będąc wolnymi ludźmi, możemy mieć przekonania bardziej zbliżone do ewangelicznego wzoru, jaki pozostawił Jezus z Nazaretu. Na przykład wiemy, że wszystko jest czyste i dozwolone do jedzenia i picia, a jednak swoich przyzwyczajeń i zwyczajów, a tym bardziej religijnej tradycji nie wolno nam narzucać innym.

 

Pamiętajmy też, że obok nas żyją ludzie, którym nasza wolność w Chrystusie sprawia wielkie problemy moralne, prowadzące ich aż do zgorszenia. Nie będę długo wymieniał: – spożywanie krwi wobec Świadków Jehowy, – spożywanie mięsa wobec Adwentystów, – picie alkoholu wobec abstynentów. Jakże często w naszym postępowaniu można odszukać jedynie przekorę i oportunizm, aby innym zamanifestować swoją wolność. Czy wobec nich nie powinniśmy być wstrzemięźliwi, aby przez swoje jedzenie nie dawać im powodu do zgorszenia? „Dobrze jest nie jeść mięsa i nie pić wina ani nic takiego, co by twego brata przyprawiło o upadek” (Rz 14,21).

 

Ponieważ jako uczniowie i słudzy Chrystusa mamy dążyć do wzajemnego budowania a nie rujnowania, przeto nauczmy się wstrzemięźliwości i szanujmy prawo do inności naszych bliźnich, których wiara jest słabsza i nie poznali jeszcze, czym jest prawdziwa wolność w Jezusie Chrystusie. „Bo kto w tym służy Chrystusowi, miły jest Bogu i przyjemny ludziom”.

 

Najlepiej zamanifestujemy światu obecność Królestwa Bożego, którego nie widać, ponieważ włada naszymi sercami i myślami, jeśli będziemy wiernymi sługami Chrystusa, zawsze dążącymi do pokoju i wzajemnego zbudowania! Jako chrześcijanie, swoim postępowaniem nie doprowadzajmy ludzi do tego, że na nic nie będą czekać, ale przywiązani do tego, co ziemskie i materialne, już teraz odbiorą swoją zapłatę, umierając w poczuciu przegranej szansy i nie spełnionego życia. Amen.

 

 

 

Strategia Wcielenia

Teilhard de Charidn we właściwy dla siebie sposób zawyrokował: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”. Tych słów nie powinniśmy rozumieć w taki sposób, że przyszłość będzie bezbożna, ponieważ miejsce wiary w Jezusa Chrystusa zajmie wiara w stworzenie, jako substytut Boga, i dlatego czeka nas powrót do religijności naturalnej, w której najważniejsza jest ziemia - bogini matka.

Słowa francuskiego teologa i antropologa mają nam uzmysłowić – notabene rozwijając i uaktualniając starochrześcijańskie intuicje teologiczne, które na długie wieki zostały odsunięte na margines chrześcijańskiej refleksji i modlitwy -, że Chrystus, jako Syn Boży, poprzez wcielenie w łonie błogosławionej Panny Marii, swoją zbawienną działalnością objął nie tylko człowieka, ale także resztę stworzenia i ludzką historię, a więc całą przestrzeń i czas. Mówiąc inaczej, miejscem wcielenia i objawienia Jezusa Chrystusa jest świat, a nie tylko człowieczeństwo. Można zatem założyć istnienie przynajmniej trzech kręgów objawienia chwały Chrystusa. Są nimi człowiek, Kościół i świat.

W tym momencie możemy już dość precyzyjnie pojąć, co rzeczywiście chciał wyrazić Teilhard de Chardin. Otóż chrześcijanie muszą szybko nauczyć się rozpoznawać obecność Chrystusa nie tylko w sobie i w Kościele, ale także poza Kościołem, to znaczy w Bożym stworzeniu. Tymczasem można odnieść wrażenie, że wielu chrześcijan żyje w taki sposób, jakby dzieje i los stworzenia w ogóle ich nie obchodziły. Najlepiej widać to w sferze duchowej. Chociaż żyją w XXI wieku, ich duchowość jest tego rodzaju, ze równie dobrze mogliby żyć w XVII czy w XII wieku.

Wbrew pozorom ta jednolitość stylu jest niepokojąca, a nawet tragiczna. Duchowość po-zbawiona odniesienia do teraźniejszości, jakby bezcielesna, w istocie rzeczy jest objawem całkowitej obojętności na problemy współczesnego świata. O takich chrześcijanach można powiedzieć, że próbują ukryć się przed czasem i przestrzenią, ponieważ boją się, że zostaną skrzywdzeni. Świat ich nie interesuje, a myślą wyłącznie o sobie. Owi pobożni sądzą, że odrzucając teraźniejszość są wierni Mistrzowi z Galilei, który wezwał ich do szukania Królestwa Bożego. Nie zauważają, że Królestwo Boże jest zanurzone w świecie i już w tym czasie i przestrzeni rozwija się aż po przyszłą pełnię. Nie pojmują, albo nie chcą pojąć, że wieczność wyraża swoją aktualność w wydarzeniach historycznych i dlatego zdrada teraźniejszości jest zdradą wieczności.

Ahistoryczne chrześcijaństwo jest po prostu fikcją. Ono nie istnieje. Gdyby było możliwe, Syn Boży nie byłby historycznym człowiekiem, który umarł w konkretnym czasie i miejscu, za panowania Poncjusza Piłata. Chrześcijaninem jest się przez świadome wcielenie, czyli przez świadome wejście w świat, jego dzieje i problemy. Pod tym względem chrześcijaństwo można uznać za konsekwentną Strategię Wcielenia.

Z Apokalipsy wg św. Jana wiemy, że lokalne Kościoły po okresach wspaniałego rozwoju, miewają często problemy z zachowaniem wierności Jezusowi Chrystusowi, w związku z czym ich świecznik zostaje przez Chrystusa zdmuchnięty i znikają z chrześcijańskiej mapy. Żaden lokalny bądź wyznaniowy Kościół nie może być pewien swojej trwałości i niewzruszoności. Czy, w związku z naszą refleksją, której punktem wyjścia są słowa: „Wiarę w Chrystusa będzie można w przyszłości zachować i rozszerzyć jedynie poprzez wiarę w świat”, można stworzyć jakieś współczesne kryterium wierności Chrystusowi, którego spełnianie zapewni Kościołowi trwanie i błogosławiącą obecność Chrystusa?

Wydaje mi się, że tak. Tym kryterium jest historyczność Kościoła, czyli Strategia Wcielenia. Świętość Kościoła, jego żywotność i wierność Chrystusowi możemy mierzyć zdolnością podejmowania problemów swojego czasu i wielkością wysiłku włożonego w ich rozwiązywanie. Jeżeli Kościół tego nie robi, nie zdaje testu wierności i nie spełnia kryterium wieczności. Świecznik takiego Kościoła nie świeci a jego dni są policzone.

Czy w tym miejscu mam napisać, że świecznik naszego Kościoła został przez Chrystusa zdmuchnięty? Niech każdy sam spróbuje ów problem rozwikłać. Ja stawiam jedynie pytania: Czy nasz Kościół realizuje konsekwentną Strategię Wcielenia? Czy jest zainteresowany problemami świata, którego jest cząstką, czy wyłącznie samym sobą? Czy zaangażowaliśmy się w problemy ekologiczne? A może demograficzne? Czy interesują nas szybkie zmiany w strukturze społecznej? Czy stoimy na straży sprawiedliwości? A jeśli w Europie zmienią się warunki klimatyczne, czy nie pochłonie nas migracyjna fala?

A może inaczej? Skoro wewnątrz Kościoła nie czynimy sprawiedliwości, czego przykładem niech będzie proces dyscyplinarny jednego z księży, trwający o wiele za długo, z pogwałceniem kościelnych przepisów, a los tego człowieka mało nas obchodzi, to na jakiej podstawie miałby świat po nas czekać zaangażowania w Strategię Wcielenia?

 

Rytuały umierania

Najważniejszym fragmentem spisanej Ewangelii jest historia śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Chrystusa pełni też rolę chrześcijańskiego archetypu, najważniejszego symbolu wiary. W centrum chrześcijańskiej wiary i rozumienia znajduje się zatem Jezus z Galilei, który jako Chrystus, Zbawiciel i Syn Boży, przechodzi przez ludzki świat i ludzkie życie, aby wreszcie wejść w krainę śmierci i przejść przez nią do odpocznienia w Bożej obecności.

I chociaż w luterańskim zwiastowaniu oraz duchowości podkreślamy decydującą rolę krzyża, mimo wszystko warto czasem zmienić perspektywę myślenia, aby odkryć nowe znaczenia starych symboli. Otóż prawosławna tradycja scalenia zbawiennego dzieła Jezusa Chrystusa, które rozpoczęło się na krzyżu, było kontynuowane w piekle, a zakończyło się zmartwychwstaniem, i nazywania go paschą, czyli przejściem, ma wartość nie tylko teologiczną. Ze względu na współczesną psychologię można w niej dostrzec także wielki potencjał duchowy. Okazuje się bowiem, że wbrew teologicznym przekonaniom niektórych nurtów tzw. teologii protestanckiej, człowiek potrzebuje pewnych doświadczeń duchowych, związanych z zamknięciem jednej fazy życia i rozpoczęciem kolejnej. Idzie mianowicie o doświadczenie przejścia, czyli mówiąc inaczej o rytuały umierania i powstawania do nowego życia.

Chociaż wszystkie Kościoły praktykują Chrzest, udzielany w imię trójjedynego Boga, który pojmują jako włączenie w śmierć Jezusa Chrystusa i przejście do życia, niestety najczęściej bywa pojmowany jedynie jako przyjęcie daru zbawienia. Inicjacyjny charakter tej czynności w wielu tradycjach zanikł, nie mówiąc już o świadomym przeżyciu własnej śmierci, dzięki czemu człowiek ma szansę przemyśleć tajemnicę życia i dokonać nie tylko duchowej transformacji.

Tymczasem doświadczenie inicjacji jest niezbędne do zrozumienia samego siebie i punktem wyjścia do radykalnej zmiany życiowego paradygmatu. Aby człowiek mógł zdrowo żyć i doświadczać szczęścia, musi dokonać transformacji swojej psychiki, to znaczy od-dzielić się od tego, co znajome, „domowe”, rodzinne, co daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Także w tym sensie możemy uznać ojcostwo Abrahama, ponieważ opuszczając namioty ojca radykalnie zerwał z „zadomowieniem” i zdecydował się na drogę, której celu nie znał. Właśnie to jest najważniejszym zadaniem rytuałów umierania, ponieważ aby zostać „kimś”, wpierw trzeba umrzeć. Dopiero przez śmierć starej postaci swojego człowieczeństwa każdy z nas ma szansę wejścia we właściwą rolę, która umożliwi mu zaistnienie na scenie świata i historii ludzkości.

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, kiedy trzeba sobie pozwolić na doświadczenie śmierci. To jest najważniejsza część inicjacji, czyli rozpoczęcia nowego etapu życia. Aby mógł się urodzić dojrzały człowiek, wpierw musi umrzeć mały chłopiec, jakim dotąd był. Doświadczenie śmierci oznacza oddzielenie od wszystkiego, co bliskie i znajome. Dopiero po takim przejściu można powrócić do społeczności jako dojrzały i twórczy uczestnik wielkiej tajemnicy życia.

Jaka w tym rola Kościoła, oczywiście poza ciągłym udzielaniem Chrztu i wytrwałym tłumaczeniem jego inicjacyjnego i fundamentalnego znaczenia dla dojrzałego i zdrowego życia? Kościoły przede wszystkim muszą pojąć, że prawdziwa inicjacja, czyli rytuał umierania, musi człowieka oderwać od czasu i przestrzeni. Znaczenie symbolu ma wieki wieków zachowuje bowiem świadectwo Ewangelii o zmartwychwstałym Chrystusie, który nie zależy ani od czasu, ani od przestrzeni. By móc się rozwijać, by stawać się twórczymi uczestnikami wielopokoleniowej sztafety życia, musimy odnajdywać dostęp do bezczasowości i zyskiwać wolność od ograniczeń przestrzeni. Tymczasem Kościoły same uwikłały się w ograniczenia czasu i przestrzeni nie pojmując pewnego wątku nowotestamentowego świadectwa, który w Jezusie Chrystusie upatruje wypełnienie sabatu, a więc doświadczenia Bożej obecności w przezwyciężeniu czasu i przestrzeni.

Dlaczego kościołów nie wolno nam nazywać świątyniami, co niestety często ma miejsce także wśród nas? Ponieważ jedyną świętą przestrzenią jest sam Chrystus, jako miejsce zamieszkania Boga wśród ludzi. Podobnie jest z czasem. Nie ma żadnego świętego czasu, ponieważ żyjemy w Chrystusie, co oznacza, że będąc w Nim żyjemy w dniu łaski i zbawienia. Tymczasem święte czasy i święte przestrzenie są formą religijnego zadomowienia, dającą poczucie bezpieczeństwa. Jak dalece mogą człowiekowi utrudniać transformację, czyli wyjście ze starej formy człowieczeństwa, widać zwłaszcza po islamie, który z wielką pieczołowitością pilnuje świętych czasów i przestrzeni.

Na tym przykładzie widać, jak dalece potrzebne jest człowiekowi przejście przez doświadczenie śmierci, aby uwolnił się od starych wyobrażeń Boga i samego siebie, a zyskał do-stęp do źródeł prawdziwego życia. Uważam, że duszpasterskie powinności Kościoła, a pozostałe w równym stopniu, powinny zająć się najważniejszą potrzebą każdego z nas, a mianowicie, abyśmy przez doświadczenie umierania zyskiwali dostęp do życia

 

Kościelne projekty

W rozlicznych wystąpieniach, począwszy od kazań a na referatach skończywszy, nieustannie słyszymy, że Kościół potrzebuje ciekawych projektów, które pokażą perspektywę drogi na najbliższe lata i dziesięciolecia. I słusznie. Sam należę do grona ludzi, doceniających wartość dobrze opracowanych projektów, z precyzyjnie wyznaczonymi celami. Niestety najczęściej słyszę wówczas chichot kusiciela, który znanymi sobie metodami odwraca nas od źródeł życia, bo nie w każdym projekcie można dostrzec Boga i troskę o triumf życia.

A jeśli to nie jest chichot zła, a ironia języka? Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że kusiciel po prostu posługuje się słowami, którym celowo nadaje nowe znaczenie! Może diabelskie kuszenie i odwodzenie od Boga polega na odwracaniu znaczenia słów, które powinny być epifanią Boga? Bo na przykład jak to jest z szumnymi, kościelnymi projek-tami? Czy bardzo często nie są jedynie zmyślnymi opakowaniami dla dawno wymyślonych produktów, które zdążyły się zestarzeć i zdeaktualizować? I zamiast solić ziemię i oświecać ludzkie osiedla, odmieniać ludzkie losy i siać słowa życia, które mogłyby przynosić nieoczekiwanie wysokie plony ludzkiego zbawienia, tworzymy słowne konstrukcje, dalekie od prawdziwej mądrości, oraz struktury organizacyjne i społeczne, będące więzieniem ludzkiego ducha.

O co chodzi? O problem, którego negatywne skutki chcę pokazać na przykładzie słowa projekt, pochodzącego z języka łacińskiego. Etymologia podpowiada, że projekt powinien umożliwiać wyrzucenie na zewnątrz (pro-getto – wyrzucam), czyli inaczej wydobycie na światło dzienne. Tymczasem powstaje wiele projektów, których celem jest nie uzewnętrznienie, ale uwewnętrznienie, wchłonięcie do środka i przechowanie w odpowiednim śro-dowisku.

Dobre projekty, a już zwłaszcza kościelne, powinny uwzględniać środek, centrum, czyli inaczej tożsamość, która jest punktem wyjścia i podstawą wszelkich działań, ale osiągać cele na zewnątrz. Chodzi mianowicie o wyjście poza własny krąg, utarte sposoby działania i schematyzm myślenia, aby tworzyć nowe tkanki życia, niezbędne ludzkiej społeczności do przeżycia i rozwoju. To Kościół jako społeczna awangarda i kulturowa elita ma tworzyć i realizować projekty, służące rozprzestrzenianiu się życia i dobra.

Poszukiwanie, niespodzianka, nieposkromiona wyobraźnia, odwaga tworzenia, wreszcie miłość jako efekt zauroczenia i fascynacji – to są najwłaściwsze owoce Ducha Świętego, którymi powinny echować się wszystkie kościelne projekty. Tymczasem wiele z nich (nie uważam, że wszystkie) tworzonych jest raczej po to, aby zamknąć, uwięzić, usztywnić, stworzyć społeczną matrycę, wedle której tworzy się zastępy tzw. chrześcijan, nie zdolnych do pozostawania dłużej sobą. Projekty, które zniewalają ducha i ograniczają wyobraźnię, nie są Boże, skoro Jezus z Galilei dążył raczej do tego, aby Jego uczniowie prz-pominali płomienie i byli zdolni zmieniać świat.

Stąd także ewangelizowanie nie może być wchłanianiem ludzkiej osoby, ani wyjaławia-niem kultury z życiodajnych archetypów, bo Kościół nie jest rodzajem społecznego jamochłonu, pozbawiającego świat jego właściwości. Wręcz odwrotnie, Kościół niczym Jezus z Galilei ludzką osobę i kulturę powinien ubogacać słowem Ewangelii. Dlatego musi tworzyć projekty, które na światło dzienne wydobywają to wszystko, co w człowieku jest piękne i dobre, a do tej pory było głęboko schowane z powodu lęku i braku pewności siebie.

Poza tym nasz Kościół ma niewyobrażalną szansę w sferze tożsamości narodowej, którą bezpowrotnie marnuje. Co 3 sierpnia wydarzyło się przed pałacem prezydenckim i ma związek ze smoleńską katastrofą, a czego najtragiczniejszą puentą jest wypowiedziane tam zdanie o katolickiej Polsce, którą chce zawłaszczyć grupa rozhisteryzowanych fanatyków, nie mających pojęcia o chrześcijaństwie, powinno nam unaocznić, że sprzeniewierzamy się swojemu powołaniu. W społeczeństwie, cechującym się typowo introwertyczną duchowo-ścią, co ma bezpośredni wpływ na sposób pojmowania tożsamości narodowej, żyjącym w lęku przed wszystkim, co inne i zewnętrzne, powinniśmy mówić o duchowości otwartej i ją odważnie pokazywać. Byłyby to działania ewangelizacyjne w pełnym tego słowa znaczeniu, zmierzające do uzdrowienia i otworzenia narodowej społeczności, której duch został uwięziony w duchowym i kulturowym getcie strachów na Lachy.

Zasadnicze pytanie dotyczy jednak obecnych i przyszłych projektów. Jakie będą? Czy po-dobnie będą nas zamykały w getcie ewangelickich lęków, czy umożliwią nam stworzenie nowych tkanek życia? Czy będziemy ludzi uzdrawiali i prostowali, a także uczyli, że chrześcijańskie życie jest wyjściem z siebie, z zadomowienia, a w związku z tym jest ciągłym poszukiwaniem nowego obrazu samego siebie, nieustanną pielgrzymką ku nieznanemu celowi, który osiągają ludzie odważni, z nieograniczoną wyobraźnią, rozkochani w wolności.

 

czwartek, 08 lipca 2010
Judasz a ludzkie wybory
Czy postać apostoła Judasza może nam pomóc w rozumieniu niezrozumiałych i zadziwiających, a często wręcz tragicznych wyborów młodzieży? W uporządkowanym świecie moralnych daltonistów, rozpoznających jedynie czerń i biel ludzkich postaw oraz wyborów, postać apostoła Judasza opisywana bywa wyłącznie w ciemnych barwach. Zresztą jak gdyby zgodnie z świadectwem Ewangelii wg św. Jana: „On więc, wziąwszy kawałek chleba, natychmiast wyszedł, a była noc” (J 13,30). Mimo wszystko warto zachować wrażliwe serce i mając szeroko otwarte oczy próbować rozjaśnić nieco ciemność nocy, w którą odważnie wkroczył Judasz. Zastanówmy się nad tą postacią i spróbujmy zrozumieć, co działo się wówczas w jego sercu, a może niejeden z nas spojrzy wówczas z większym dystansem i z jeszcze większą miłością wstawienniczej modlitwy na życiowe wybory swoich bliskich.
Biskupie porządkowanie

Biskupie urzędowanie w Kościele niejedno ma imię: duszpasterz, widzący dalej (zob. Eklezjolik, [w:] Zwiastun 48, nr 9, Bielsko-Biała 2008, s. 12;), ojciec, przyjaciel księży, ale przecież także nadzorca. Biskupowi nie tylko wypada, ale jakże często trzeba wręcz w parafii, na terenie swojej diecezji, coś uporządkować. Nadzorcze kontrolowanie, kończące się odbudowywaniem i naprawianiem, na pewno nie jest wdzięczną rolą i być może dlatego biskupi niechętnie wykorzystują swoje nadzorcze uprawnienia.

Nic na to nie poradzimy, że w Kościele zdarzają się sytuacje, wymagające natychmiastowej reakcji i biskupiego porządkowania. Mój sprzeciw budzą natomiast metody, którymi biskupi zwykli nadzorować i porządkować. Utarło się bowiem uważać, a w praktyce najczęściej do tego sprowadzają się nadzorcze działania biskupów, że gdy wybucha kryzys wiary bądź trzeba rozwiązać gospodarczo – administracyjne zaniedbania w parafiach, wówczas zarządza się kontrolną wizytację. Zaczynają działać wysokie komisje i zostają uruchomione procedury, które kończą się sankcjami, zaleceniami i środkami dyscyplinującymi. Wydaje się, że kryzys zostaje zażegnany, a biskupie urzędowanie pozornie spełnia nadzorcze zadania. Nic z tych rzeczy!

Kto nam – luteranom, uczniom Chrystusa, dumnym z bycia Kościołem Słowa Bożego – wmówił, i dlaczego daliśmy sobie wmówić, że porządek w Kościele zaprowadza się kontrolnymi wizytacjami i środkami dyscyplinującymi? Dlaczego w Kościele władzę przejmują i cieszą się zaufaniem ludzie, otwarcie mówiący o konieczności porządkowania Kościoła kontrolami, dyscyplinowaniem i jakimiś mitycznymi procedurami? W prawnych dokumentach Kościoła co prawda znajdują się zapisy o wizytacyjnych obowiązkach biskupa Kościoła i biskupów diecezjalnych. Zastanówmy się jednak nad tym, czy powinny być wizytacjami kontrolnymi, czy może duszpasterskimi, budującymi wiarę, podczas których biskup powinien przy okazji pomóc parafii rozwiązać społeczne i administracyjne problemy?

W Kościele Słowa Bożego, wspólnocie, której największym skarbem jest Ewangelia o Bożym zbawieniu w Jezusie Chrystusie, porządek zaprowadza się zwiastowaniem Ewangelii, czyli budowaniem wiary i budzeniem zaufania do ludzi Kościoła, zwiastujących Bożą Ewangelię! Nie chcemy biskupów, którzy straszą, dyscyplinują, wprowadzają procedury i nadużywają swojej władzy: „Wiecie, iż książęta narodów nadużywają swej władzy nad nimi, a ich możno rządzą nimi samowolnie. Nie tak ma być między wami; ale ktokolwiek by chciał między wami być wielki, niech będzie sługą waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą waszym” ((Mt 20,25-27).

Chcemy biskupów, którzy porządkują, zwiastując Słowo, zdolne do porządkowania kosmosu i harmonizowania ludzkiej osoby; którzy rany, zadane przez świat i grzech, leczą Ewangelią; którzy niespokojnych uspokajają Słowem o pokoju; którzy zwaśnionych jednają Słowem pojednania. Chcemy Kościoła Słowa a nie Kościoła procedur!

Chcemy biskupów, którzy nie pozbawili się narzędzi, z pomocą których mogą wykonywać swą nadzorczą i porządkującą służbę. Ich młotem i dłutem niech pozostaje modlitwa i solidna teologiczna wiedza. Posługując się nimi nie stoją na straconej pozycji. Rzecz w tym, aby doceniali wartość pracowni, w której na długo przed ukończeniem dzieła, powinien zostać użyty ów młot i dłuto. Modlitwy do Ducha Świętego o dar rozumienia i wykładania Bożego Słowa nie można sobie zostawić na ambonę, a wykręcanie się przed studiowaniem teologii, przy pomocy której należy pracować nad biblijnymi tekstami, nie może być uznane za pozytywną cechę kaznodziei, a tym bardziej biskupa. Chwile spędzone przez kaznodzieję w gabinecie, ze wszystkich są najbardziej błogosławione. Pamiętać powinni o tym również słuchacze kazań. Ksiądz finansista, a biskup administrator ostatnim porywem sił, w sobotnią noc siądzie przy biurku, aby coś uczynić ze Słowem na ambonę, ale w jego pracy będzie bardzo mało „twórczego zapału”.

Przy okazji warto wspomnieć jeszcze jeden problem. Otóż współcześnie coraz częściej oddziela się pracę duszpasterską od kaznodziejskiej. Nic bardziej błędnego. Najważniejszym miejscem spotkania biskupa nadzorcy, a jednocześnie biskupa duszpasterza, ojca, i widzącego dalej, z wiernymi, a przyjaciela z księżmi, jest ambona. Na zwiastowaniu Bożego Słowa opiera się biskupia służba i biskupia władza w całym bogactwie i różnorodności jej form!!!. Im biskupie kaznodziejstwo będzie stało na wyższym poziomie, tym mniej w kościelnej społeczności będzie duszpasterskich kłopotów, na które trzeba potem używać nadzorczych narzędzi.

Módlcie się słuchacze kazań, aby do Waszych parafii chętnie przyjeżdżali biskupi, którzy chcą być Waszymi duszpasterzami, a Słowem żywego Boga wykonywać swoją nadzorczą władzę.

 

Profetyczny (prorocki) Duch Kościoła

Rozpocznę Eklezjolik przemyśleniami po lekturze dwóch tekstów biblijnych, które uświadomiły mi prawdę o jedności, a właściwie kontynuacji działania Ducha. Pierwszym jest tekst o przekazaniu części ducha Mojżesza, starszym w Izraelu (4 Mż 11,10nn). Wniosek opowiadania jest zaskakujący: duch tych, którzy wówczas prorokowali, był duchem z du-cha Mojżesza. Podobnie ma się rzecz z Eliaszem i Elizeuszem (2 Krl 2,1-15). Wpierw po-przez narzucenie płaszcza pierwszy powołuje drugiego, potem – na wyraźną prośbę – Elizeusz otrzymuje od Eliasza część jego ducha.

Warto pamiętać, że Eliasz był porównywany z Mojżeszem i chociaż nie dorównywał mu autorytetem, mimo wszystko profetyzm Eliasza był w ideowy sposób zależny od największego z proroków. Zresztą rola Mojżesza i jego profetyzm w całym St. Testamencie jest wyjątkowy: „I rzekł Pan: Słuchajcie moich słów: Jeżeli jest u was prorok Pana, To objawiam mu się w widzeniu, Przemawiam do niego we śnie. Lecz nie tak jest ze sługą moim Mojżeszem. W całym moim domu jest on wiernym. Z ust do ust przemawiam do niego, I jasno, a nie w zagadkach. I prawdziwą postać Pana ogląda on. Dlaczego więc ośmieliliście się wypowiedzieć się przeciwko słudze memu, Mojżeszowi?” (4 Mż 12,6-8). Poprzez służbę Mojżesza duch Jahwe rozchodzi się więc po Izraelu, jak potem przez służbę Jezusa rozprzestrzenia się na całą ludzkość. Obaj obcują z Bogiem bezpośrednio i poznają Bożą wolę bezpośrednio poprzez Słowo.

Z ducha Jezusa jest duch Kościoła! Oznacza to między innymi, że teologia i zwyczaje ruchów pentakostalnych są wyrazem prorockiego uwstecznienia. Hołdują bowiem i rozwijają pierwotne formy profetyzmu, związane z ekstazą, nadzwyczajnymi objawieniami (w niektórych parafiach modne są ostatnio chrystofanie) i doświadczeniami obecności Ducha, który jakby nie był kontynuacją działalności Jezusa Chrystusa, ale „nowym wylaniem”. Tymczasem osią rozwoju biblijnego profetyzmu jest Słowo. Liczy się tylko słowo Jezusa i Jezus Chrystus jako Słowo Boga. Poprzez pochylenie się nad Słowem, profetyczny duch Jezusa przekazywany jest z pokolenia w pokolenie. Teologia profetyczna zawsze i wyłącznie jest teologią Słowa. Przyszłość teologii i Kościoła leży więc w hermeneutyce, to zna-czy w rozwijaniu umiejętności przekazu i rozumieniu Słowa, a nie w rewizjonistycznych zwyczajach pentakostalnych, które tu i ówdzie cieszą się popularnością także wśród nas.

My mamy ducha od tych, którzy odeszli. Naszego musimy przekazać następnym pokoleniom! Dlatego dbajmy o prawdziwego ducha, który jest duchem prorockim i pozwalajmy w Kościele działać i mówić prawdziwym a nie urojonym prorokom, którzy:

– interpretują teraźniejszość;

– są wolni i niezależni;

– wywołują zgorszenie;

– potrafią wiele powiedzieć kilkoma słowami, czasem jednym obrazem, ponieważ mówią z milczenia i modlitwy.

Potocznie utarło się uważać proroków za ludzi przepowiadających przyszłość. Tymczasem prawdziwy prorok nie jest wieszczem, a tym bardziej czarodziejem, ale człowiekiem, który mając do dyspozycji precyzyjne narzędzie, jakim jest Słowo Boże, przenikliwym umysłem potrafi dojrzeć splot dziejów i rozszyfrować konsekwencje teraźniejszych wydarzeń i ludzkich wyborów. Rozumiejąc przeszłość, prorok nie przyjmuje postawy obronnej wobec teraźniejszości, ale jest całkowicie otwarty na przyszłość, na którą chce przygotować Boży Lud.

Problem polega na tym, że słowa proroka często są odrzucane, bo, chociaż sam jest częścią wspólnoty, występuje jakby spoza niej. Impuls do prorockiego wystąpienia wychodzi bowiem ze Słowa Bożego, a nie od strony wspólnoty. W rzeczywistości prorok jest człowiekiem wolnym i nie musi, ani nie chce uciekać się do dyplomatycznych wybiegów, ponieważ nie jest ograniczony żadnymi interesami, ani nie zważa na dobroczyńców, którym dałby się uzależnić. Ludzi bojaźliwi, powierzchowni i konformiści uważając więc proroka za buntownika, a tymczasem on sam całkowicie nie wie, co to jest kalkulacja, korzyści i robienie kariery. Prorok bywa posądzany o nieposłuszeństwo, jednak jego nieposłuszeństwo jest prostą konsekwencją posłuszeństwa Bożemu Słowu.

To z kolei oznacza, że prorok bywa nieobliczalny często wywołuje zgorszenie. Nie takie, które objęte jest zdecydowanym ostrzeżeniem Jezusa Chrystusa, ale takie, które demaskuje hipokryzję, uświadamia niesprawiedliwość, brak miłości i pokoju, a także pokazuje nieład, panujący w Kościele. Prorok nie pilnuje ustanowionego porządku, czyli legalizmu, ale stoi na straży sprawiedliwości.

Prorok umie wreszcie milczeć. Wielu boi się tego milczenia, ponieważ ono oznacza, że przez modlitwę i lekturę ksiąg biblijnych w proroku dojrzewa kolejne twarde, często chropowate słowo, które pozostawi znak i nie pozwoli ludzkim sumieniom spokojnie trwać w grzechu i kłamstwie. A słowa, pochodzące z milczenia i modlitwy, są najtrwalsze i najmocniejsze. Dzięki nim Kościół trwa.

 

 

poniedziałek, 24 maja 2010
Zesłanie Ducha Świętego

Duchu Święty, całkowicie Tobie się oddaję. Prowadź mnie, kształtuj i czyń ze mną, co Ci się podoba, abym był dobrym sługą Chrystusa. Upodobałeś sobie prowadzić mnie dziwną drogą, lecz któż odgadnie Twoje zamiary? Proszę, pomóż mi zrozumieć problemy, których człowiek zmysłowy nigdy nie pojmie, ani ich nie przyjmie, bo są dla niego głupstwem. Obym nigdy nie zwiastował ludzkiej mądrości a do duchowych rzeczy zawsze przykładał duchową miarę. Amen.

 

J 20,19-22

 

A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana. I znowu rzekł do nich Jezus: Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak i Ja was posyłam. A to rzekłszy, tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego.

 

Duch Święty  dla wielu ludzi jest tylko pojęciem teologicznym, ułatwiającym wypowiedź o Bogu i historycznej postaci Jezusa z Galilei, wszak Bóg podobno jest, ale jakoś Go nie widać. W rzeczy samej Bóg jest duchem, a Jego obecność jest duchowa. Jednak, czy chrześcijańskie doświadczenie działania Ducha Świętego nie umożliwia nam głębszego zrozumienia Boga i życia, aniżeli jedynie teologiczna wypowiedź, że Bóg jest duchem?

Już samo nazewnictwo, którym posługuje się Biblia, ujawnia, że teologiczne przestrzenie, w których można zrozumieć i opisać Ducha Świętego, są wręcz fantastyczne i zapierają dech w piersiach.

Duch  "ruah" czyli rodzaj żeński - odnawia oblicze ziemi  - przynosi życie  - to jest jedna linia, związana ze stworzeniem.

Duch jest także sprawcą pocieszenia - przypomina i wprowadza w prawdę - to druga linia, która jest związana ze Słowem Boga.

Na pytanie o istotę Ducha Świętego możemy odpowiedzieć, że tworzy ludzki świat, to znaczy nadaje sens naszemu życiu na ziemi, odnawiając nas i ożywiając, a także pocieszając słowem Ewangelii.

Mówiąc jeszcze inaczej: Duch Święty jest Bożą sferą naszej egzystencji, a której żyjemy, często w ogóle nie uświadamiając sobie związków ze sacrum. Dzięki Duchowi wszystko na-biera plastyczności, dynamizmu. Dzięki Niemu można przeżywać życie inaczej, doświadcza-jąc wielobarwności życia w jednej chwili, będąc jednocześnie skoncentrowanym na konkret-nym zadaniu.

Dlatego o Duchu Świętym można też powiedzieć, że jest łonem, z którego rodzimy się każ-dego dnia do nowego życia. Kto nie rodzi się wciąż z Ducha Bożego, ten jest martwy. Wygląda na żywego, ale nie żyje i nie owocuje. Niczym pierwszego dnia wyszliśmy z płodowej wody, tak każdego dnia mamy rodzić się z Ducha, czyli z Boga, który jest źródłem życia i jego dawcą. Stąd chrzcząc, posługujemy się symbolem wody, abyśmy zobaczyli analogię rodzenia, o której Nikodemowi mówił nasz Pan.

Kto jest rodzony z Ducha Świętego, ten rodzi się w Królestwie Bożym - tu widać, że można powiedzieć o Duchu Świętym, jako sferze (Bożej przestrzeni) ludzkiej egzystencji. Kto jest rodzony z Ducha, ten doświadcza już owej pełni i wielkiego, zbawiennego finału Bożego działania, o którym powiadamy, że jest wypełnieniem się ostateczności: „A gdy nastał wieczór owego pierwszego dnia po sabacie i drzwi były zamknięte tam, gdzie uczniowie z bojaźni przed Żydami byli zebrani, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam!”.

Wszystko dzieje się pierwszego dnia po sabacie, czyli w nowym czasie, w nowym eonie.

Nowy świat, bo zaczął się nowy tydzień, po sabacie przecież. Ten obraz chce nam unaocznić, że skończyło się stwórcze działanie Boga w sensie ścisłym, a nastał czas Bożej obecności. Chrystus, wkraczający w pierwszym dniu po sabacie w przestrzeń i czas naszego życia, to Bóg zbawiennej obecności. Dlatego pierwsze słowa, jakie słyszą wystraszeni uczniowie z ust zmartwychwstałego Chrystusa to pozdrowienie pokoju!

Do naszej teraźniejszej egzystencji przynależy lęk i niepewności. Nasze życie to w pewnym sensie nieustanna walka... . Tymczasem zmartwychwstały Chrystus tchnie na nas Ducha po-cieszenia i pokoju. Czas niepewności, lęku, smutku i wojny minął. Możemy radować się! Od-tąd nasze życie nabiera smaku i wartości.

Życie według ciała jest smętne i martwe. Życie według ducha jest radosne i owocujące! O tym nie wie nikt, kto nie modli się do Boga, aby zrodził go z Ducha Świętego do nowego ży-cia. Czy modlimy się do Ducha, aby przyszedł i odmienił nasze życie, niczym strumienie wyschniętą i spieczoną ziemię? „Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij też mnie, naucz mnie żyć w wolności, nieś mnie przez cały dzień i pomagaj mi wzbogacić ziemię swoimi darami”.

Duch jest dawcą życia i tworzy życie. Jak w starej postaci świata nie ma życia bez wody, tak Królestwo Boże jest tajemnicą odradzającej i odnawiającej życie działalności Ducha Święte-go. Aby ów związek zrozumieć, a także pojąć, jak wiele w naszej codzienności zależy od Ducha, którego tchnął na nas Chrystus, pozwólmy sobie na obraz w kilku odsłonach, zatytułowany Jak wiatr z mleczem. Idzie mianowicie o to, abyśmy wyobrazili sobie, że wiatr przedstawia Ducha a mlecz nas samych. Ów obraz może więc też nosić tytuł: Jak Duch z człowiekiem.

Wyobraźmy sobie wiosenną łąkę pełną mleczy. Widzimy, że łąka jest obsypana mleczem jak ziemia ludźmi. Mlecz nie jest specjalnie wymagającą rośliną i rośnie na każdej glebie. Jego korzenie tkwią głęboko i mocno w ziemi. Na pierwszy rzut oka wszystkie kwiaty wyglądają jednakowo. Ale jest tak samo, jak u ludzi: każdy jest niepowtarzalny, żaden odcisk palca nie zgadza się z miliardami innych. Wiatr rozwiał wszędzie mlecz jak Duch Boży ludzi. Trudno sobie wyobrazić, że mógł nas osiedlić na Madagaskarze, w środku Afryki, albo w jakimś obszarze głodu. Nikt nie potrafiłby wtedy odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego?”. Jest jednak ważne, że każdy z nas jest niepowtarzalny w swoich predyspozycjach, które dał nam Duch Boży. l te niepowtarzalne właściwości powinniśmy wnosić w świat, a nie stawać się tanią kopią jakiegoś idola. Sami siebie powinniśmy wnosić na „łąkę ludzkości”!

Szeroko otwarty kwiat. Mlecz zamyka się na noc. Jest zdany na słońce, jak cała ziemia. Kiedy ono świeci, mlecz rozwija swój kwiat jak małe słoneczko. Także my, ludzie, jesteśmy zależni od słońca: od przychylności ludzi i zaufania Bożej dobroci. (Promienie Bożego słońca przy-pominają inny symbol Ducha Świętego, płomienie ognia!) Wtedy można iść na całość. Narzekanie nic nie pomoże, bo bez względu na to, gdzie człowiek pracuje i za ile, Duch Boży postawił człowieka właśnie w tym miejscu i tam ma kwitnąć i odbijać światło Bożego słońca. Dopiero w tym przekazywaniu dobra dalej człowiek zaczyna odczuwać zadowolenie. W tym leży tajemnica życia: oddać siebie. Dopiero to stwarza nam grono przyjaciół i przynosi zado-wolenie.

Przekwitły mlecz. Szybciej, niż myślimy, przekwita mlecz, my wszyscy przekwitamy. Czy wtedy wszystko mija? Jeszcze trochę żółtej barwy w kwiecie przypomina nam dzień wczoraj-szy. Niebezpieczne jest spoglądanie w tył i upajanie się żółtością minionych dni. Kto chce pozostać żywy i ruchliwy, patrzy do przodu - w swojej sytuacji, takiej jaka jest - i otwiera się na nowe zmiany, które prowadzą do dojrzałości. Wtedy - prawie niedostrzegalnie - może się zdarzyć coś cudownego.

Dmuchawiec. Widzimy cud, że także w starości może wyrosnąć nowe. Staliśmy się „biali”, okrągła żółtość znikła. Jeżeli nie staniemy się jak dzieci... One nie dostrzegają zmarszczek i białych włosów. Wnuczęta żyją w serdecznym kontakcie z babcią i dziadkiem. Przyciągają się magicznie... W dojrzałości życia uczymy się uwalniania - tak jak te małe spadochrony z kosztownym nasionkiem na dmuchawcu są gotowe do odlotu. Wiatr może je przenieść na odległość kilometrów. W Ewangelii słyszeliśmy: „Chrystus tchnął na nich” oraz: „Ja was posyłam”. Jak nasionka mlecza, gdy dmuchniemy lecą w różne strony świata, tak podobnie leci naprzód wszystko, co wysyłamy w świat. Każda dobra myśl, każda modlitwa, każde życzliwe słowo, każdy pomocny czyn działają dalej na świecie i zapuszczają gdzieś korzenie na łące ludzkości. To, co zostało posiane przez wiatr, żyje jeszcze gdzieś, chociaż my może już od dawna nie żyjemy. Duch Boży wieje tam, gdzie chce.

Pusty owocostan. Wszystko już poleciało. Pusty owocostan wkrótce zwiędnie. A przecież wciąż jest piękny. Linie na nim są małym cudem, jak linie twarzy starego człowieka. Gdy w życiu doszliśmy do miejsca, gdzie stoimy z pustymi rękami, musi nam wystarczyć świadomość, że gdzieś rośnie to, co posialiśmy, wschodzi i przynosi owoce. Pod koniec życia ratuje nas zaufanie do dobroci Boga.

Zwykły mlecz może udzielić nam odpowiedzi na pytanie o sens życia i pomóc zrozumieć tajemnicę Ducha Bożego, który wieje tam, gdzie chce. Czy ten obraz jest dobry? Ktoś może pomyślał, że jest tylko sztuczką kaznodziejską. Może tak jest? A może wcale nie? Zapytajmy, po czym uczniowie poznali Mistrza, gdy przyszedł do nich po zmartwychwstaniu i tchnął na nich Ducha?

Poznali Go po ranach!

Niech ta prawda zapuści w nas głębokie korzenie!

Módlmy się zatem:„Przyjdź, Duchu Święty, ogarnij nas, naucz nas żyć w wolności, nieś nas przez życie i pomagaj nam ubogacać ziemię”. Amen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 20 maja 2010
Czy powódź mieści się w Bożym planie?
Przed kilkoma tygodniami, jeden z Kolegów elektroniczną pocztą zadał mi pytanie: „Drogi Księże Marku, przepraszam, że zawracam głowę, ale ostatnio studenci zadali mi temat, z którym nie bardzo wiem, co począć: "Boży plan a wolność człowieka". Chodzi o to, czy Pan Bóg przewidział wszystkie nasze ruchy - czyli wie, kiedy będzie dobrze, a kiedy upadniemy, bo taki jest Jego plan i my go nie zmienimy. Czy też jest tak, że Bóg ma plan dla świata i dla każdego z nas, ale że ten plan nie dotyczy szczegółów, to znaczy, że jako wolni ludzie, którzy dokonują negatywnych wyborów, możemy Bogu ten plan przekręcić albo zburzyć. I On potem na nowo musi plan wobec nas układać. Czy Ksiądz mógłby mi jakoś pomóc w tym zakresie” Patrząc dziś, co dzieje się za oknem i wiedząc dzięki telewizji o tragicznej sytuacji wielu ludzi w całej środkowej Europie szczególnie mi bliskiej ze względu na moje śląskie pochodzenie), pomyślałem o odpowiedzi, którą wówczas odesłałem, że w jakiejś mierze jest na miejscu. Mam nadzieję, że stanie się też przyczynkiem do teologicznej refleksji.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5